Portal prowadzony jest przez przyjaciół Węgier, którym bliskie są poglądy premiera Viktora Orbána i kierowanej przez Niego partii Fidesz – Węgierska Unia Obywatelska
Mar 15

Przemówienie Viktora Orbána

z okazji Narodowego Święta Powstania i Walki o Wolność 1848/49

Budapeszt 15 marca 2017

Szanowni Uczestnicy Uroczystości! Węgrzy na całym świecie!

Z serca pozdrawiam naszych przyjaciół z Polski. To dla nas ważne, że – tak jak w 1848 roku – tak samo dziś są tu z nami.

Każdy naród świętuje w sposób zgodny ze swoim charakterem. Niektórzy organizują festiwale, inni wydają przyjęcia. Nasze węgierskie święto na powitanie wiosny cechuje radosna powaga. W święta narodowe naród węgierski robi sobie zdjęcie, jakby to powiedziała nasza młodzież – selfie, z własną historią w tle. Żarzy się światło walk zrodzonych z pragnienia wolności. Rozbłyskują pełne chwały dni 1848 r., bitwy 1849 r., po czym nastaje ciemność [złożenia broni] we wsi Világos. Podobnie jak sto lat później, kiedy po świetlanym październiku 1956 r. nastąpił mrożący listopad. Świętując nie zapominamy, że nasze walki o wolność kończyły się kolejnymi okupacjami. A jednak, na naszym rodzinnym selfie widać zwycięski naród. My wiemy, że nas nie pokonano. To prawda, przegraliśmy wiele ważnych bitew. Ale my, Węgrzy myślimy w kategoriach nie tylko jednej bitwy czy jednej wojennej wyprawy. Tu, w Basenie Karpackim, w strefie buforowej, gdzie spotykają się różne kultury, imperia, cywilizacje, możemy poszczycić się triumfem największym z możliwych. Wojnę o przetrwanie ojczyzny i narodu za każdym razem ostatecznie wygrywaliśmy. I jesteśmy tutaj. Wbrew wszystkim i wszystkiemu trwamy tutaj. Tu jesteśmy i dzisiaj świętujemy najznakomitszych spośród nas, bohaterów, bez odwagi których nie byłoby nas tutaj. Dzisiaj robimy razem z nimi duże, wspólne rodzinne zdjęcie Węgrów. Chwała odważnym!

Szanowni Państwo!

Ci, którzy toczyli przeciwko nam wygrane bitwy i kampanie wojenne ostatecznie przegrali z nami wojnę. Po Tatarach ślad zaginął, zniknęło potężne imperium otomańskie, imperium Habsburgów rozpłynęło się we mgle, a sowiecki kolos po prostu wyzionął ducha. Potężne imperia! Gdzież jest teraz wasz oścień? Dzień 15 marca jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że byliśmy, jesteśmy i będziemy. To jest nasz triumf. Znaczenie roku 1848 polega nie tylko na tym, że on się wydarzył, ale i na tym, że on nadal trwa, nie tylko w corocznych uroczystościach. Rok 1848 stał się naszą wewnętrzną miarą, naszym moralnym kompasem. Miara i kompas moralny 1848 roku mówi nam dzisiaj, ile kto jest wart na wadze ojczyzny, kto jest wierny, oddany, kto jest patriotą, kto jest bohaterem. Pokazuje, co to znaczy wielkość, ale pokazuje też, co to znaczy miernota, dwulicowość i zbrodnia przeciwko państwu. Co jest budowaniem państwa, a co jego niszczeniem. Miara roku 1848 wskazuje każdemu z nas jego własne miejsce w narodzie. Z tego należnego nam miejsca możemy być dumni. W latach 1848/49 więcej Węgrów walczyło pod flagą wolności, niż było walczących we wszystkich pozostałych państwach Europy razem wziętych.

Szanowni Państwo!

Rok 1848 nie jest samotną wyspą w historii Węgier. Naród węgierski istniał już przed 1848 r., wiosną 1848 sztandar wolności wznieśliśmy nie po raz pierwszy. Rok 1848 spina klamrą powstanie [Franciszka II] Rakoczego z Październikiem roku 1956. Uwypukla kręgosłup narodu walczącego o wolność i nakreśla jego historyczną linię rodową. I właśnie ta świadomość przynależności do narodu, do narodu węgierskiego jeszcze długo będzie wzmacniać kręgosłup kolejnych pokoleń i przedłużać ich rodową linię. Bo przyszli węgierscy uczeni, poeci, mistrzowie olimpijscy i premierzy biegają już dziś wśród nas w krótkich spodenkach i z kucykiem, w naszych przedszkolach i szkołach. Nikt jeszcze nie wie, kim będą, ale możemy mieć nadzieję, że jest wśród nich również „marcowa młodzież”, która swoim życiem dalej będzie pisała ten olbrzymi zawiły epos, będący wspólną bohaterską historią naszego narodu i wolności. Nie możemy chcieć i nie mamy takiego sposobu, by z góry określać i kierować losami naszych potomków. Dziadek Petrovics, jeśli wyobrażał sobie życie wnuka, który wszedł do węgierskiej historii pod nazwiskiem Petőfi, pewnie planował dla niego karierę godną pomocnika masarza lub mistrza rzeźnickiego. Nigdy nie wiadomo, w kim odezwie się przejmujący i wzywający głos Ojczyzny. Z pewnością są wśród nas przyszli następcy Lajosa Kossutha i Sándora Petőfiego, a razem z nimi następcy Istvána Széchenyiego, Ferenca Deáka i Józsefa Eötvösa. Naszym zadaniem jest przekazać dzieciom i wnukom taki kraj, takie dziedzictwo duchowe i moralne, by spośród nich mogli i chcieli wystąpić ci, którzy nie ulegną strachowi i podejmą się kolejnych czekających naród rewolucji, powstań i walk o niepodległość. Mamy obowiązek utrzymać dla nich państwo, zachować dla nich naród, być wsparciem i wskazywać, co powinni uczynić. Zapewnić ciągłość narodu. Urzędnicy z Nagyszalonta, odważni prawnicy, pełni zapału aktorzy, mistrzowie rzeźniccy, przedsiębiorcy, matki i ojcowie, rolnicy, przemysłowcy, żołnierze, uczeni i mistrzowie sportu tworzyli ciągłość wspaniałego narodu. Zapewnić przyszłość narodu węgierskiego, żyjącego cudem gorejącego krzewu, który od dawna stoi w płomieniach, ale wciąż istnieje i ogień go nie strawi. Czy potrzeba jeszcze silniejszej zachęty dla współczesnego młodego Węgra?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Dokładnie 2061 lat temu starożytnym Rzymem wstrząsnął pewien zamach, wiosną 1848 r. wybuchały rewolucje, również i teraz ludy Europy znajdują się w stanie buntu. Sygnały, które zawsze wskazują na to samo: dzieje się coś złego w państwie. Węgrzy myślą trzeźwo. Nasze oczy dostrzegają sygnały, nasze uszy są wyczulone na głos czasów. Wiemy, że nie można wyprzedzić historii, ani jej zatrzymać. Tu, w Basenie Karpackim, nauczyliśmy się, że stanie się to, co ma się stać. Wszystko ma swój określony czas, my możemy jedynie, i powinniśmy, przygotować się na zmiany. Rewolucje 1848 r. wybuchły, ponieważ ówczesne mocarstwa odmówiły narodom prawa do transformacji ich systemów rządowych, do planowania swoich sieci gospodarek i do otwarcia swoich kultur na nowe idee. W imię pokoju w Europie europejscy cesarze, carowie i królowie utworzyli Święte Przymierze. Święte Przymierze pokoju stało się jednak wrogiem niepodległości narodowej, samostanowienia i wolności, zmieniając się w przymierze hipokryzji i dwulicowości. János Arany pisał wtedy, iż dawniej silniejszy zabierał słabszemu, co tylko zdołał. Teraz jest inaczej. Świat jest kierowany przez konferencję: silniejszy, któremu zdarzy się wybryk, zbiera się z innymi i tak go uprawomocniają. Ta historia brzmi znajomo. W ubiegłym roku narody znów się zbuntowały. Zbuntowały się przeciwko dwulicowemu przymierzu biurokratów z Brukseli, liberalnych mediów światowych i zachłannego międzynarodowego kapitału. Najpierw Anglicy, a później Amerykanie. W tym roku będą kolejni.

Szanowni Świętujący!

Dzisiaj w Europie znów wieją wiatry 1848 r. Dziś mamy jeszcze możliwość utrzymania wyzwalającej się energii buntu w konstytucyjnych ramach i przeprowadzenia głębokiej, ale pokojowej i uporządkowanej reformy europejskiego imperium. Przede wszystkim, Bruksela powinna zaprzestać dwulicowości, potrzebujemy szczerej rozmowy i otwartej dyskusji o przyszłości. Należy skończyć z machinacjami, kryjącymi się za pięknymi hasłami. Széchenyi zapewniał, że „kiedy cała Europa będzie się rozpadać, z jej popiołów odrodzą się Węgry i staną na straży porządku, pokoju i wolności, jak dawniej były przedmurzem chrześcijaństwa. Wierzę, że jeśli więcej będzie w nas patriotyzmu niż zazdrości i więcej cnoty obywatelskiej niż pragnienia poklasku, będzie coś jeszcze z Węgrów, i to niemało”. Tak, będzie coś jeszcze z Węgrów, jeśli zrozumiemy przesłanie, szpik kostny 12 Punktów [z 1848r.]: niech nastanie pokój, wolność i zgoda. Ale jak zachować się wobec tych, którzy nie pragną pokoju, ale jego braku, nie dążą do zgody, ale do podziałów? Co począć z tymi, których jedyną radością, jak to ma miejsce i dzisiaj, jest to, że mogą zniszczyć radość innych? Łatwo byłoby z nich żartować, moglibyśmy powiedzieć: poznasz głupiego po śmiechu jego. Nie idźmy jednak tą drogą. Siła i poparcie większości zobowiązują. Mamy sprostać zadaniu, jakim jest budowanie narodu, a nie partyjne przepychanki. Patrząc z perspektywy węgierskiego narodu mamy do wyboru dwie drogi. Możemy wybrać drogę prowadzącą do przestronnej bramy wielkości narodowej lub tę, która prowadzi do wciągającego bagna nienawiści. Czas wyraża prawdę i ukarze, co nią nie jest [Petőfi].

Szanowni Uczestnicy Uroczystości!

Lajos Kossuth powiedział: jesteśmy narodem, mamy prawo i moc, aby realizować nasze własne cele, a nie być narzędziami do realizacji obcych celów. Możliwe, że dla Brukseli i międzynarodowego kapitału nie liczy się przeszłość ani przyszłość węgierskiego narodu, ale dla nas się liczy. Możliwe, że dla Brukseli i kapitału międzynarodowego nie liczy się bezpieczeństwo Europejczyków, ale dla nas się liczy. Możliwe, że dla Brukseli i kapitału międzynarodowego nie liczy się, czy przetrwamy jako Węgrzy, ale dla nas się liczy. My wiemy, co János Arany sformułował następującymi słowami wiersza: „jeśli wywieje nas zawierucha czasów, Bóg na zawsze straci swych Węgrów”. Słowa te również dziś są aktualne. Oto stawka obecnego europejskiego buntu. Musimy odważnie podjąć czekające nas boje w obronie naszej niepodległości i narodowej niezależności. Musimy zahamować Brukselę. Musimy obronić nasze granice, nie możemy dopuścić do przymusowego osiedlania ludności. Należy sprawić, by siatka [organizacji] finansowanych z zagranicznych źródeł stała się przejrzysta, a regulacje podatków, wysokości wynagrodzeń i opłat za energię i komunalnych pozostały w ramach kompetencji wewnętrznych. Pod tym względem, moi Drodzy Przyjaciele, możemy liczyć tylko na siebie, z tego względu odpowiedzialność za rządy powinna w dalszym ciągu spoczywać w rękach ugrupowań narodowych.

