Portal prowadzony jest przez przyjaciół Węgier, którym bliskie są poglądy premiera Viktora Orbána i kierowanej przez Niego partii Fidesz – Węgierska Unia Obywatelska
Lis 29

Przemowa na XXVII kongresie Węgierskiej Unii Obywatelskiej – FIDESZ

Budapeszt, 12 listopada 2017

Drodzy Przyjaciele, Goście! Szanowni zebrani członkowie Kongresu!

Słyszeliśmy piosenkę.  „Węgrzy uciekają do własnych serc, i tak znajdą dobre…” To mówi  nam dużo, ponieważ w naszej wspólnocie zawsze wiedzieliśmy, że bez uczuć nie ma myśli, bez serca nie ma polityki, bez pa

sji nie ma wielkich czynów. Na szczęście mamy wspólną pasję, która znów skłaniana nas do wielkich czynów. Na sza wspólna pasja to Węgry.

Przyjaciele!

Przede wszystkim dziękuję za sam fakt, że moja osoba została uznana wartą kandydatury i dziękuję za zaufanie oddane w głosowaniu. Dziękuję, że wybraliście mnie na przewodniczącego naszej wspólnoty na nowe dwa lata. Pozwólcie, że zanim będę mówić o FIDESZ, o naszej przyszłości i teraźniejszości na wstępie opowiem o zadaniach, które stoją przed nami.

U nas, w FIDESZ, to jest właściwa kolejność. Tu nie przyznaje się pozycji, nawet i przewodniczącemu, ale pracę i zadania. Pewnie to jest wyjaśnieniem dlaczego od wielu lat osiągamy sukcesy. I wy wiecie, że czekają nas wybory parlamentarne, większość z partii w takim okresie za najważniejsze zadanie uważa wygraną w wyborach.

I w naszym przypadku jest to nasze najbliższe zadanie. Ponieważ osoby wypowiadające się przede mną, na czele z moim przyjacielem, wiceprzewodniczącym Gáborem Kubatovem  już mówili o przygotowaniach do wyborów, mnie pozostało tylko tyle, abym przedstawił i powiedział: rozejrzyjcie się dookoła, a zobaczycie, że FIDESZ już dziś jest gotowy do wyborów. Niemniej FIDESZ jest Fideszem dlatego, że nigdy nie zadowala się wygraniem wyborów. Chcemy więcej niż to. Szukamy tego, i jeśli passa nam sprzyja, znajdujemy, to co jest większym sensem, wyższym celem wygranej następnych wyborów. Co musimy zrobić aby z wygraną FIDESZ wygrały całe Węgry i każdy Węgier? Rozglądając się po horyzoncie widzę przed nami trzy zadania: wzmocnić, pogłębić, ochronić. Wzmocnić wszystko to, co Węgry swoją pracą w pocie czoła osiągnęły przez ostatnie siedem lat. Pogłębić podstawy intelektualne i duchowe naszej polityki. Oraz ochronić przyszłość Węgier, bo w końcu udało się nam pozbierać, w końcu znów mamy przyszłość, tak więc mamy czego bronić. Co się tyczy wzmocnienia  muszę zacząć od tego, że cele wyznaczone w 2010 roku zostały przez nas osiągnięte. Uratowaliśmy gospodarkę, której groził upadek. Ustabilizowaliśmy budżet, który wykazywał wielkie braki, spłaciliśmy kredyty otrzymane od IMF oraz Brukseli, [zlikwidowaliśmy] kuratelę finansową, odesłaliśmy IMF, systemy medialne, energetyczne oraz większość systemów bankowych przejęliśmy w węgierskie ręce. Wszystko to zawdzięczamy wysiłkom, których podjęli się wszyscy mieszkańcy kraju. W 2014 wyznaczyliśmy sobie taki cel, o którym w polityce dużo się mówiło przez ostatnie 25 lat, ale nie osiągnięto na tym polu wyników. Chcieliśmy, aby wyniki  gospodarcze był widoczne nie tylko w statystyce, nie tylko w skali makro, nie tylko w oświadczeniach instytucji oceny kredytowej, nie tylko w reformach strukturalnych, nie tylko w odnowie systemów rozdzielania i w innych tym podobnych. Chcieliśmy, aby w życiu Węgrów w końcu nastąpiły zmiany. Chcieliśmy, abyśmy nie musieli się przed nikim tłumaczyć z poprawy sytuacji gospodarczej, bo jest ona widoczna, odczuwalna, jednoznaczna. Jest przed naszymi oczami, człowiek doświadcza jej w codziennym życiu. Chcieliśmy w 2014 roku, aby za cztery lata codzienne życie Węgrów było bezpieczne, prostsze, wypełnione nadzieją. Chcieliśmy w 2014 roku, aby ta zmiana była powszechna, aby dotarła do wszystkich, aby każdy skorzystał z niej, i aby każdy mógł uczynić krok naprzód.