Szanowni Państwo!

Wiosną 1848 r. ziarna rewolucji zostały zasiane w glebie wielu narodów. Jednak w większości z nich ziarno wolności nie wykiełkowało. Niekiedy ptaki wydziobały nasiona, gdzie indziej gleba była mało żyzna lub młode plony zostały zduszone przez chwasty. Jak to się stało, że właśnie węgierska ziemia była i jest najbardziej podatna na to, by zakorzeniła się w niej wolność? Odpowiedź jest przed nami. Synowie każdego narodu dążą do szczęśliwego życia, my również. Jednak każdy naród może być szczęśliwy tylko w taki sposób, w jaki pozwala na to jego natura. My, Węgrzy, szczęśliwe życie możemy wieść tylko wtedy, gdy idziemy drogą wolności i niepodległości. Dla nas Ojczyzna bez wolności i niepodległości nie jest prawdziwym domem. A tacy, jak my, nie mogą być szczęśliwi w ojczyźnie, która nie jest ich domem.

Szanowni Państwo!

Naród to nie tylko wspólny język, kultura i wspólna przeszłość, naród to także wszystkie te chwile próby, poprzez które historia spoiła nasze serca. Dlatego w minionych latach na nowo staliśmy się silnym narodem. Nasze serca scaliła walka o naszą narodową i chrześcijańską Konstytucję. Połączył je wspólny bunt przeciwko niewoli, jaką sprowadziło na nas zadłużenie. Scaliła nasze serca także walka o niezależność gospodarczą i bitwa, w której odparliśmy napływ ludności oblegającej Europę i nie dopuściliśmy, aby ręce Brukseli od wewnątrz otworzyły zamknięte bramy.

Szanowni Świętujący!

Stoimy na własnych nogach i jemy własny chleb, nie jesteśmy sługami ani węgierskich, ani obcych potęg. Setkom tysięcy ludzi daliśmy pracę i wzmocniliśmy rodziny. Znieśliśmy podziały klasowe, podziały związane z pochodzeniem, wiekiem, przekonaniami religijnymi i politycznymi, i stworzyliśmy prawdziwą jedność narodową. Dokonaliśmy tego wszystkiego wbrew groźbom i protestom ze strony przymierza hipokryzji.

Przyjaciele!

Nie ma jednak takiej jedności, na utrzymanie której nie trzeba by było pracować każdego jednego dnia. Nie ma takich rezultatów, które same by się obroniły. To my musimy stać w ich obronie. Nigdy nie ma gotowego państwa. Nigdy nic nie będzie nam dane za darmo a rywale z własnej dobrej woli nie ustąpią. Nie oddadzą ani pola, ani szans, ani pracy, ani zysku czy dobrobytu. Naszym zadaniem jest, by wreszcie stworzona jedność przynosiła owoce i każdego dnia na nowo i dalej musimy ją budować. Węgierski naród umacnia się, rozwija i zasłuży we wspólnocie narodów europejskich na uznanie należne mu ze względu na jego talent i sumienność. Miano bycia Węgrem będzie znów czymś pięknym, godnym swojej dawnej wielkiej sławy.

Niech żyje węgierska wolność, niech żyje Ojczyzna!

Mar 13

Ponowny wybór Tuska był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy

Doniesienie korespondenta Węgierskiej Agencji prasowej MTI, Artúra Bajnoka:

Bruksela, 10 marca 2017 r., piątek (MTI) – ponowny wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej w dzień poprzedni był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy a nie jednego czy drugiego państwa członkowskiego – oświadczył Premier Viktor Orbán w piątek w Brukseli po spotkaniu na szczycie przywódców państw członkowskich Unii.

Należy przyjąć do wiadomości, że polityka europejska funkcjonuje w opraciu o politykę partyjną, a węgierskie partie rządzące – Fidesz a także Chrześcijańscy Demokraci  – należą do Europejskiej Partii Ludowej (EPP), w związku z tym Węgry udzieliły poparcia jedynemu kandydatowi tej partii – mówił Viktor Orbán.

Premier mówił o tym, że nie mógł dotrzymać obietnicy złożonej szefowi polskiej partii rządzącej, Jarosławowi Kaczyńskiemu, ponieważ kontrkandydat Warszawy, deputowany do Parlamentu Europejskiego Jacek Saryusz-Wolski wystąpił z Partii Ludowej jeszcze przed posiedzeniem i w związku z tym pozostał tylko jeden kandydat EPP w osobie Tuska.

Dodał, że o sytuacji poinformował listownie swoją koleżankę, panią Beatę Szydło kilka dni przed spotkaniem na szczycie unijnych szefów państw i rządów, „więc nic nie było dla nikogo  zaskoczeniem”.

Podkreślił, „zrobiliśmy wszystko dla osiągnięcia racjonalnego kompromisu, ale jeśli chodzi o dycyzje w sprawach personalnych to bardzo trudno wypracować kompromis, a szczególnie racjonalny  kompromis.”

Zdaniem Premiera była to bitwa nie do wygrania przez stronę polską, ale należy pogodzić się z decyzją nawet wówczas, gdy istnieje takie państwo członkowskie, dla którego jest ona nie do zaakceptowania.

Ta obecna decyzja nie wpływa na sojusz węgiersko-polski, nadal twardo stoimy obok Polski we wszystkich sprawach, które oznaczają niesprawiedliwe ataki przeciwko Polsce, a takich jest sporo tu  w Unii Euroepjskiej” – stwierdził Premier. Niezależnie od tego Polska może więc liczyć na solidarność Węgier, „nasz szacunek do Polaków i nasze przyjacielskie uczucia wobec Pana Prezesa Kaczyńskiego nie uległy zmianie” – powiedział.

W piątek pozostali w Brukseli już tylko przywódcy 27 krajów – krajów unijnych po wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa, by na nieformalnych naradach dokonać uzgodnień o przyszłości zawężonej unii oraz w sprawie przygotowań do spotkania pod koniec marca w Rzymie z okazji 60 rocznicy Traktatu Rzymskiego, ustanawiającego  organizacje poprzedzające Unię Europejską.

Odnosząc się do tego, Viktor Orbán podkreślił, że należy zdefiniować, gdzie będzie miejsce Europy w nowym porządku światowym po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię, co dla nas to wszystko znaczy, jakie będą tego skutki.

Wbrew wszystkim trudnościom Europa jest nadal najlepszym miejscem na świecie i zachowanie tej pozycji jest celem. Europejska kultura, cywilizacja i gospodarka osiągnęły w okresie po drugiej wojnie światowej bezprecedensowe wyniki. Europa ma dobre szanse wygrać konkurs o tytuł, gdzie można żyć najlepiej i najszczęśliwiej na świecie – mówił.

Mówiąc o przyszłości UE stwierdził jednocześnie, że należy jasno wyrazić: prawa państw członkowskich nie mogą być odebrane.

Koncepcja Europy kilku prędkości również znalazła się wśród tematów spotkania. Odnosząc się do tego Viktor Orbán podkreślił: „Nie może powstać Europa dwóch prędkości, więc nie ma Europy pierwszej klasy i drugiej klasy, nie ma jądra i peryferii, w ogóle, ta Europa dwóch prędkości to dla nas należy do najbardziej antypatycznych pomysłów, natomiast my – wykorzystując instrumentarium zintensyfikowanej współpracy – nie jesteśmy przeciw temu, by niektóre kraje w różnych sprawach szły bardziej do przodu, robiły większe postępy, niż inne.”

Pozwalajmy sobie, by każdy, zgodnie ze swoim interesem, w pewnych ramach mógł robić większe postępy niż reszta” – dodał.

 

Lut 28

Orędzie 2017 (fragment)

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!

Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów.I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.]

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów.Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!

Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim 2.0 

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

tł. HPA

 

Gru 09

Europa Środkowa – losy regionu w nurtach historii

 z okazji uroczystości upamiętniającej setną rocznicę urodzin profesora Wacława Felczaka

Kraków 9 grudnia 2016

Dzień dobry, Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Stojąc tu przed Państwem w tej eleganckiej, dostojnej sali, przychodzi mi myśl, czy ja dobrze zdecydowałem trzydzieści kilka lat temu podejmując decyzję wejścia w życie polityczne zamiast naukowe? Kiedy dziś się tutaj spotykamy to wiemy, że to spotkanie nastąpiło w takiej chwili, gdy nasza szersza ojczyzna, Europa, stoi na pograniczu przemian epok politycznych, gospodarczych i technologicznych. Jesteśmy Europejczykami, zarówno Polacy jak i Węgrzy, a takie przemiany epokowe zawsze wywołują w nas samorefleksje i stają się okazją do dyskusji o systemach wartości. Tu łączy się zaraz, to co wysłuchaliśmy przed chwilą, że Węgrzy nie mają zdolności do konspiracji. To jest prawda, bo przecież my jesteśmy ludem kawiarni, a istota kawiarni polega nie na kawie, lecz na wymianie wiadomości. Dlatego wprowadziliśmy do naszej polityki paradoksalny wyraz: jawny spisek. I teraz, gdy Europa stoi na granicy zmiany epoki, a my pragniemy powrotu w Europie do chrześcijańskich korzeni, to między sobą spostrzegamy to jako jawny spisek.

Szanowni Państwo, Panie i Panowie!

Moją powinnością jest tu w uroczystym przemówieniu wspomnieć o panu profesorze Felczaku. Podczas dzisiejszej konferencji – lepiej, gdy ja wprost przyznam się do tego – jestem stronniczy. Stronniczość dziś traktuje się jako błąd, jako grzech, gdy w rzeczywistości jej podstawa, to zaleta, ponieważ stronniczość polega na niczym innym, jak na przyjaźni. Będąc razem z przyjaciółmi nie potrafimy być bezstronni; a gdy jednak kurczowo staramy się być bezstronni, to z tego zachowania wynika tylko sztywność, fałsz czy niezręczność. Nam Węgrom często zarzucano w Berlinie podczas II wojny światowej, oraz później w Moskwie w latach pięćdziesiątych nadzwyczajną stronniczość w stosunku do Polaków. Ten zarzut myśmy zawsze traktowali jako pochwałę, uzupełniając, że ta stronniczość między Polakami a Węgrami jest wzajemna. Czyli jednym słowem pragnę teraz wyrazić – dobrym zwyczajem węgierskim – wielki szacunek i podziw węgierskiego narodu w stosunku do Polski, do miasta Krakowa, do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wystarczy tylko rozejrzeć się po Państwa mieście i widać, że historia wspólna Polaków i Węgrów, to nie przypadkowe okoliczności, lecz gęsto tkana sieć więzi osobistych. Ta przyjaźń należy do narodowej tożsamości węgierskiej. Należy do wspólnego obrazu węgierskiego patriotyzmu i wolności. My Węgrzy uważamy, że z Polakami stanowimy wspólnotę życia, pamięci i losu, sądzimy, że polsko-węgierska przyjaźń jest ewenementem w historii świata. Wagę tej wspólnoty losowej pokazuje też – reflektuję tu na treść wcześniejszych przemówień – iż w drugiej wojnie światowej myśmy byli po stronie przegranej, winnych, a Polacy po stronie zwycięzców, ofiar, ale w końcu Polacy dostali w nagrodę to samo, co Węgrzy za karę: okupację sowiecką i komunizm. Co to jest, jeśli nie dowód wspólnoty losowej?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Podobnie: wygłoszę swoje nieco improwizowane wspomnienie w sali Collegium Maius tego uniwersytetu, który uczyniła jedną z najbardziej dostojnych uczelni Europy – Jadwiga, która z węgierskiej królewny stała się Królową Polski, – w drugiej połowie XV wieku, i mogę mówić w sali tego uniwersytetu, na którym w jednym z okresów świetności co piąty student uczęszczający na studia pochodził z Węgier. I oczywiście jestem stronniczy, bo jest wśród nas pan profesor Koźmiński, a ja jeszcze dobrze pamiętam jego czyn, który moralną dziurę wbił w kadłub okrętu komunizmu na Węgrzech pod koniec lat osiemdziesiątych kiedy wręczył nam, studentom zamieszkałym w akademiku naprzeciw jego Kolegium, polskojęzyczny tekst paktu Mołotowa-Ribbentropa – co na Węgrzech było nie do zdobycia. I jestem oczywiście stronniczy, bo jest wśród nas pan profesor Kovács, który w ciągu jednej nocy przetłumaczył ten tekst, abyśmy w następnym dniu go udostępnili w półlegalnej dokumentacji, publikacji – budząc sensację, sensację polityczną jak na owe czasy. I jest oczywiście decydująca przyczyna mojej stronniczości, a ta przyczyna nie jest inna, jak legendarna postać Uniwersytetu Jagiellońskiego: profesor Wacław Felczak, w którym moje pokolenie widziało rzeczywistego bohatera.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Wacław Felczak jest bliski naszym sercom, bo po polsku napisał historię Węgier. Czyn w samym sobie jest niemałym osiągnięciem, ale dlatego też jest nam bliski, bo w najlepszej chwili udało się trafić w duszę tych Węgrów, którzy nie chcieli poddać się tej apatii, która po rewolucji 1956 roku ogarnęła nas, Węgrów. Dobrze trafił w dusze tych, którzy nie chcieli przyjąć systemu zabijającego w nas ducha, czyli systemu komunistycznego, nazywanego pseudonimem socjalizm. Doskonale pamiętam – było to pod koniec lat osiemdziesiątych, może w ’87 roku – gdy przeszedłem do niego na drugą stronę ulicy z naszego akademika – do budynku Eötvös Collegium – do słynnego profesora goszczącego w budapeszteńskim Eötvös Collegium, by poprosić o wykład dla nas o ówczesnej Polsce, i o nadal istniejącej i walczącej Solidarności. Chcieliśmy usłyszeć całą prawdę z ust wiarygodnego człowieka, bohatera wojennego, więzionego w więzieniach zarówno nazistów jak i komunistów. Natomiast profesor Felczak – jak naucza ewangelia, poszedł z nami nie na jedną milę, tylko na dwie, bo – prowadził z nami nie jedno, lecz dwa zajęcia, a nawet uczynił o wiele więcej: narysował szlak naszych politycznych wyobrażeń. Radził nam – teraz dokładnie go zacytuję: „Załóżcie partię polityczną. Prawdopodobnie was zamkną, ale wszystko wskazuje na to, że nie będziecie długo siedzieć” Oto, taki jest dobry przyjaciel. Dodał jeszcze, że politykowi nie zaszkodzi trochę odsiedzieć. Teraz, kiedy sam jestem politykiem, nie jestem przekonany, czy w tym ostatnim miał rację… Tak, czy owak, Szanowni Państwo, wskutek rady pana profesora Felczaka powstał Fidesz, stając się na Węgrzech po wielu ruchach opozycyjnych pierwszą polityczną formacją posiadającą stabilne ramy organizacyjne. I nawet nas nie zamknięto, najwyżej na kilka godzin. Tak stał się pan profesor Felczak po 1991 roku honorowym członkiem naszej partii i wspólnoty politycznej – może gdzieś w jego spuściźnie znajdzie się jego fideszowska legitymacja członkowska – i tak stał się też naszym umysłowym ojcem założycielskim!

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Felczak będąc historykiem nade wszystko szanował źródła i w moim przekonaniu dziś w Europie pod ciężarem imigracji nadal ważna jest jego zasada: ad fontes! Powrót do źródeł, do korzeni chrześcijańskich, narodowych i europejskich, które zawsze dały mocny kręgosłup Środkowej Europie. Felczak wiedział, czy to mowa o życiu naukowym czy o nauce życia – zawsze trzeba sięgnąć do czystego źródła. Wyznawał także, cytuję: gdy ktoś pije ze źródła, musi klęknąć, nachylić głowę i gdy ktoś chodzi po świecie wyprostowany, tym głębiej musi się pochylić.”

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Wacław Felczak urodził się sto lat temu w środku wydarzeń pełnych cierpienia, gdy długie XIX stulecie przekazało sztafetę krótkiemu XX wiekowi. Ujrzał świat w takiej historycznej sytuacji, jako syn narodu, który wtedy nie miał własnego kraju, ale już był gotowy – zbierając wszelkie siły – do kolejnej próby wskrzeszenia Polski. Stare ramy Europy Środkowej wtedy były już w rozpadzie, rodził się nowy świat na ruinach starego. Wacław Felczak był synem już tego nowego świata Środkowej Europy, ale dobrze znał stare okresy świetności Środkowej Europy i był w stanie widzieć nasz wspólny region oczami wyzwalającego Wiedeń Jana Sobieskiego czy marzącego o Republice Naddunajskiej Lajosa Kossutha. Dlatego granica dla niego – którą wiele razy przekroczył jako kurier Armii Krajowej – stanowiła pasmo łączące a nie dzielące narody środkowo-europejskie. Był rzeczywistym obywatelem środkowo-europejskim, który wraz z wszelkimi smutkami, latami w więzieniach, represjami czuł się w domu w tym świecie budowanym między Zachodem a Wschodem. Wychował się w takiej rodzinie, która uznała, że ofiara na rzecz ojczyzny jest ich obowiązkiem; pradziadek trafił na Syberię po powstaniu w 1831 roku, a dziadek po powstaniu 1863 roku, a czwórkę rodzeństwa stracił w II wojnie światowej. Zainteresowanie historią węgierską i sympatię do Węgrów wchłonął już w szkole elementarnej i w gimnazjum. Tak stał się z poznańskiego studenta najpierw stypendystą budapeszteńskiego Eötvös Collegium, a podczas wojny kurierem między Warszawą a Budapesztem. Odważny, odrzucający wszelki oportunizm, trzeźwo myślący patriota, który dostąpił wtedy chyba najwyższego zaszczytu, które dziś można porównać z odznaczeniem honorowym: podstawą listu gończego było to samo zdjęcie przed 1945 – szukało go Gestapo, jak i po 1947 – szukało go NKWD!

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Te dyktatury zachodnie i wschodnie, które swój cień chciały rozszerzyć na Europę Środkową, zawsze musiały się liczyć z silną więzią między narodami węgierskim i polskim. Ta więź zawsze stanowiła przeszkodę przed ciemiężycielskimi planami zachodnimi i wschodnimi, dlatego zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie czyniono wszystko, by rozerwać te więzi. Podobnie myśleli w czasach mojej młodości także komuniści próbując w latach osiemdziesiątych wzbudzać wśród Węgrów nastroje przeciwko Solidarności. Fakt, że ich krecia robota nie osiągnęła celu, zawdzięczamy w dużej mierze Wacławowi Felczakowi, który już wtedy przyjaźnił się ze znaczącymi postaciami węgierskiej inteligencji od Sándora Csoóri do Árpáda Göncza, którzy zawsze wstawiali się swoim głosem i piórem za Polakami. On podczas komunizmu pełnił tę samą służbę kuriera, łącznika między Warszawą a Budapesztem, jak podczas II wojny światowej. Tak stał się z kuriera AK po czterech dziesięcioleciach ambasadorem Solidarności na Węgrzech. W ten sposób został on jedną z silnych więzi łączących naród polski i węgierski od czasów prehistorycznych poprzez Stefana Batorego i Józefa Bema aż do 1956 roku i do dziś.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Wacław Felczak, który napisał historię Węgrów, stał się nie tylko aktorem tej historii, lecz również postacią ją kształtującą. Czystym źródłem, którego nawet dzień śmierci przypomina naszą historię. Dziś wspólnie pochylamy głowę przed jego pamięcią, dziełem życia. To wszystko jest dobrze, wszystko jest w porządku, ale pytanie: czy moglibyśmy dziś śmiało spojrzeć w jego oczy? Według dzisiejszego stanu rzeczy – a przedmówcy także o tym mnie przekonywali – słuszną odpowiedzią byłoby: tak. Europa Środkowa dziś jest bliska tego, jak on chciał to widzieć. Nasz region próbowali wcześniej organizować Habsburgowie, następnie Niemcy, Sowieci. Jeżeli te wszystkie wzorce chciałbym porównać z tym wzorem, co dzieje się teraz, gdy ten region jest częścią obejmowaną i chronioną przez jedność Unii Europejskiej, wtenczas muszę powiedzieć, że ten stan jest dla nas korzystniejszy, niż był kiedykolwiek. Obecnie pełniona rola i siła naszego regionu w Unii Europejskiej, wspólne wystąpienia krajów wyszehradzkich w zagadnieniach reform europejskich i imigracji, wzrost gospodarczy w Europie Środkowej, to są zjawiska pokazujące najlepsze oblicze tego regionu. Jestem przekonany, iż Wacław Felczak byłby zadowolony, gdyby spojrzał na to, co dzisiaj widać. Dziś jesteśmy najbardziej stabilnym obszarem Europy w sensie gospodarczym, jak i politycznym, Środkowa Europa dziś przeżywa swój renesans, rozwija się wciąż, w dodatku dynamicznie. Nie pozwólmy na to, by nasi krytycy zamazywali dokładną interpretację obecnej sytuacji.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

To wszystko jest możliwe dlatego, ponieważ my, Polacy i Węgrzy zrozumieliśmy, że musimy swoje losy wziąć w swoje ręce. Historia dała nam szansę, abyśmy umocnili i rozszerzyli naszą wolność. Dano nam szansę, aby współdziałając ze sobą uczynili z Europy Środkowej region świata odnoszący największe sukcesy. Pracujemy obecnie nad tym, my kraje wyszehradzkie, bo mniejszego celu nie ma sensu sobie wyznaczyć. Zbliżamy się więc do Środkowej Europy Felczaka, natomiast jeszcze nie dotarliśmy całkowicie do miejsca, gdzie on chciałby widzieć ten region. Stąd moje przekonanie, że słuszną decyzją było nazwanie przez rząd polski i węgierski funduszu jego imieniem, który to fundusz będzie wspierać współdziałanie umysłowe polsko-węgierskie i który oba kraje będą dotować rocznie milionem euro.

Pragnę życzyć nam wszystkim, abyśmy dbali o to, co zostało dotychczas osiągnięte, bądźmy odważni i zdecydowani tak, jak był odważny i zdecydowany Wacław Felczak. Życzę wszystkim, abyśmy trzymali się szlaku przez niego wydeptanego!

Dziękuję Państwu za zaszczycenie mnie swoją uwagą!

Gru 09

Przemówieniez okazji odsłonięcia tablicy pamięci ku czci rewolucji i walki wolnościowej w 1956 r.