Jeśli chodzi o sukcesy mieliśmy dobrą passę. Nie chcieliśmy nic innego jak tylko tyle, aby bezsensownymi ograniczeniami, nieprzemyślanym systemem podatkowym, biurokratycznymi meandrami oraz urzędowym rządzeniem się nie ograniczano, nie zatrzymywano i nie zamykano chęci tworzenia przedsiębiorstw i miejsc pracy. Trzeba było tylko, abyśmy pozwolili im działać. Twardszym orzechem do zgryzienia natomiast był główny człon naszej gospodarki narodowej, który nie postrzega siebie ani jako biednych, ani jako dobrze sytuowanych, a który tworzy większość Węgrów. Przypomnijcie sobie, że wyraźna większość kraju w 2010 roku prawie od ćwierci wieku żyła w niepewności, a życie postrzegała raczej jako chylące się ku upadkowi, niż posiadające tendencje wzrostowe. Poczucie bezpieczeństwa, uznanie oraz należny szacunek zniknął. Musieliśmy im zwrócić miejsca pracy zabrane przez socjalistów, musieliśmy wzmocnić wiarę w sens pracy. Musieliśmy osiągnąć to, aby mogli godnie żyć z uczciwie wykonanej pracy, aby mogli swoim rodzinom stworzyć możliwe do zaakceptowania warunki do życia, a nawet takie, które są podstawą do tego, aby szanować samych siebie.

Najtrudniejszym, ale jak zazwyczaj też to bywa, dającym najwięcej siły było to, abyśmy otwarli przed nimi możliwość godnego życia, stanięcia na nogi, podniesienia się osobom, które mają ciężki los, osobom przez lata bezrobotnym, żyjącym z zasiłków i często w biedzie, kilkuset tysiącom naszych obywateli. Teraz nie mówię tylko o naszych obywatelach będących cyganami, choć wielu z nich żyło w ten sposób. Ten świat był dużo większy, wciągał dziesiątki tysięcy rodzin. W takich częściach kraju, w których oderwane były całe regiony, gdzie większość dzieci pod wieloma względami żyła w rodzinach o trudnej sytuacji, a którymi w węgierskiej polityce nie zajmował się nikt oprócz nas musieliśmy osiągnąć takie wyniki.  Obniżenie opłat, praca zamiast zasiłku, a przynajmniej prace społeczne dla rodziców, darmowe żywienie, obowiązkowe przedszkole dla dzieci od lat trzech. Zlikwidowaliśmy rozprzestrzeniającą się przestępczą formę życia, która w wielu miejscach stała się strategią i stylem życia. Wszystkim daliśmy szansę na uczciwe życie z poszanowaniem zasad, ale jeśli ktoś nie skorzystał z niej, jeśli ktoś nie skorzystał z zaoferowanej szansy i z dobrego słowa, wtedy musiał zmierzyć się ze srogimi regulacjami prawnymi, i w ten sposób obroniliśmy przed nimi bezpieczeństwo ludzi żyjących z pracy. Węgry, stosunkowo do swoich możliwości, szczodrze wspierają te osoby, które żyją dla swoich dzieci ale nie wstydzimy się otwarcie powiedzieć, że u nas nie ma przyszłości taka forma życia, która realizuje się nie dla dzieci, ale, która chce żyć z dzieci. Byliśmy wytrwali i konsekwentni, dlatego udało nam się doprowadzić do porządku bezpieczeństwo publiczne nadające jakość codziennemu życiu. Dziękuję za to naszym policjantom, straży obywatelskiej, służbom sprawiedliwości, oraz oczywiście Sándorowi Pintérowi, który, jeśli istniała by taka, na pewno otrzymałby nagrodę dla najlepszego policjanta Europy i Ministra Spraw Wewnętrznych.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

Możemy być dumni z tego, że my jesteśmy partią rządzącą, która zlikwidowała trwałe i liczne bezrobocie na Węgrzech. Powoli osiągniemy pełne zatrudnienie i będziemy takim krajem, a możliwe, że już jesteśmy, w którym każdy może pracować, ten, który chce pracować. Ze świata pracy socjalnej stale przechodzą w świat pracy rynkowej, a nawet powoli problemem zaczyna być brak pracy.

Drodzy Przyjaciele!

W poprawieniu jakości codziennego życia dużą przeszkodą było następne wyzwanie – problem niskich płac. Jeśli jest już praca, zawsze powstaje pytanie: ale czy opłaca się pracować?  Dla nas nie jest wystarczającą odpowiedzią to, że niezależnie czy się opłaca, czy nie trzeba pracować, choć i w tym jest racja. My natomiast chcieliśmy, aby praca miała sens, szacunek oraz przynosiła dochody. Dlatego pomiędzy rokiem 2014 a 2018 naszym największym przedsięwzięciem było odczuwalne, znaczące zwiększenie płac. Chcieliśmy je podnieść w takim stopniu, który w codziennym życiu stwarza bezpieczeństwo. Przypomnijcie sobie, jak nie tak dawno temu nie można było w żaden sposób wyżyć z wynagrodzenia minimalnego. I dziś nie jest to łatwe, ale każdy wie, widzi i uznaje, że wynagrodzenie minimalne od 1 stycznia następnego roku podnieśliśmy z 73.500 forintów [993.27zł] na 138.000 forintów [1864.92zł], a przypadku pracowników wyspecjalizowanych z 89.500 forintów [1209.49zł] na  180.500 forintów [2439.26zł].
Oznacza to dodatkowe 88, tudzież 102 procent. I po podniesieniu wynagrodzenia minimalnego udało się należycie ustalić przychody nauczycieli, osób pracujących w służbach porządkowych i w służbie zdrowia.

Drodzy Przyjaciele!

Pomyślcie o tym, że w końcu, mimo wszystko udało się nakierować gospodarkę na wzrost, bezrobocie zmniejszyć i wyprzeć, dać wszystkim pracę, szczególnie wesprzeć rodziny, i dać szansę na własny dom osobom posiadającym dzieci. Ludzie, nawet jeśli  nie mówią, dokładnie wiedzą jak wygląda sytuacja. To też prawda, że organy mowy Węgrów łatwo odmawiają współpracy, jeśli trzeba mówić o poprawie sytuacji, ale taki jest już nasz naród. Dokładnie wiedzą, jaka jest sytuacja, dlatego też dziś na Węgrzech nie ma chęci zmiany rządu, a zmiany opozycji.

Przyjaciele!

Oczywiście to nie jest jeszcze koniec drogi, raczej jej początek. Mimo że wyglądamy coraz lepiej, codzienne życie Węgrów nie jest jeszcze tak widowiskowe, abyśmy mogli rozsiąść się o odpocząć, i osiągać sukcesy bez znaczących, poważnych wysiłków. Naszym celem jest, aby rodziny na końcu miesiąca nie miały kłopotów, aby nie musiały się zapożyczać. Chcemy, aby oprócz możliwego do zaakceptowania poziomu życia ludzie dysponowali takimi oszczędnościami, które w nieoczekiwanych sytuacjach życiowych pozwolą im poczuć się bezpiecznie. Chcemy, aby wychowanie dzieci na Węgrzech nie stanowiło problemów, aby rodziny zdobywały dom w taki sposób, aby miesięczna spłata była do zniesienia. Abyśmy mogli to tego dojść [obecny] rząd powinien piastować urząd jeszcze przez przynajmniej cztery lata, dlatego z tej perspektywy stawka wyborów w 2018 roku jest większa, niż tych z 2014 roku. Potrzebne są jeszcze cztery lata pracy, abyśmy dotychczasowe wyniki wzmocnili w taki sposób, aby były one nieodwracalne. Nie zapomnijcie, że Węgrzy nie mogą liczyć na opozycję. Nigdy nie przegłosowała najważniejszych decyzji, nie przegłosowała zmniejszenia podatków, uprawnienia kobiet do wcześniejszej emerytury, prawa ziemskiego, pakietu ratunkowego dla kredytów walutowych, ani nie przegłosowali modyfikacji konstytucji zabraniającej osiedlania.

Łatwo zauważyć, że z socjalistami grzęznącymi w trawieniu samych siebie,  formacjami przerobionymi z narodowych radykałów na partie-maskotki,  zdolnymi do wszystkiego za pieniądze i władzę nie można osiągnąć stałego i nieodwracalnego bezpieczeństwa codziennego życia.

Drodzy Przyjaciele!

Pogłębić. Pogłębić duchowe i intelektualne podstawy naszej polityki. Wiem, że jest to abstrakcyjne i możne nawet nie interesuje wszystkich, ale kiedy mamy rozmawiać o takich rzeczach jak nie na kongresach? Duchowe i intelektualne podstawy. Wszystko to dziwnie i obco brzmi w dzisiejszym świecie profanum, w którym większość ludzi wierzy w namacalne rzeczy, i tylko je akceptuje jako podstawę jakiejkolwiek filozofii życia. Dlatego trzeba rozmawiać o podstawach duchowych i intelektualnych, myśleć o nich, a nawet mieć nadzieję na wskazanie kierunku, ponieważ może powstać takie uczucie w człowieku, jakby szedł pod prąd, przeciwnie do  ducha czasów. Ja natomiast polecam, abyśmy poprawili nasze okulary. Nie przyjmujmy romantycznej bohaterskiej pozwy walczącego z duchem czasów. Przyjmowanie takiej  postawy najczęściej kończy się atakami typowymi dla Don Kichota, i jeśli publiczność jest miła można tym niewiele więcej osiągnąć niż to, że nas pożałują. Zamiast tego należy zauważyć, że duch czasów nie jest jednoznaczny z duchem mediów. Trzeba zauważyć, że usypiające melodie wydobywające się z głośników wielkich globalnych firm i globalnych organizacji politycznych, zachęcające do lekkomyślności, oddania się szaleństwu konsumpcji, i nieograniczonemu egocentryzmowi wcale nie są tożsame z duchem czasów.