Kraków 9 grudnia 2016

Dzień dobry szanownym Paniom i Panom! Wielce szanowny Panie Prezydencie Krakowa!

Dziękuję, że jesteście tutaj Państwo z nami. Przyjaźń polsko-węgierska jest szczególną sprawą. Moim zdaniem o Polsce, o Polakach nigdzie w świecie nie ma tak dobrego mniemania, jak w kręgu Węgrów, a o Węgrzech, o Węgrach nigdzie nie ma tak dobrych opinii, jak tu w Polsce. A szczególne jest w tym to, że tak to jest od tysiąca lat. Przyjaźń nie oznacza, że nie jesteśmy wzajemnie świadomi błędów tego drugiego; przyjaźń oznacza, że darujemy sobie te błędy, przyjaźń oznacza, że wyżej cenimy nasze wzajemne zalety. Zdaniem niektórych jest to romantyczne, ale my wierzymy w to, że życie jest rzeczą romantyczną i uważamy, że ważne jest, by romantyczna przyjaźń polsko-węgierska pozostała częścią naszego życia. Dlatego jest właściwe wspomnieć takie wydarzenia, jak rewolucja na Węgrzech w ’56 roku. Słyszeliśmy: była to rewolucja także polska, przecież rozpoczęła się w Poznaniu, a po jej zdławieniu na Węgrzech była jeszcze kontynuowana w Polsce demonstracjami wyrażającymi sympatię. Państwa Prezydent, pan prezydent Duda złożył wizytę na Węgrzech 23-ego października – było to ogromnym zaszczytem dla Węgrów – przemawiał do nas, było to piękne przemówienie, w którym wspomniał, że Polacy przesłali Węgrom kilkaset litrów krwi. Krew w historii węgierskiej jest ważnym elementem. Wiele wyrazów w węgierskim języku wywodzi się ze słowa krew. Mówi się, że oddamy krew – oznacza to, że człowiek odda wszystko przyjacielowi. Słowo „męczennik” w dokładnym przekładzie, to „świadek krwi”, oznacza, że nawet za cenę życia wytrwa przy swoich przekonaniach. I jest w języku węgierskim specyficzne słowo: układ krwi. Kiedy Węgrzy zajęli tysiąc sto lat temu obszar dzisiejszych Węgier, wtedy wodzowie siedmiu plemion zebrali się i w jednym naczyniu połączyli swoją krew twierdząc, że ich zmieszana krew oznacza na przyszłość braterstwo. Dzięki Polakom, Krakowianom, krew Węgrów i Polaków w ilości tych kilkuset litrów została pomieszana, stąd po 1956 Węgrzy uznawali Polaków nie tylko jako przyjaciół, lecz również jako braci, z którymi łączy ich układ krwi. Ta tablica przypomina nam ten układ i jesteśmy wdzięczni miastu Kraków za umożliwienie odsłonięcia tej tablicy.

Chciałbym tu skierować kilka słów także do młodych ludzi. Dziękujemy za przybycie, bo czekają na Was poważne zadania. Na pytanie: dlaczego byli przyjaciółmi nasi polscy i węgierscy przodkowie w XX stuleciu, odpowiedź jest łatwa, przecież mieliśmy wspólną historię cierpienia. Doskonale wiemy, co to jest przyjaźń w czasach cierpienia. Natomiast teraz – drodzy Młodzi – szykujemy się do innej przyszłości, do wielkiego renesansu Europy Środkowej, do rozkwitu, przygotowujemy się do tego, że życie w Środkowej Europie będzie pokojowe, wolne, wesołe, pełne cech dobrobytu. Znaleźć odpowiedź na pytanie, jak można budować przyjaźń polsko-węgierską w okresie, gdy droga idzie w górę, to musicie już Wy Państwo zrobić. W tym celu czekamy na Was na Węgrzech, w Budapeszcie, prosimy młode pokolenie Polaków wraz z nauczycielami o przybywanie do nas. Z obecnym rządem Polski wspólnie tworzymy poważne stypendia, zakładamy fundacje kulturalne o dużych wartościach, właśnie dlatego, byście Państwo mogli kontynuować przyjaźń polsko-węgierską.

W imieniu węgierskiego narodu pragnę podziękować za wszystko, co Krakowianie uczynili dla Węgrów.

Niech Bóg błogosławi Polskę!

Lis 14

Przemówienie premiera Viktora Orbána wygłoszone w głównej sali posiedzeń Parlamentu na konferencji pt. Św. Marcin i Europa, kończącej obchody jubileuszowego Roku św. Marcina (z okazji 1700. rocznicy urodzin)

Św. Marcin – patron społecznej gospodarki rynkowej

Czcigodne Ekscelencje, Arcybiskupi i Biskupi! Czcigodny Biskupie Andrásu Veresu [przew. Konf. Episkopatu]. Wielce Szanowni Uczestnicy Konferencji, Panie i Panowie, Szanowny Panie Burmistrzu Szombathely!

Dziękuję za to, że mogłem poznać myśli moich przedmówców, profesorów i wykładowców. Z wielkim szacunkiem pozdrawiam wszystkich tu obecnych, świeckich i duchownych. Miło jest widzieć i słyszeć, że osoba i dzieło św. Marcina przyciągnęła dziś tak wielu ludzi najróżniejszych dyscyplin wiedzy. Są więc tu obecni ludzie ducha i przedstawiciele nauki, rodzi się więc samoistnie pytanie „w jaki sposób but trafia na stół czy Piłat do tekstu Credo?”, czyli co robi na tej konferencji węgierski premier?

Szanowni Uczestnicy Konferencji!

Jestem tutaj z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że zaprosił mnie bp András Veres i, jak dobrze Państwo wiedzą, prośba biskupa zawsze jest sprawą poważną. Drugim powodem mojej tu obecności jest pragnienie wyrażenia wdzięczności i wielkiego uznania ze strony węgierskiego rządu dla posługi Kościoła katolickiego na Węgrzech.

Dumni jesteśmy z reprezentowanych przez Państwa wartości i tradycji. Wielką radością napawa nas fakt, że na wielu obszarach życia możemy być sprzymierzeńcami i współpracownikami.

W końcu trzecia i najważniejsza przyczyna moje tu obecności to pragnienie, abym i ja złożył hołd pamięci św. Marcina, który 1700 lat temu urodził się w [rzymskiej prowincji] Panonia, w mieście Savaria, a którego duchowe dziedzictwo bezdyskusyjnie stanowi część węgierskiej kultury.

1100 lat temu przywędrowaliśmy do tego środowiska kulturowego i odnaleźliśmy tu dom. To właśnie św. Marcin był dla nas jednym z głównych pośredników tej powszechnej zachodniej, chrześcijańskiej tradycji i myśli.  

Dlatego dla nas, Węgrów nie jest on tylko jednym z długiego szeregu świętych, lecz człowiekiem, którego imię zespoliło się z dwoma przełomowymi wydarzeniami naszej historii, które wydarzyły się w jednym czasie: z przyjęciem chrześcijaństwa i założeniem państwa węgierskiego.

Św. Marcin jest tym, ku czci którego książę Géza założył opactwo w Pannohalma. Św. Marcin to ten, który widniał na sztandarze, pod którym nasz pierwszy król wiódł swe szeregi do zwycięstwa nad poganami. Św. Marcin to ten, który w rzeźbie na koniu, w kościele koronacyjnym naszych królów w Pozsony [obecnie Bratysława] – prawdopodobnie przy wykorzystaniu wcześniejszych wzorców – ubrany jest w mentyk węgierskiego huzara.

Szanowni Państwo!

Legendy świętych są jak kompas, jak punkty orientacyjne, które w codziennym chaosie pomagają się odnaleźć człowiekowi, również premierowi i premierom. Historia św. Marcina dziś, w XXI wieku wyznacza nam poprzeczkę, daje nam wzór do naśladowania, nad którym warto się poważnie zastanowić.

Daje nam przykład odwagi w walce o wiarę, przykład pokory w sprawowaniu władzy oraz przykład miłosierdzia w relacji do drugiego człowieka. Pierwszy przykład dla polityków: nawet jako biskup pozostał on plebejuszem, mało tego, w ogóle nie starał się o tę godność. Nie tylko, że nie pchał się do władzy, ale gdy padło jego imię – jak wiemy z podania ludowego – ukrył się w kurniku między gęsiami, a wtedy w sposób najbardziej demokratyczny, poprzez aklamację został wybrany biskupem Tours. Tak wypełniło się na nim słowo Pisma Świętego: „[Wybranie] więc nie zależy od tego, kto go chce lub o nie się ubiega, ale od Boga, który okazuje miłosierdzie.” [Rz 9,16]. To jest więc pierwszy przykład dla polityków.

Drugi przypadek, poprzez który także daje nam przykład, pochodzi z wydarzenia już tu wspominanego, gdy jeszcze służąc w rzymskim wojsku spotkał na drodze zmarzniętego człowieka, odciął część swego płaszcza i dał mu. Wielu, również spośród moich przedmówców patrzy na tę historię od strony miłosierdzia – słusznie. Polityk jednak może tu odkryć jeszcze coś innego, może odkryć coś więcej. W opinii wielu z nas czyn ten pozwala uznać św. Marcina patronem społecznej gospodarki rynkowej, gdyż właśnie w tym akcie można dostrzec motywację, która sprawia, że suche słupki dochodów i rozchodów w mgnieniu oka doznają uduchowienia i zyskują swój rzeczywisty sens.

Dzieje się tak, Szanowni Państwo, gdyż aby dać tym, którzy nie mają nic, potrzeba tych, którzy coś posiadają. Potrzeba takich pełnych oddania i zaangażowania ludzi, firm i takiej rządowej polityki, które nie tylko serce mają na swoim miejscu, ale też i zdrowy rozsądek.

Wynika to z faktu, że choćbyśmy mieli nie wiem jak wielkie, całkowicie współodczuwające z ciepiącymi serce, nasze możliwości mają jednak swoje granice. Dlatego Marcin dał żebrakowi tylko kawałek swego płaszcza, taki, jakiego tamten potrzebował. Nie więcej – jeśli dobrze rozumiem – ani nie mniej.

Gdyby dał cały płaszcz, zamarzłby w drodze i nie mielibyśmy dziś o kim mówić. Przykazanie miłosierdzia nigdy nie może oznaczać doprowadzenia samych siebie do zagłady. Dokładnie tak samo jest w przypadku kraju, tylko na tyle może się rozciągać na swym posłaniu, na ile starcza mu kołdry [czyli: tak krawiec kraje, jak mu materii staje].

Niezależnie od tego, z jak szlachetnych pobudek pozwalałby sobie na więcej, doprowadzenie całego narodu do ruiny pozostaje tylko kwestią czasu, gdyż padnie jego gospodarka. Takie jest przesłanie czynu Marcina, w moim najgłębszym przekonaniu połączone z drugą częścią wielkiego przykazania, która jako podstawę miłości bliźniego określa szacunek dla samego siebie: pomagajmy, ale według naszych sił i możliwości; pomagajmy, ale tam, gdzie tej pomocy potrzeba, zawsze dając potrzebną i odpowiednią część z naszego tym, którzy cierpią.

Powyższe myśli z dumą możemy wyznawać w ramach chrześcijańskich korzeni i tradycji naszej polityki. Z dumą możemy powiedzieć, że to im zawdzięczamy fakt, iż solidarność społeczna nie jest dla nas abstrakcyjnym pojęciem, ale bardzo konkretnym i rozumnym sposobem działania.