Pod miękką kołdrą odczucia szerzonego przez globalne elity może być prawdziwe życie. Widzimy dziesiątki milionów europejczyków, którzy codziennie ciężko pracują i walczą, aby mogli się utrzymać na powierzchni oraz utrzymać swoje rodziny. Widzimy, jak pragną bezpieczeństwa i porządku. Widzimy jak coraz mocniej wspierają się swoją tożsamością kulturową. I widzimy jak codziennie walczą o każdy metr kwadratowy europejskiego życia, do którego się przyzwyczaili. To jest prawdziwy duch czasów. Poprawmy więc swoje okulary i zauważymy, że duch czasów tak naprawdę stoi po naszej stronie. Po stronie ciężko pracujących, podejmujących odpowiedzialność, troszczących się o rodzinę, kochających swoją ojczyznę, trzymających się swoich chrześcijańskich korzeni europejczyków. My jesteśmy w większości, a nawet jesteśmy znacznym tłumem. Jest to tylko kwestia czasu i wygramy nie tylko na Węgrzech, ale w całej Europie, a nawet w całym zachodnim świecie.

To wszystko wiedzą też globalistyczne elity, służący im biurokraci, politycy na ich żołdzie, oraz agenci sieci rodzaju Sorosa reprezentujący ich interesy. Dobrze wiedzą, i właśnie dlatego na wszytko co narodowe, ludowe, chrześcijańskie i cywilne wymyślili to słowo-wytrych „populizm.
Ale na próżno powtarzać słowo-wytrych, na próżno szufladkować, na próżno odprawianie politycznego voodoo, rzeczywistość, prawdziwi ludzie, prawdziwe instynkty, prawdziwe pragnienia ludzi, marzenia i nadzieje pokonają dziś jeszcze panującą w Europie elitę globalistów i znów Europę uczynią wielką, a w niej także i Węgry. Oczywiście wszystko to nie nastąpi samo z siebie. To nie jest marksistowski historyczny materializm, gdzie historia świata dociera do celu w z góry zaplanowany sposób i odpowiednio do potrzeb. Tu będzie walka i ścieranie się sił. Co będzie? Walka i ścieranie się sił. I walka prowadzi tam, że charakter dyskusji następnego dziesięciolecia w Europie będą traktowały o tożsamości, ludzi, ludach, narodach, krajach i kontynentach.

W taki sposób docieramy do intelektualnych podstaw naszej polityki. Ponieważ nasz sukces, w moim przekonaniu, zależy od jakości i siły podstaw intelektualnych naszej polityki. Dziś nie można się utrzymać na chybotliwych nogach. A tym bardziej wygrać. Dlatego najpierw powiedzmy głośno, że nasza polityka ma podstawy intelektualne, a nawet duchowe. Z drugiej strony powiedzmy, że węgierska polityka w ostatnim tysiącleciu miała podstawy o takim charakterze.

Po trzecie powiedzmy, że podstawy intelektualne były narodowe, i zawsze obracały się wokół przetrwaniem narodu węgierskiego, jego zadań i powołania.

Po czwarte  powiedzmy głośno, że tradycja jest szeroka, kolorowa i porywająca. Dlatego należy z całą pewnością osądu należy z szerokich możliwości wybrać ten prąd, do którego chcemy dołączyć. Do którego dobrze nam dołączyć, ponieważ pasuje do naszego fideszowskiego i chrześcijańskiego charakteru. I co warto powiedzieć nie umarły słowa i nie umarły tradycje, ale tu i teraz, świeżo i żywo wyznaczają zadanie polityki, a tym samym nasze osobiste zadanie. Powiedzmy więc otwarcie, że my nie opieramy się ani na rozróżnieniach rasowych ani klasowych. Odrzucamy politykę odwracającą przeciwko sobie ludzi, a jej reprezentantów postrzegamy jako naszych wrogów. My opieramy się na podstawach narodowych, dlatego zamiast walki klas i pochodzenia podążamy za narodową współpracą, pokojem, tworzeniem, jak powiedział Klebelsberg: podążamy za ideą produktywnego człowieka.

Oczywiście to są stare kwestie, znane wersje polityki, łatwo się wśród nich odnaleźć. Ale mamy tu też nową, nowoczesną politykę, której wcześniej nie było. W centrum jej stoi człowiek ogołocony ze swojej kultury, narodowości, wiary i tożsamości płciowej. Typ człowieka nowych czasów to sam homo Brusselicus. Powiedzmy, że w naszym przekonaniu polityka odrzucająca naturalny porządek życia, poddająca wątpliwości prawo do życia wspólnot narodowych – zgodnie z naszymi dotychczasowymi doświadczeniami – niezależnie od wykształcenia i dobrych intencji moralizatorskich jej autorów w Europie zawsze prowadzi do barbarzyństwa. Powiedzmy, że zgodnie z ich nastawieniem najważniejszym łącznikiem między ludźmi poza prawami biologii jest połączenie natury intelektualnej, które nazywamy narodem, i które sprawia, że jesteśmy uczestnikami wspólnej kultury i tradycji. I powiedzmy, że my odziedziczyliśmy indywidualną kulturę narodową. Nasza narodowa kultura czyni nas tym, ki jesteśmy. Naszej narodowej kulturze zawdzięczamy to, że Węgrzy posiadają umiejętność spojrzenia w oczy rzeczywistości, mają szacunek do siebie i znają siebie, oraz mają umiejętność, dzięki której są w stanie w ogólne zrozumieć swoją sytuację i swoje zadania. Wierzymy w to, że węgierska dusza wszytko wytrzyma i przeżyje. Ale jak dawniej mawiali ludzie: czasem ucichnie, ale nie umrze. Ta siła intelektualna daje nam umiejętność, abyśmy odważnie przyjęli i spokojnie się zastanowili nad pytaniami powstającymi nad naszą większą ojczyzną, Europą, a które innych przerażają.

Dawni wielcy wiedzieli, i nawet napisali, że właśnie swoisty węgierski duch, i w wyniku tego węgierski sposób myślenia dał Węgrom możliwość życia pomiędzy wykształconymi ludami, i dał im też siłę moralną, bez której taki samotny i przybyły z tak daleka lud, jak nasz prawie nie miałby szans utrzymać się przez tysiąc lat. Jakże moglibyśmy więc z tego zrezygnować ?

Drodzy Przyjaciele!

Jesteśmy wspólnotą polityczną, mającą świadomość tego, że naród węgierski powstał ze spotkania wschodniego charakteru i kultury zachodu, i to ma dla nas znaczenie po dziś dzień. Umiłowanie stepów wolności spotkało się z wiarą chrześcijańską, a z tego wyrosło umiłowanie ludzi, uszanowanie dla ludzkiej wolności, co do dziś stoi w centrum dzisiejszego węgierskiego myślenia politycznego. Dlatego też wyznajemy, przytaczam: „niezachwianie wierzymy w moc miłości i współpracy”. Poglądy naszej wspólnoty politycznej dlatego opierają się na tym prostej myśli, ponieważ są rzeczy, które jeśli kiedyś raz były prawdziwe zawsze zostaną prawdziwe.

Przyjaciele!

Wszystko to wydaje się być naturalnym i dobrze brzmi. Ale jest tu jeden haczyk. Kraje podejmują w Europie decyzje tak, że nie biorą pod uwagę chrześcijaństwa, i nie biorą pod uwagę swojego narodowego charakteru. Chcą wkroczyć w okres postchrześcijański i postmodernistyczny. Już dobrze widać, że na to pytanie, czy nie weźmiemy pod wagę chrześcijańskich zasad życia i od drogi wyznaczonej przez naszą kulturę narodową, czy wierzymy jeszcze w prawdy moralne niezależne od wieku i miejsca, na te pytania dajemy różne odpowiedzi. Są takie kraje, które przytakną, są takie, które dadzą negatywną odpowiedz. Pytaniem przyszłości jest to, czy z tego będzie jednolita Europa?

Przyjaciele!

W taki sposób na pewno nie, jeśli będziemy chcieli zmusić innych do naszego sposobu myślenia, do uznania ich interesów i celów. Jedność Europy może pozostać tylko w jeden sposób: jeśli zaakceptujemy nawzajem swoje różnice, jeśli będziemy się nawzajem darzyć szacunkiem, i jeśli zamiast Stanów Zjednoczonych Europy stworzymy stowarzyszenie europejskich wolnych narodów. Nie ma innej drogi.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

A teraz chciałbym powiedzieć o tym, co i dlaczego musimy obronić. Wiadomym jest, że my, Węgrzy, nie lubimy mocarstw. A szczególnie ich namiestników. Dziś znów zagraża nam mocarstwo. Stoimy na drodze planowi, który chce zlikwidować narody i chce stworzyć Europę mieszaną pod względem ludności. Stoimy na drodze mocarstwu finansowemu i politycznemu, które chce zrealizować ten plan, cokolwiek byłoby tego ceną. Nie owijamy w bawełnę, w celu realizacji planu Sorosa w całej Europie chcą usunąć z drogi rządy reprezentujące interesy narodowe. NGO Sorosa w ostatnich latach otoczyły siecią wszystkie europejskie fora podejmujące decyzje. Obecne są także na obrzeżach węgierskich partii. Zachowują się w taki sposób, jaki kiedyś aktywiści Oddziału Propagandy i Agitacji Sowieckiej Partii Komunistycznej. My, zaprawieni w boju znamy ich już po zapachu. W bardziej wyrafinowany sposób, ale żołnierze Sorosa chcą decydować co mamy robić, co mamy mówić, co mamy myśleć, a nawet jak mamy myśleć o sobie. Sytuacja tak długo była prosta i jasna. Człowiek był kobietą i mężczyzną, matką i ojcem, był Węgrem, Niemcem lub Rosjaninem, chrześcijaninem lub muzułmaninem. Dziś chcą wmusić nas w taki świat, w którym brakuje naturalnych i jasnych konturów. Ten świat nie ma bezpiecznych punktów, nie jest jasne kto jest kobietą a kto mężczyzną, co jest rodziną, co oznacza być Węgrem i chrześcijaninem. Tworzą trzecią płeć, wyśmiewają wiarę, rodzinę uważają za zbędną, a naród za przestarzały.

Drodzy Przyjaciele!