Chodzi tu o wspólną pracę, w której rząd Węgier może i dziś liczyć na Kościół katolicki, jako na jednego ze swych najważniejszych sprzymierzeńców. Bądźmy więc dumni z tego, że my, chrześcijanie uczyliśmy się rynkowej gospodarki nie tylko od Adama Smitha, ale także od św. Marcina.

Szanowni Uczestnicy Konferencji!

Tyle dostrzega z nauk św. Marcina głowa rządu, dla którego chrześcijaństwo jest natchnieniem. Św. Marcin wciąż nas uczy, uczy jako żołnierz, uczy jako misjonarz, uczy jako pustelnik i jako biskup, uczy jako patron węgierskich królów i całych Węgier.

Naszym zadaniem jest zaś to, byśmy, jak nasi przodkowie, mieli odwagę wzorować się na jego życiu, byśmy zdobywali się na dorastanie mu w wierze, na zmaganie się o wiedzę, nadzieję i miłość. Miejmy też odwagę jego życie i posługę stawiać za wzór dla przyszłych pokoleń. Jeśli tak będziemy czynić, wtedy wytrwale też będziemy spełniać zadania, jakie – każdemu na jego strażnicy – wyznaczyła nam Opatrzność.

Dziękuję za Państwa zaszczytną uwagę!

Budapeszt, 10 listopada 2016

tłum: xyz

Paź 23

Tak było 23 października 2016 na pl. Kossutha w Budapeszcie…

Uroczyste przemówienie premiera Węgier Viktora Orbána

Słowa polskiego hymnu brzmią: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”

Węgrzy odpowiadają słowami Pieśni Narodu: „Na Boga Węgrów przysięgamy, przysięgamy, że już więcej nie będziemy niewolnikami!”.

Legiony polskie pisały na swoich sztandarach: „Za wolność waszą i naszą”.

Tak było w 1848 r., tak było i w 1956 r., tak jest również i dziś.

To tysiącletnia przyjaźń dwóch odważnych narodów, kochających wolność.

Serdecznie witam w stolicy Węgier, na głównym placu naszego narodu Pana Andrzeja Dudę, Prezydenta Polski. Razem z nim pozdrawiam cały naród polski.

Niech Bóg chroni Polskę!

Z wdzięcznym sercem pozdrawiam w naszej świętującej wspólnocie bohaterów 1956 r. Życzymy im długich lat życia!

Witam serdeczne wszystkich przyjaciół Węgier z 26 krajów, którzy wspierali nas w tamtych trudnych dniach i dziś świętują razem z nami.

Szanowny Panie Prezydencie! Szanowny Panie Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, Szanowni Państwo! Drodzy Rodacy na całym świecie!

Z tego miejsca przesyłamy serdeczne pozdrowienia i najlepsze życzenia wszystkim Węgrom!

Gdziekolwiek na świecie żyją, Węgry są ich ojczyzną, Budapeszt jest ich stolicą. Chlubne wspomnienie października 1956 r. należy do nas wszystkich. Dla nas 23 października jest dniem dumy. Po sześćdziesięciu latach wciąż podnosi na duchu i oczyszcza.

1956 r. jest wspólnym dziedzictwem, które pozostawili nam uczniowie, robotnicy z Ujpestu i Csepelu, mieszkańcy Pesztu i Budy, ślusarze, czeladnicy, inżynierowie, lekarze, górnicy, oficerowie i zamordowany premier. Jesteśmy winni im wdzięczność.

Szanowni Świętujący Węgrzy!

Po 1956 r. na Węgrzech jeszcze przez 34 lata panowała dyktatura komunistyczna.

Trzeba żyć. Nawet w czasach dyktatury to jest główne przykazanie. Żyjemy tak, jak potrafimy. Brak perspektyw, złe kompromisy, obłuda, ukrywanie się, odwracanie wzroku, zamknięte serca i nieufność.

Brutalna rzeczywistość dyktatury niszczy ludzką godność, po jej upadku pozostaje pustka, nadwątlone siły, miernota. Jednak tu na Węgrzech to właśnie zawdzięczamy bohaterom 1956 r., że nawet w najczarniejszych latach naszej historii, nawet podczas okupacji sowieckiej mieliśmy być z czego dumni.
Jesteśmy wdzięczni, że my i późniejsze pokolenia nie dziedziczymy wspomnień 45 lat przygniatającej ciemności.

My dostajemy na drogę wspomnienie odwagi, bohaterstwa i chwałę wielkości, a nie ludzkiej słabości i poniżenia. Możemy być dumni z naszych przodków, możemy być dumni z naszej Ojczyzny.

My, Węgrzy, przeżyliśmy komunizm i sowiecką okupację. Możemy dziś tu stać z podniesioną głową, silni, jako dumni synowie silnych Węgier. Obaliliśmy komunistyczne rządy, odesłaliśmy Sowietów do domu i uleczyliśmy naszą Ojczyznę z powikłań po dyktaturze.

Otwarty świat, podniesiona głowa, jasna mowa, czyste spojrzenie, otwarte serca. Dziękujemy, że my na tym fundamencie możemy budować naszą przyszłość.

Szanowni Rodacy!

W październiku 1956 r. w Budapeszcie nastąpił zwrot historii. Zamiast spodziewanej ogólnoświatowej rewolucji komunistycznej wybuchło powstanie przeciw komunistycznemu światu.

Wysłaliśmy wiadomość Zachodowi, że Sowieci nie są niezniszczalni, i że na tym świecie tylko gwiazdy na wieżach kościołów są trwałe.

Sowiecki komunizm, który dotąd był uważany za nienaruszalny, otrzymał taką ranę, z której nie mógł już się wyleczyć. Po 1956 r. razem z jego schorowanymi i starzejącymi się przywódcami diabli go wzięli, mimo że od czasu do czasu te diabły jeszcze pogwizdują.

Nikt nie wie, skąd się bierze w Węgrach ta siła i gotowość do walki, która raz na sto lat, podnosząc się z niczego, jest zdolna do największych cudów, tak jak Dawid, który z procą zwyciężył Goliata.

Możliwe, że w Węgrach jest ta sama dawna wiedza, którą posiadali starożytni Grecy 2.500 lat temu.

Testament starożytnych Greków brzmi: sekret szczęśliwego życia kryje się w wolności, a sekret wolności w odwadze.

My, Węgrzy mamy talent do wolności. Zawsze wiedzieliśmy, jak z niej korzystać.

Wiemy, że wolność to nie stan, który można osiągnąć, ale sposób życia. To tak, jak z pływaniem: kto przestaje płynąć, tonie. Wolność zawsze i wszędzie sprowadza się do prostego pytania: czy to my decydujemy o swoim życiu, czy ktoś inny?

Węgrzy nigdy nie rezygnują z wolności, nigdy nie godzą się z jej utratą, nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach są w stanie ją odnaleźć.

Jesienią 1956 r. każdy mógł zobaczyć wolność w jej idealnym i nieskazitelnym pięknie. Wolność przechadzała się ulicami i placami Budapesztu, stała w kolejkach przed sklepami, zasiadała do rodzinnego stołu, pojawiała się w urzędach, na zadymionych dworcach i przy smutnych kontuarach barów, a wraz z jej przybyciem Węgrzy wstawali i śpiewali hymn narodowy.

Wolność, jeśli chodzi o Węgrów, nawet w momencie śmierci jest cudowna. I nawet to było cudem w jej śmierci, że chociaż pochowano ją w nieoznakowanym grobie, twarzą do ziemi, zawiniętą w papę, z nogami spętanymi drutem kolczastym, to zmartwychwstała i jest tu dzisiaj razem z nami.

Szanowni Państwo!

Jeśli nasza ojczyzna nie jest wolna, my też nie możemy być wolni. Pojedynczy człowiek może co najwyżej być samotny, ale nigdy wolny. Los narodów, które zginęły we mgle, stanowi dla nas przestrogę: jeśli naród zrezygnuje ze swojej suwerenności, w każdej chwili może na powrót stać się zwykłą grupą ludności.

Przed agresywnymi zapędami obcych imperiów może nas obronić tylko nasza narodowa suwerenność. Dlatego stanęliśmy ością w gardle sowieckiemu imperium, dlatego połamało sobie na nas zęby, ponieważ nie odrzuciliśmy naszych ideałów narodowych, zjednoczyliśmy się i nie zrezygnowaliśmy z naszej miłości do Ojczyzny.

Dlatego również i teraz nie możemy zaakceptować, żeby nasz wspólny dom, Unię Europejską, przekształcono we współczesne imperium. Nie chcemy, żeby w miejsce przymierza wolnych narodów europejskich powstały Stany Zjednoczone Europy.

Dzisiaj zadaniem europejskich narodów miłujących wolność jest uchronienie Brukseli przed sowietyzacją, przed decydowaniem za nas z kim i jak mamy razem żyć w naszej własnej ojczyźnie.

My, Węgrzy, chcemy pozostać narodem europejskim, a nie stać się grupą narodową w Europie. Jako spadkobiercy walki o wolność 1956 r. nie możemy zaakceptować, by Europa odcięła się od tych korzeni, które niegdyś uczyniły ją wielką, a nam pomogły przeżyć komunistyczną opresję.

Wolna, silna, godna uznania i szacunku Europa nie może istnieć bez dwutysiącletniej mądrości chrześcijaństwa, która stanowi ożywiającą siłę narodów. Nie możemy patrzeć bezczynnie, jak ostentacyjnie i programowo podmienia się glebę, z której wykiełkowała europejska cywilizacja. Nawet jeśli ze względu na rozmiary i znaczenie naszej ojczyzny nie jesteśmy w stanie zmienić losów Europy, musimy wziąć odpowiedzialność za nasz własny los.

Nawet jeśli większość Europy zrezygnuje z fundamentów własnej cywilizacji, zamieni i wymiesza własne ideały i ludność, my musimy być w stanie ochronić tę część Europy, którą stanowią Węgry, która zawsze zagrzewała nasze serca i napawała Węgrów entuzjazmem.

Szanowni Państwo!

Tajemnica wolność jest w odwadze.

Odwaga nie jest cnotą, którą można odmierzyć aptekarską miarą. Jesteś albo odważny albo tchórzliwy. Jacy jesteśmy w rzeczywistości, to okazuje się w czasie próby.

W nas, Węgrach, odwaga i zdrowy rozsądek idą w parze. Nigdy nie pretendowaliśmy do takiej roli, która przekraczałaby nasze siły, nie podejmowaliśmy się zadania, które by nas przerastało. A jednak – być może ze względu na nasze położenie geograficzne – raz na każde trzydzieści lat historia rzuca nas główny nurt sporów o przyszłość Europy.

W 1956 r., po tym, jak Sowieci wycofali się z Austrii, chcieliśmy przesunąć żelazną kurtynę za nasze wschodnie granice. Byliśmy odważni, na przeciw czołgom wyszliśmy z butelkami z benzyną.

W 1989 r. to my musieliśmy otworzyć granicę, żeby Niemiec mógł spotkać się z Niemcem. Byliśmy odważni i uczyniliśmy to, mimo że stacjonowały u nas oddziały sowieckie.

I teraz, w 2015/16 r. to my musieliśmy zamknąć granicę, żeby powstrzymać napływającą z południa wędrówkę ludów. Byliśmy odważni, i nie daliśmy się zastraszyć ani szantażować.

Nie prosiliśmy się o te zadania. Tak sprawiła historia i to los nam je przydzielił.

Ze swojej strony uczyniliśmy tylko tyle, że nie uciekliśmy i nie wycofaliśmy się. My po prostu spełniliśmy nasz obowiązek. Wytrwały w nim nawet wówczas, jeżeli zaatakują nas od tyłu ci, których w rzeczywistości chronimy. Mamy odwagę zmierzyć się z niesprawiedliwością, na Węgrzech niesprawiedliwość nie zwalnia z podjętego zobowiązania. I na to Europa zawsze może liczyć.

Szanowni Uczestnicy Uroczystości!

Życzę nam wszystkim, abyśmy nigdy nie stali się narodem tchórzy. Tchórzliwy naród nie ma swojej ojczyzny. Zawsze będą dramatyczne sytuacje, silni przeciwnicy i ciężkie próby. One nie mogą być przyczyną, by zapanował nad nami strach. One nie mogą być przyczyną, by dać przestrzeń tym, którzy zasiewają strach. Terrorystom, którzy wypowiedzieli wojnę zachodniemu światu. Szukającym zysku, którzy wysyłają w kierunku Europy setki tysięcy ludzi szukających lepszego życia. Dobrotliwym i naiwnym duszom, które nie mają pojęcia, na jakie niebezpieczeństwo narażają Europę i siebie samych.

Jeśli masz do wyboru dwie drogi, wybierz tę trudniejszą. To pierwsza zasada odwagi. Współczesny świat cierpi, ponieważ zapomniał o tym. Dzisiejsza Europa wybiera raczej to, co tańsze, prostsze i łatwiejsze. Zamiast własnych dzieci wybiera przybyszów, zamiast pracy spekulację, zamiast zdyscyplinowanego życia kredyty.

My, Węgrzy, wyruszyliśmy trudniejszą drogę. Zamiast przybyszów wybraliśmy własne dzieci, zamiast spekulacji i zasiłków pracę, zamiast niewolniczego zadłużenia samodzielność, zamiast stania z założonymi rękami – wybraliśmy ochronę granic.

Szanowni Uczestnicy Uroczystości!

Nie ma zwycięstwa bez podniesienia serc. Nie byłoby go też w 1956 r. Uniesienie serc tchórzliwym dodało odwagi, bojaźliwych zbliżyło do siebie, wlało pragnienie działania tam, gdzie panowało skostnienie. Stworzyło jedność, jedność narodu tam, gdzie wcześniej panowała niezgoda, nienawiść klasowa, zatrute źródła i rozbicie.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Na darmo polityczna przewaga, większość parlamentarna i nawet na darmo nowa konstytucja. Wszystko to jest nam potrzebne, ale niewystarczające. Dziś też nie będzie zwycięstwa bez uniesienia serc, bez duchowego przebudzenia Węgier i Węgrów.

Przyświeca nam wielki przykład 1956 r. Kto ma otwarte oczy, widzi, kto ma otwarte uszy, słyszy odwieczną prawdę: w ważnych sprawach jedność, w mniejszych dowolność, a we wszystkim miłość.

Chwała odważnym!

Hajrá Magyaroszág, hajrá magyarok!
Naprzód, Węgry, naprzód, Węgrzy!

Mar 15

Przemówienie z 15 marca 2016 roku

„Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!”

Panie i Panowie! Rodacy! Węgrzy na całym świecie!

Z uszytą przez żonę kokardą na swoim sercu, z tomikiem poezji w kieszeni, z myślami o strasznych wrażeniach z rewolucji w głowie witał Sándor Petőfi 15 marca w swoim dzienniku. „Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!” Dziś po 168 latach z radością i wiosennym optymizmem, z wielkimy nadziejami i podniesioną duszą świętujemy w całym Basenie Karpat. Od Beregszász po Szabadkę, od Rimaszombat po Kézdivásárhely. Każdy Węgier, z jednym sercem, jedną duszą, jedną wolą.

Węgierskie serca radują się również tym, że jak w decydujących bitwach powstania węgierskiego, obecnie też jest z nami legion polski. Witam rozentuzjazmowanych potomków generała Bema. Witamy przedstawicieli wielkiego narodu polskiego. Jak zawsze podczas wspólnej tysiącletniej historii, tak teraz też jesteśmy z Wami w walce, którą prowadzicie za wolność i niepodległość Waszej ojczyzny! Razem z Wami zawiadamiamy Brukselę: więcej szacunku dla Polaków, więcej szacunku dla Polski! Bóg Was tu przyprowadził! xxx polsko-węgierskiej wspólnoty losów, jest to, że 60 lat temu nasza druga chwalebna rewolucja w ’56 urodziła się pomiędzy pomnikiem Bema a placem Kossutha. Powstała z wielką siłą chwalebnych przodków i na wieczór wyrwała wielkiego generalissimus Sowietów.

Szanowni Państwo! Szanowni Świętujący!

Węgier występuje w obronie swojej prawdy, kiedy trzeba. Jak musi, nawet walczy. Nie szuka bez powodu problemów. Wie, że lepiej zachować spokój, niż wyciągać szable. Dlatego, rzadko bierzemy się za rewolucję. Podczas 170 lat dwa razy tak postąpiliśmy. Mieliśmy powody. Czuliśmy, że nie wytrzymamy dalej. Europa zachowała nasze rewolucje z 1848 i 1956 wśród chwały świata.

Chwała bohaterom! Szacunek dla odważnych! Historycy zapisali rewolucję z 1918-19, ale nie na stronach chwalebnych, lecz w leksykonie o bolszewickim zamieszaniu z którego wybuchła rewolucja anty-węgierska dla celów i interesów obcych. My Węgrzy mamy dwie tradycje rewolucyjne. Jedna prowadzi od 1848, przez 1956 i zmiany ustroju do nowej Konstytucji i obecnego porządku konstytucyjnego. Druga wywodzi się od jakobinów, przez 1919 do komunizmu powojennego. Dzisiejszy porządek urządzili spadkobiercy rewolucji z 1848 i 1956.
Ta tradycja kieruje dzisiejszym światem polityki, gospodarką i życiem intelektualnym narodu. Równość przed prawem, odpowiedzialne ministerstwa, bank narodowy, wspólny podział obciążenia, wolność, odpowiedzialność, szacunek ludzkiej godności, zjednoczenie narodu. Bądźmy za to wdzięczni, że tak się stało. Soli Deo gloria!

Szanowni Państwo!

Nawet wyniosłość święta nie pozwala nam zapomnieć, że tradycja 1919 nadal żyje z nami, na szczęście już tylko osłabiona, ale jeszcze tu się snuje. Jeżeli nie dostanie wsparcia z zagranicy, to uschnie w węgierskiej ziemi, która nie przyjmuje internacjonalizmu. Tak jest dobrze.

Szanowni Państwo!

Porządny, wychowujący dzieci i pracujący obywatel raczej nie zostaje rewolucjonistą. Osoba myśląca i pewna siebie wie, że z zamieszania rzadko wynikają dobre rzeczy. Osoba pogodna i pragnąca rozwoju wie, że nie można na raz robić dwa kroki, bo się potknie o własne nogi. Jednak właśnie tacy mieszczanie z Pesztu zostali zwolennikami rewolucji i maszerowali w pierwszych rzędach, tuż za młodymi studentami.
To oni dali większość rewolucji i walk wolnościowych, za honor Węgrów zapłaciliśmy ich krwią. Każda rewolucja jest taka, jak ci, którzy ją robią. Naszą rewolucję robili porządni mieszczanie, oficerowie, prawnicy, pisarze, lekarze, inżynierowie, rzemieślnicy, chłopi i robotnicy o narodowych uczuciach.

Nie ma śladu nieudanych wizji nieudanych filozofów czy intelektualistów. Rewolucjoniści z 1848 z kamieni po zburzonym absolutyzmie nie chcieli zbudować świątyni nowej tyranii. Pieśni węgierskiej rewolucji nie pisano na ostrze gilotyny ani na struny szubienicy. Nasze pieśni nie śpiewa tłum linczujący, przemieniony w kata, poematy nie są poświęcone zemście ani krwi. Pełnym godności momentem rewolucji z 1848, kiedy znów rozkwitały rany węgierskiego narodu. Żądano uzyskanie i odzyskanie praw konstytucyjnych, zabranych narodowi.

Szanowni Państwo!

A wy co robicie? – pyta się Sándor Petőfi w ostatnim liście do Jánosa Aranya trzy tygodnie przed swoją śmiercią. Pyta się też nas. A wy co robicie? Co robicie z dziedzictwem? Czy Węgrzy są godni swego wielkiego imienia? Czy znacie prawo dawnych Węgrów, że to co czynicie, musicie mierzyć nie tylko miarą pożyteczności, lecz też miarą absolutu, ponieważ te czyny muszą zająć swoje miejsce w wieczności.

Szanowni Świętujący!

Dziedzictwo jest, Węgrzy żyją, Buda stoi. Jesteśmy kim byliśmy, będziemy kim jesteśmy. Znają nas, jesteśmy szanowani przez mądre narody. Zachowujemy dawne prawa. Czy odniesiemy sukces, czy powstanie niezależna, poszanowana na świecie ojczyzna, o którą walczyli w 1848, jeszcze nie wiemy. Wiemy, że gwiazdy Europy są chwiejne, więc czekają nas próby. Obecne czasy zadają nam pytanie, czy mamy być niewolnikami, czy wolni? Los Węgrów jest powiązany z narodami Europy, dziś żaden naród nie może być wolny, jeżeli Europa nie jest wolna. Europa jest bezsilna, jest jak więdnący kwiat zjadany przez tajne robactwo. 168 lat po wiośnie ludów, nasza wspólna ojczyzna, Europa, nie jest wolna.

Szanowni Świętujący!

Europa nie jest wolna, wolność zaczyna się wypowiedzeniem prawdy. Dziś w Europie zakazane jest powiedzieć prawdę. Kaganiec jest kagańcem, nawet z jedwabiu. Jest zakazane powiedzieć, że dziś nie przybywają uchodźcy, lecz Europie zagraża wędrówka ludów. Jest zakazane powiedzieć, że dziesięciomilionowe tłumy czekają w gotowości, żeby ruszyć w naszym kierunku. Jest zakazane powiedzieć, że migracja przynosi przestępstwo i terror do naszych krajów.

Jest zakazane powiedzieć, że tłumy innej cywilizacji są zagrożeniem dla naszego stylu życia, kultury, zwyczajów, tradycji chrześcijańskich. Jest zakazane powiedzieć, że ci co wcześniej przybyli zamiast integracji zbudowali własny świat, z własnymi prawami, ideami, które rozwierają tysiącletnie ramy Europy. Jest zakazane powiedzieć, że to nie łańcuch przypadkowych i nieumyślnych konsekwencji, lecz zaplanowana akcja, tłum ludzi prowadzonych na nas.