Mówmy zrozumiale. Migracja nie jest celem planu Sorosa, a narzędziem. Miliony osób, które znalazły się w złym położeniu wabieni są z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy, a nawet bezpośrednio transportuwani, aby osłabić narody i aby zadać ostatnie pchnięcie nożem w kulturę chrześcijańską. Porozmawiajmy szczerze także o tym, że plan Sorosa poważnie zagraża bezpieczeństwu naszej codzienności. W krajach Europy, do których odbywa się imigracja, częste się stały akty terroru, wzrosła przestępczość i przemoc w stosunku do kobiet, ponownie odradza się antysemityzm. To jest to, czemu musimy przeszkodzić, to jest niebezpieczeństwo, przed którym musimy ochronić nasz kraj.

Tak więc kiedy mówimy, chrońmy Węgry, wtedy mówimy, że musimy ochronić pracę, rodzinę, bezpieczeństwo, nasze prawo, osiągnięte przez nas wyniki, węgierską kulturę, oraz musimy ochronić także naszą przyszłość. To czego nie znosiliśmy od mocarstwa sowieckiego, tego też nie możemy znieść od mocarstwa Sorosa. Ochronimy nasze granice, zatrzymamy realizację planu Sorosa, i w końcu wygramy i tą walkę.

Drodzy Przyjaciele!

Teraz pomówmy o nas samych. Przyszłej wiosny minie trzydzieści lat, jak wywiesiliśmy sztandar w akademiku Bibó uniwersytetu ELTE. Są wśród nas tacy, którzy byli i przy pierwszych krokach, kiedy żyliśmy jeszcze w czasach manipulacji, zastraszania i przemocy policji. Jeszcze stacjonowali tu sowieccy żołnierze, ale my, doświadczeni w boju, my czuliśmy w powietrzu nieodwracalnie przybliżające się zmiany. Dokładniej czuliśmy, że my jesteśmy zmianą. Wielu z nas uśmiechało się, kiedy mając dwadzieścia kilka lat zdecydowaliśmy się, że stworzymy partię i ruszymy w pierwszych wyborach parlamentarnych.

Kiedy zakładaliśmy Fidesz było nas 37 osób, ilość osób należących do partii komunistycznej podawano na 800 tysięcy, a straży robotniczej było 50 793. Mimo tego jesteśmy tutaj. Razem z naszymi sprzymierzeńcami jesteśmy największą partią Europy i osiągającą największe sukcesy polityczne wspólnotą. Abstrahując od naszego kongresu przychodzi mi do głowy historia, w której dwóch kaznodziei podziwia wielką świątynię, jej wieże oraz znajdujący się w niej potężny dzwon. Jak ten wielki dzwon mógł znaleźć się na wieży? Jak nie inaczej, niż jak wcześniej dzwonek…. Wniosek jest taki: jeśli wtedy nie zdecydowalibyśmy się na działanie teraz nie byłoby nas!

Drodzy Przyjaciele!

Kiedy patrzę na was, a raczej na nas nasuwa się pytanie: na ile nasz dzisiejszy FIDESZ jest tożsamy z tym, który był w momencie założenia? Dobre pytanie. Dzisiejszy FIDESZ jest na tyle tożsamy z tym z 1988 roku, na ile jakikolwiek człowiek jest tożsamy z tym, którym był w wieku 1 roku. Lub też inaczej: jeśli rzeka jest tożsama z biegiem rzeki, który w miarę przebytej drogi poszerza się. Z partii pokoleniowej my sami przekształciliśmy się w europejską partię ludową. Przebyliśmy długą drogę. Zrobiliśmy sobie miejsce w obradach Okrągłego Stołu Opozycji, razem wywalczyliśmy, aby bohaterowie rewolucji 56 roku zostali uczczeni w odpowiedni sposób, razem wywalczyliśmy otwarcie żelaznej kurtyny, razem wyrzuciliśmy sowietów, i razem przepołowiliśmy partię komunistyczną. Razem wywalczyliśmy, abyśmy i my byli w pierwszym parlamencie wybranym w wolnych wyborach.

Przyjaciele!

Przeżyliśmy świetliste zwycięstwa oraz bolesne porażki. Zaciskając zęby wytrzymaliśmy najciemniejszy  moment okresu po zmianie systemu, referendum z 5 grudnia, i nie ustaliśmy, dopóki nie daliśmy podwójnego obywatelstwa Węgrom znajdującym się poza granicami naszego kraju, osiągając tym satysfakcję moralną i prawną. W ostatnich 29 latach węgierscy wyborcy, mając do nas zaufanie trzykrotnie wybrali nas do parlamentu. Skorzystaliśmy z ich zaufania. My byliśmy tymi, którzy  zmienili tymczasową konstytucję na nowoczesną, europejską i tym samym patriotyczną Konstytucję. Wiwat, trzykrotnie wiwat na cześć prezydenta Pála Schmitt. I my byliśmy pierwszymi w Europie, którzy powstrzymali inwazję migrantów spadającą na Europę. My głosiliśmy gospodarkę opartą na pracy, my stworzyliśmy ponad 700 tysięcy nowym miejsc pracy. My skonstruowaliśmy ulgi podatkowe dla rodzin, a kiedy zostały odebrane, walczyliśmy o nie i oddaliśmy je węgierskim rodzinom. My jesteśmy tymi, dla których naprawdę najważniejsze są dzieci. Rozliczyliśmy banki, przewalutowaliśmy na forinty kredyty. Zrealizowaliśmy obniżki opłat komunalnych. My jesteśmy tymi, którzy dali należny szacunek osobom starszym. Zachowaliśmy wartość emerytury, i w tym roku po raz pierwszy wypłaciliśmy premię emerytury, bo Węgry to wielopokoleniowy dom, w którym razem płaczemy i śmiejemy się.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