Jest zakazane powiedzieć, że w Brukseli dziś pracują nad tym, żeby jak najszybciej przywieźli i zasiedlili u nas obcych. Jest zakazane powiedzieć, że celem zasiedlenia jest przerysowanie wzorów religijnych i kulturalnych Europy i przebudowanie etnicznych podstaw, usuwając ostatnie bariery internacjonalizmu, czyli państwa narodowe. Jest zakazane powiedzieć, że Bruksela zabiera kawałki naszej narodowej suwerenności, że w Brukseli pracują nad planem Stanów Zjednoczonych Europy, do czego nikt, nigdy ich nie uprawnił. Dzisiejszy przeciwnicy wolności są inni niż dawni władcy, czy władcy systemu sowieckiego. Innymi metodami zmuszają do poddania się. Dziś nie zamykają w więzieniach, nie zabierają do łagrów, nie okupują czołgami państwa przywiązane do własnej wolności. Dziś wystarczą ataki prasy światowej, stygmatyzacja, straszenie i szantaż. Czy raczej wystarczało. Do tej pory.
Narody Europy obudziły się, uporządkowują się i niedługo wstaną. Narody Europy zrozumiały, że chodzi o ich przyszłość. Nie tylko dobrobyt i wygodne życie, praca, ale nasze bezpieczeństwo i pokój jest zagrożony. Śpiące w dobrobycie narody Europy wreszcie zrozumiały, że zagrożone są zasady, na których Europa została zbudowana.
Europa to chrześcijaństwo, wspólne życie wolnych i niezależnych narodów, równouprawnienie kobiet i mężczyzn, wyścig fair, solidarność, honor, pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To niebezpieczeństwo nie atakuje nas jak wojny i katastrofy nagle. Wędrówka ludów to cicha woda, która wytrwale rwie brzegi. Pokazuje się, jako sprawa humanitarna, lecz jej prawdziwa natura, to zajęcie przestrzeni. To co dla nich jest zajęciem przestrzeni, dla nas jest utratą przestrzeni.

Wojownicy praw człowieka czują potrzebę, aby nas pouczać i oskarżać. Ponoć jesteśmy wykluczający i wrodzy. Prawda jest taka, że nasza historia, to historia przyjmowań i łączenia kultur. Kto zgłaszał się jako nowy członek rodziny, sojusznik, czy przybysz uciekający aby przeżyć, tego wpuściliśmy i znalazł u nas nową ojczyznę. Kto przybył, aby zmienić nasz kraj, uformować nasz naród na własną modłę, kto przybył z agresją i wbrew naszej woli, zawsze spotkał sprzeciw.

za: http://niezalezna.pl/77671-dzis-w-europie-nie-mozna-mowic-prawdy-cale-przemowienie-orbana

Mar 07

Przemówienie podsumowujące rok (18. Raport o stanie państwa) – całość

Budapeszt, 28 lutego 2016

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Szanowny Panie Prezydencie [János Áder]!
Szanowny Panie Prezydencie Pálu Schmitt z małżonką!
Szanowny Panie Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego [László Kövér]!

Życzę pięknej niedzieli wszystkim zebranym tu, w Budapeszcie, a także przed ekranami, w kraju i poza jego granicami. Z książki pt. Mała węgierska pornografia [z 1984] (śmiech na widowni) – młodym podpowiadam, autorem jest [Péter] Esterházy – dowiadujemy się, jakie winno być dobre polityczne przemówienie. Dobre wystąpienie polityczne, twierdzi w tej książce towarzysz Gerő1 – młodym mówię, że chodzi o lata 50. – powinno traktować o programie, który nie kosztuje zbyt wiele, wzbudza wielkie zaskoczenie, a i ludowi sprawia radość. Na to Tibor Déry2 odpowiada mu, aby na jednym słupie mostu nad Dunajem powiesił Mihálya Farkasa3, a na drugim siebie samego. To nie będzie wiele kosztować, będzie wielkim zaskoczeniem, a ludowi sprawi radość. (śmiech, oklaski)

Dziś, oczywiście, sprawy nie są już takie proste. Nie da się już przeciąć węzła gordyjskiego, jakim jest zadanie napisania dobrego przemówienia politycznego, jednym frapującym żartem. Dziś już nie wystarczy postawić nieśmiertelne pytanie, jak się pozbyć komunistów. Już choćby dlatego, że wprawdzie od czasów „przedziurawienia” państwowej partii komunistycznej upłynęło 26 lat, wciąż nie ma powszechnej zgody co do tego, czy uwolniliśmy się od komunistów. Więcej, nie wiemy tak naprawdę, czym miałoby być to uwolnienie się. I nie ma ostatecznego rozstrzygnięcia tezy filozofa Gáspára Miklósa Tamása, czy z mąki komunistów da się upiec demokratyczny chleb.

Mało tego, nie wiemy nawet, czy te pytania są w ogóle racjonalne, a jeśli tak, to czy mają jeszcze znaczenie?Albowiem, Szanowni Panie i Panowie, 2 600 000 młodych obywateli naszego kraju urodziło się po epoce systemu komunistycznego, a wliczając również tych, którzy w 1990 roku mieli najwyżej 15 lat, czyli byli jeszcze dziećmi, widzimy, że spośród żyjących dziś na Węgrzech 10 milionów obywateli 4,8 miliona nie posiada własnych wspomnień politycznych o komunizmie.

Pomyślmy też o tym, że miejsce męczącego nas kiedyś dylematu „czy uciekać za granicę?” zajął dylemat „czy podjąć pracę za granicą?”. Zamiast pytań o politykę przemysłową kraju żelaza i aluminium, pochłania nas kwestia informatycznej rewolucji. Zamiast trapić się postępami państwowej gospodarki planowej, zastanawiamy się, jak przezwyciężyć neoliberalną politykę gospodarczą.

Już nie to nas gnębi, jak tu się wyrwać z RWPG [Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej], lecz jak obronić nasze narodowe interesy w Unii Europejskiej. Czas przeleciał. Wiele wody upłynęło w Dunaju. A my, posiwiali uczestnicy transformacji systemowej, ciągle stajemy wobec problemów do rozwiązania. Trudno się dziwić, że pojawiają się wciąż dociekania dotyczące zmiany warty i pokoleń.

Istnieje już nawet partia opozycyjna domagająca się od nas, którzy obaliliśmy stary system, byśmy ustąpili młodszemu pokoleniu. Déjà vu. Stare piękne, junackie czasy! Nasz słynny winiarz Ferenc Takler – chyba myśląc o sobie – powiedział, czy też zacytował: zanim przekażemy sztandar kolejnemu pokoleniu, potrzymajmy go jeszcze trochę. (śmiechy)

Dziś, Szanowni Państwo, w pierwszym rzędzie mam mówić o czasie. Dokonujemy oceny minionego roku, zastanawiamy się, co nas czeka w nadchodzących miesiącach, dlatego najpierw musimy znaleźć odpowiedź na pytanie, w jakim punkcie się dziś znajdujemy? W jakim stanie są dziś Węgry, w jakim położeniu Węgrzy, żyjący w Basenie Karpat?

Możemy cieszyć się wolnością i niepodległością w stopniu, jaki rzadko bywał nam dany w ciągu minionych stu lat. Nie ciąży nam tyrania czy okupacja, sami wybieramy własne rządy. Ustawa Zasadnicza gwarantuje równowagę naszych jednostkowych i wspólnotowych wolności i obowiązków, określa ich granice. Prawa ustanawiane są przez deputowanych, których naród wybrał w sposób wolny. Nieskrępowanie można korzystać z wolności poglądów i słowa, zaś gromadzić się i stowarzyszać nie tylko można, ale jest to korzystne, a nawet pożyteczne.

Trudniejszym pytaniem jest, gdzie dziś znajdują się Węgry na historycznej osi czasu? My, którzy połowę swego życia przeżyliśmy w komunizmie, a połowę w wolnej Ojczyźnie – osobiście 26 lat przeżyłem tam, a 26 tu – skłonni jesteśmy ulegać pewnemu złudzeniu. Czasem łapiemy się na tym, że przeżywamy dni tak, jak byśmy jeszcze ciągle żyli w XX wieku lub w jakimś jego przedłużeniu, a przecież przekroczyliśmy już jedną siódmą XXI wieku. Jeśli XXI wiek wyobrazimy sobie jako tydzień, to jesteśmy przy wtorku. Przed nami jeszcze długi tydzień, ale on już na dobre się rozpoczął. Albo czy uświadamiamy sobie, że od pierwszych wolnych wyborów, od końca komunizmu i obcej okupacji, czyli od roku 1990 upłynęło już więcej czasu, niż wynosił okres pomiędzy dwoma wojnami światowymi? Czy uświadamiali sobie Państwo, że okres od zmiany ustroju już jest dłuższy od okresu rządów Horthyego, a jeszcze tylko 7 lat, i przekroczy długość rządów Kádára. Duża liczba przeżytych lat żąda, byśmy powiedzieli sobie coś o dzisiejszej sytuacji Węgier w wymiarze historycznym.

Jestem jednym z czterech deputowanych, którzy biorą udział w życiu publicznym Węgier od roku 1990, czyli ponad trzydzieści lat „wiosłuję na galerach” krajowej i międzynarodowej polityki. Daje to już pewien dystans i chyba uprawnia oraz wystarcza do tego, bym mówił o historycznych wymiarach.

Występuje tu jednak pewna okoliczność, z którą trzeba się zmierzyć. Gdy w polityce lub w życiu naszego narodu stawiamy sobie za cel zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego, musimy się liczyć z tym, że taki cel nie jest czymś takim jak obiekt w terenie. Dlatego nie ma tu jakichś wymiernych odległości, trudno, wręcz niemożliwe jest określenie, jaką część drogi już pokonaliśmy.

Możemy stwierdzić, że jesteśmy w połowie trzeciej kadencji naszych rządów, ale nie możemy powiedzieć, jaką część okresu społeczeństwa obywatelskiego stanowi tych dziesięć lat. Nawet Kolumb, będąc na środku Oceanu Atlantyckiego, nie wiedział, że jest w połowie drogi. My też nie wiemy, i chyba nie warto zaprzątać sobie głowę tym, czy pokonaliśmy piątą część czy już połowę naszej drogi. Pamiętam, że podobnie było w połowie lat osiemdziesiątych, w ostatnich latach ustroju komunistycznego. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa agonia ustroju kádárowskiego, ile czasu zajmie nam dotarcie do świata wolności i niepodległości. Wiedzieliśmy tylko jedno: że teraz można. Teraz można, teraz ma sens odważna walka, teraz można działać – wszystko inne jest w rękach Pana historii.

Jak uczył Bismarck, kanclerz – twórca Niemiec: człowiek czeka, aż w kłębowisku wydarzeń usłyszy odgłos kroków Boga, a wtedy musi skoczyć i złapać się skraju Jego szaty, to wszystko, co możemy zdziałać. Tak to widzę także dziś. Dziś można działać, można tworzyć, teraz bycie odważnym ma sens, warto wytrwale stawiać kroki, iść do przodu, ze świadomością celu i ufnością, pewnością siebie. Gdyż teraz powstaje, teraz można budować to, co uważamy za obywatelskie Węgry, ustrój obywatelski, epokę narodowo-chrześcijańską, państwo Węgrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Jeśli odważymy się spojrzeć wstecz na ostatnie 150 lat, aż do ugody [austriacko-węgierskiej z 1867r.], zobaczymy, iż potrzeba nam było prawie 50 lat, byśmy mogli zostać zaliczeni do tych krajów europejskich, które odniosły sukces. W ciągu 50 lat dokonaliśmy cudu. Z Budapesztu – serdecznie pozdrawiam jego nadburmistrza – stworzyliśmy miasto, które przyjeżdżali podziwiać ludzie z całego świata. Przemysł przeżywał rozkwit, rolnictwo swój złoty wiek, ludność pochodzenia węgierskiego przekroczyła 50 proc. liczby mieszkańców ówczesnych wielonarodowych Węgier, pomimo wszelkich trudności byliśmy silni, wykształceni i zasobni. I kto wie, czego jeszcze moglibyśmy byli dokonać tu, w środku Europy, gdyby wiedeński dwór nie upadł na głowę i nie wciągnął nas w wojnę. W naszym tu wywodzie ważne jest tylko to, że w ciągu 50 lat udało się nam osiągnąć najlepszą formę. Jeśli przyrównamy do tego naszą obecną pozycję, trzeba stwierdzić, że takiej formy jeszcze nie osiągnęliśmy, gdyż nie dysponowaliśmy dotąd 50 latami, a tylko 26.

Dzisiejsze nasze położenie moglibyśmy też określić miarą rządów Horthyego. To zaś jest pole grząskie, podmokłe, bagniste i niebezpieczne, a takie lepiej omijać. Możemy jednak stwierdzić, że pomimo wojennej przegranej, pomimo znacznego okrojenia kraju i pomimo światowego kryzysu gospodarczego zdołaliśmy stanąć na nogi, a nasze drzewo, choć przepiłowane na pół, wydało nowe pędy, wypracowaliśmy wybitne osiągnięcia na polu dyplomacji, wojskowości i gospodarki. Nasz produkt narodowy brutto mierzony na głowę przekroczył hiszpański, irlandzki, fiński czy portugalski, nie mówiąc o polskim, jugosłowiańskim czy rumuńskim. I choć wojna światowa przerwała ten okres i pogrzebała go, tyle możemy powiedzieć, że 21 lat pokoju okazało się za mało na spożytkowanie naszych talentów i mocy, do czego czuliśmy się zdolni na podstawie poprzedniego okresu.

W epoce komunizmu nie byliśmy ani wolni, ani niepodlegli, żyliśmy jak przygięci do ziemi, osiągnięte wtedy wyniki, do których dochodziliśmy siłą instynktu przetrwania, chęcią przeżycia, nie mogą stanowić wykładni dla dzisiejszych wolnych i suwerennych Węgier. Reżim komunistyczny może nam teraz pomóc w określeniu naszej obecnej pozycji tylko jednym nowym pytaniem. Chodzi tu o najważniejszą, śmiertelnie poważną zagadkę naszego życia: jeśli przez 45 lat idzie się wciąż w głąb lasu, to ile potrzeba lat, aby z tego lasu wyjść całkowicie?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Co się tyczy naszych 26 lat po roku 1990, musimy rozpocząć od zaskakującego faktu, że na początku lat 90, zaczęliśmy coraz bardziej odstawać od Europy Zachodniej, bardziej niż poprzednio, pomimo że Węgry stały się demokracją i przyjęły gospodarkę rynkową. Podobnie zadziwiającym faktem historii naszej gospodarki jest to, że wszystkie kraje naszego regionu, które w 2004 przystąpiły do Unii, wykorzystały gospodarcze możliwości tego akcesu, wszystkie, z wyjątkiem Węgier. Trudno zrozumieć, jak to możliwe, że my, Węgrzy byliśmy takimi ciamajdami. W czasie gdy inni się rozwijali, u nas panoszyły się zadłużenie, kredyty dewizowe, dziura budżetowa, inflacja, deficyt bilansu płatniczego, bezrobocie. W końcu nastąpił krach finansowy, obroża i smycz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, niewolnictwo zadłużenia.

Jeśli Państwo pozwolą, nie będę znów przytaczał tego, o czym wiele razy mówiłem, w jaki sposób obywatelski i chrześcijański rząd w ciągu trzech lat wyprowadził kraj z tej beznadziejnej i pogmatwanej sytuacji, stosując nową politykę gospodarczą i nową politykę narodową. Wystarczy fakt, iż w ciągu trzech lat dokonaliśmy konsolidacji budżetu, ustabilizowaliśmy gospodarkę, uniknęliśmy bankructwa państwa, zahamowaliśmy inflację, ograniczyliśmy bezrobocie w stopniu nie byle jakim: z 11,5 proc. do 6,2 procenta. Odesłaliśmy do domu MFW, prze upływem terminu spłaciliśmy ich kredyt, a w tym roku spłacimy co do grosza kredyt z Unii Europejskiej. (oklaski) Summa summarum: w 2014 roku zamknęliśmy okres stabilizacji naszej gospodarki 3,7 procentowym wzrostem i otworzyliśmy nowy etap. Wzięliśmy rozpęd i  zainicjowaliśmy etap konwergencji gospodarczej. Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy obecnie w fazie odzyskania szansy kolejnego historycznego wyrównania poziomu.

Szanowni Państwo!
Proszę jednak nie wierzyć, że gospodarcze „doganianie” innych to rzecz prosta, łatwa i powszechna. Przeciwnie! To rzadkość jak biały kruk. W minionym pięćdziesięcioleciu do grona najbardziej rozwiniętych udało się doszlusować mniej niż dziesięciu krajom. Mniej niż dziesięć krajów w ciągu minionego półwiecza! Cokolwiek stanie się dalej, już możemy powiedzieć, że udało nam się wytyczyć przed sobą nową trasę. W przeciągu pięciu lat zmniejszyliśmy podatek dochodowy od osób fizycznych z 35 proc. do 15. W ciągu pięciu lat pozostawiliśmy w rodzinnych budżetach 1.300 mld forintów. O 25 proc. zmniejszyliśmy koszta opłat komunalnych. Również w ciągu pięciu lat najniższa płaca na Węgrzech wzrosła półtorakrotnie. (oklaski) Dokonaliśmy tego razem, państwo i rynek, rząd i sektor biznesowy, pracodawcy i pracobiorcy, węgierskie firmy mikro, małe i średnie oraz krajowe filie globalnych korporacji. Dokonaliśmy tego razem i wspólnie możemy być z tego dumni. Węgierskie reformy są skuteczne. Tej wspólnej walki i współpracy potrzeba będzie w następnych latach, a nawet w następnych dwóch dekadach. Jeśli będzie praca, inwestycje, zaufanie i wsparcie, Węgry będą mogły się rozwijać po torze wznoszącym się.

Dlatego, Szanowni Państwo, wszelka polityka oparta na walce klas ma ograniczone pole widzenia i jest pozbawiona sensu / głupia. Na próżno idee rodem z Manifestu Komunistycznego, Kapitału Marxa czy z modnych, lewackich uniwersyteckich ław występują pod nowymi płaszczykami, trzeba je odpierać w sposób jak najbardziej zdecydowany i zjednoczonymi siłami zwolenników trzeźwego myślenia trzymać z daleka od władzy. (oklaski) Zamiast dziecinnych marzeń, romantyki walki klasowej, przeciwstawiania sobie i wzajemnego podżegania pracodawców i pracobiorców, małych przedsiębiorstw i korporacyjnych potęg, potrzebujemy jednoczenia interesów, współpracy, synchronizacji. Do tego zaś trzeba dużej, silnej, stabilnej partii ludowej oraz takiego samego rządu, służącego interesom obywateli.

Gdzież więc się dziś znajdujemy? Wiele już się wydarzyło, ale wiele musi się jeszcze wydarzyć. Mamy już za sobą większość reform gospodarczych, administracyjnych, szkolnictwa, służby zdrowia, kultury i ustroju agrarnego. Obroniliśmy emerytury i emerytów, wspieraliśmy rodziny ponad nasze siły. Przywróciliśmy porządek publiczny, a policji poczucie własnej godności, zbudowaliśmy też system antyterrorystyczny i zarządzania w obliczu katastrofy. Ocaliliśmy nasze szkoły i szpitale, ponieważ samorządy utrzymujące szkoły i szpitale w roku 2010 zbankrutowały. To prosty ekonomiczny fakt, by go pojąć nie trzeba być fizykiem jądrowym: jeśli bankrutuje ten, kto utrzymuje daną instytucję, bankrutuje również ta instytucja. Ten fakt pozostaje faktem również wtedy, gdy dzieje się tak bez winy nauczycieli czy lekarzy. Rząd zdjął z bark upadłych samorządów długi o łącznej wartości 1.264 mld forintów. Ci, którzy dziś ogłaszają koniec świata z powodu kilku miliardowego zadłużenia KLIKu – centralnego urzędu szkolnictwa, nie muszą się martwić. Skoro daliśmy sobie radę z kredytem z MFW, skoro poradziliśmy sobie z 1.200 mld długu samorządów, to dług tego urzędu też nas nie przygniecie. (oklaski) W sferze służby zdrowia na podstawową opiekę zapewniliśmy o 40 proc. więcej środków w porównaniu z rokiem 2010. O połowę skróciliśmy listy oczekujących. Na rozwój szpitali przeznaczyliśmy ponad 500 mld forintów. Trudno znaleźć podobne osiągnięcia w naszej historii. Szpitale na prowincji w znaczącej większości przyjmują chorych w warunkach odpowiadających XXI. wiekowi. Problem mamy w Budapeszcie, musimy zbudować nowy, duży szpital stołeczny.

Ogólnie rzecz biorąc mogę powiedzieć, że jesteśmy wdzięczni nauczycielom i pracownikom służby zdrowia i doceniamy ich pracę. Mają oni rację, że choć wzrost płac jest sukcesywny i znaczący, lecz wciąż niesatysfakcjonujący. Marna pociecha w tym, że dziś na Węgrzech podobnie jest w prawie każdym zawodzie. Węgry mogą dziś udźwignąć z czystym sumieniem i trzeźwym umysłem tylko tyle, żeby każdego roku każdy mógł postąpić o krok do przodu. Ramy długości i tempa tych kroków określają każdorazowe wyniki gospodarki. Również ja cenię jasne stawianie sprawy. Popieram tylko taki wzrost płacy – czy to w sektorze budżetowym czy prywatnym – ale wówczas usilnie go wspieram, który ma pokrycie w gospodarce, za którym stoi wzrost ekonomiczny.

I w ten sposób, Szanowni Państwo, dotarliśmy do najważniejszych pytań nadchodzących lat. Obecne tempo wzrostu gospodarczego nie jest zadowalające, a jego trwałość nie jest zabezpieczona. Jest tak dlatego, ponieważ węgierska gospodarka wciąż nie jest wystarczająco konkurencyjna. Weźmy za przykład węgierskie rolnictwo, z którego tak jesteśmy dumni, a które w ostatnich latach biło historyczne rekordy. Nawet dziś nasza wydajność z hektara stanowi 48 proc. unijnej. Moglibyśmy przytoczyć wiele podobnych przykładów, również z dziedziny przemysłu. Dlatego jeszcze wiele musi się zmienić w kwestii konkurencyjności naszej gospodarki. Obniżanie podatków, redukcja biurokracji, bardziej życiowe szkolnictwo zawodowe, szybsze orzecznictwo sądowe, informatyzacja, poprawa organizacji, innowacyjność technologiczna, wyższa kultura przedsiębiorczości i biznesu. Czeka nas jeszcze ogrom pracy w tej kadencji.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!
Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Węgrzy tylko wtedy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier. Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!
Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!
A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi? Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.
W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!
Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej zachodnioeuropejskich fabryk.

Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.

Szanowni Panie i Panowie!
Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu. Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.

Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. (oklaski) Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.

Szanowni Państwo!
Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. (śmiechy, oklaski) To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

Moi Drodzy Przyjaciele!
Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet takiej intencji.

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu jest martwa. Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z którego chcieliśmy się wyrwać.

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy byli solidarni i pomagali.

Drodzy moi Przyjaciele!
To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też kamiennych mózgów. (śmiechy, oklaski) Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. (oklaski) Zamiast to zrozumieć, z Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle. (śmiechy)

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło lewicowych liberałów z Sojuszu Wolnych Demokratów – SzDSz]. (śmiechy, oklaski) To zaś oznacza, że prawdziwy problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony imigrantów. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!
Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!
Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej. Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.] Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało. Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!
Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim. Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!
Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.
Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!
Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę. Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.
W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości. Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim w wersji 2.0.

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [ur. w Krakowie z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, jak potop zbliżającym się masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku, Panie Prezydencie!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok!
Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

tł. HPA