To miłe uczucie pomyśleć, że w ostatnich trzech dekadach z tą wspólnotą, razem z wami, zrealizowaliśmy wielkie rzeczy. Ale ostrzegam siebie i was: teraz musimy być skromni, ponieważ mamy ku temu powody. Dziękuję Wam, że jesteście taką fantastyczną wspólnotą, że mogę być członkiem takiej ekipy odnoszącej sukcesy. Dziękuję za otrzymane od was niezachwiane i wzruszające zaufanie. Jest to wzruszające i jest to szacunkiem stać na przedzie takiej wspólnoty politycznej. Wykonam moje zadanie.

Naprzód Węgry, naprzód Węgrzy!

za: http://www.miniszterelnok.hu

Lis 28

Demonstracja solidarności z Polakami – przemówienie pod pomnikiem Bema w Budapeszcie

Budapeszt 26. 11. 2017

Drodzy moi [polscy] Przyjaciele!

Węgry i Polska to dwa wiekuiste dęby, każdy z nich wystrzelił pniem osobnym i odrębnym, ale ich korzenie, szeroko rozłożone pod powierzchnią ziemi i splątały się i zrastały niewidocznie. Stąd byt i czerstwość jednego jest drugiemu warunkiem życia i zdrowia”. Stanisław Worcel, przyjaciel Lajosa Kossutha dokładnie opisał sytuację.

Dwa są narody w Europie, które do głębi rozumieją czym są przyjaźń i wspólnota walki. Sojusz polsko-węgierski liczy sobie ponad tysiąc lat.

Małżeństwa władców, św. król Władysław, unie personalne, sojusze, węgierscy słuchacze Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Polacy w powstańczych szeregach Rakoczy`ego, polscy bohaterowie Powstania 1848/49, polscy uchodźcy przyjęci na Węgrzech po diabelskich grach wielkich potęg i oczywiście wspólna walka przeciw komunizmowi.

Zaledwie kilka przykładów z przebogatej i często bardzo trudnej wspólnej przeszłości. I choć dziś już chrzęstu broni, mimo to pod wieloma względami sytuacja jest dziś podobna: dziś napadają nas żołnierze politycznej poprawności i idei otwartego społeczeństwa.

Św. Jan Paweł II powiedział, że naród tylko wtedy może mieć nadzieję na lepszą przyszłość, gdy jego członkowie wspólnym wysiłkiem podejmą się odpowiedzialności za wspólne dobro.

My dziś dlatego się tu zebraliśmy [pod historycznym pomnikiem gen. Bema], bo wierzymy w narody i uważamy za poniżające, że – jeśli tak dalej pójdzie – ze strony Brukseli narody nie mogą się spodziewać lepszej przyszłości, lecz tylko zaszeregowanie. Stamtąd patrząc mocny naród to tyko przeszkoda, zbytni ciężar. My sądzimy inaczej.

Jedną z przyczyn naszej solidarnościowej akcji jest to, że w Parlamencie Europejskim uruchomiono procedurę 7 paragrafu, często określaną jako „bomba atomowa”. Końcem tej procedury może być odebranie krajowi członkowskiemu prawa głosu. Uważamy takie postępowanie za polityczną pałkę, którą Bruksela według własnego uznania może straszyć te państwa narodowe, które ośmielają się przeciwstawiać nieuprawnionemu przez nią rozszerzaniu swych kompetencji.

Kolejny atak na środkowo-europejskie demokracje, oparte na wartościach, odnoszące sukcesy. Procedurę uzasadniano zagrożeniem w Polsce, czy tu na Węgrzech podstawowych wartości Unii. Uważam, iż z pełnym spokojem możemy stwierdzić, iż wartości europejskie w Europie Środkowej maja się dobrze, a na Zachodzie są zagrożone.

Dziś na Zachodzie wykreśla się pojęcia kobiety i mężczyzny, zakazuje się krzyża i bożonarodzeniowej szopki, zaprzecza się normalności. Odnowa Europy jest w stanie wyjść z Europy Środkowej. To wielka odpowiedzialność, jest jednak w naszych narodach, dlatego tak ważne jest nasze zjednoczenie i solidarność.

My, Węgrzy i Polacy możemy być dumni: z naszego chrześcijańskiego dziedzictwa i takowej przyszłości, z tysiącletniej przyjaźni, z wzajemnego wspierania się, jak to było w przeszłości, jest i będzie. Gdyż my chcemy silnej Europy, ale mocnych narodowych państw, nie zaś tego, by przez nikogo nie wybrani biurokraci odbywali nad nami sądy. Europa wtedy będzie silna, gdy dowartościuje narody, nie zaś wtedy, gdy je zdusi.

Na szczęście u nas nie ma obowiązkowej mody na poprawną politycznie mowę, dlatego spokojnie mogę powiedzieć: niech Bóg błogosławi Polskę i Węgry, niech Bóg błogosławi nas wszystkich. Stajemy w obronie Polski, stajemy w obronie Polaków. Dziś tutaj, lecz gdy zajdzie potrzeba i jutro, i wiele razy, gdyż [po polsku] Polak Węgier, dwa bratanki.

Dziękuję za uwagę!

Nacsa Lőrinc – Prezes Chrześcijańsko-Demokratycznego Związku Młodzieży

za: http://klubmaciejakorwina.wroclaw.pl

 

 

Lis 01

Bójcie się Boga

W ostrej rywalizacji, jaka ma miejsce podczas kampanii przedwyborczej, każda rozmowa o sprawach osobistych jest jakby odkryciem samego siebie. Bo człowiek może szczerze rozmawiać wtedy, gdy znajdzie takie towarzystwo, gdzie będzie mógł swobodnie poruszyć problemy, które odsłonią i pozostawią bez obrony pewne sfery jego życia.

Tymczasem istotą kampanii przedwyborczych jest właśnie strzelanie w każde niezakryte miejsce. Dzisiejszy wieczór uważam więc za intelektualne wyzwanie – bo choć mam nadzieję, że nasze spotkanie okaże się bogate duchowo – to muszę uważać na wszystko, co powiem, żebyśmy z jednej strony dodali sobie wzajemnie odwagi, z drugiej jednak nie doprowadzili do naszego osłabienia. Károly Lakat, przed laty wybitny trener futbolowy, zaskoczył kiedyś swoich rozmówców następującym wyznaniem: „Jestem chrześcijaninem, Węgrem i kibicem Fradi. Każde z tych określeń już samo w sobie wystarczy, abym w tym kraju nie mógł nic więcej już zrobić”. Dlatego przyszłość oceni, czy jest rozsądne, aby w tym kraju premier mówił o swej chrześcijańskiej wierze.

Myślę jednak, że jest sens, aby polityk, czy w ogóle osoba publiczna, mówił otwarcie o swej wierze, o swym przywiązaniu do chrześcijaństwa. Chciałbym i życzę tego wszystkim, abyśmy mogli żyć w takim kraju. A są na świecie takie kraje, gdzie choć istnieją wrogie strzały i są ludzie, którzy tylko szukają odsłoniętych, możliwych do zranienia miejsc, to jednak nikt tam nie boi się mówić o swej wierze. Niektórzy myślą, że każde odkryte miejsce można zranić. Ja myślę inaczej. Za właściwe, a nawet konieczne uważam pytanie o te sprawy ludzi, którym mamy okazać nasze zaufanie i złożyć w ich ręce decyzje, które będą miały wpływ na nasz los.

O wierze

Urodziłem się w rodzinie chrześcijańskiej. Oprócz imienia Viktor, które Państwo znają, w mojej metryce chrztu widnieje także imię Michał. To chyba niezła kombinacja. To, że zostałem ochrzczony i przyjęty do chrześcijańskiej wspólnoty, było przede wszystkim zasługą determinacji moich dziadków. (…) Niestety, nie otrzymałem żadnego religijnego wychowania. Wraz ze starzeniem się dziadków z rodziny wyparowywała wiara, zanikały rozmowy o wierze. Wzrastałem więc w środowisku niereligijnym. Tak samo było też w szkole i do początku studiów – dopóki nie poznałem mojej przyszłej żony, która pochodzi z praktykującej rodziny katolickiej. Od tego czasu zaszły w naszym życiu wielkie zmiany. Osobiście przeszedłem dość długą drogę, bym mógł wypowiedzieć zdanie: jestem człowiekiem wierzącym, jestem chrześcijaninem.

Nadszedł w moim życiu moment, kiedy poczułem, że muszę nadrobić to, co pominąłem, że muszę pewne rzeczy naprawić, poustawiać na swoim miejscu. A ponieważ byłem ochrzczony w Kościele ewangelicko-reformowanym, dlatego kiedy nadszedł ten moment – przyjąłem konfirmację. Konfirmacja to przyrzeczenie, to ślubowanie na całe życie, to chwila, w której człowiek jasno się deklaruje, że chce być chrześcijaninem. Kiedy nadszedł moment konfirmacji, wówczas stwierdziłem, że choć nie zawsze wiedziałem, to jednak zawsze czułem – a dziś wiem to na pewno – że Bóg był cały czas ze mną, nawet wtedy, gdy nie zwracałem na Niego uwagi i nie miałem świadomości tego. Dlatego teraz składam to ślubowanie, aby to bycie razem nigdy się nie skończyło. Niech On pozostanie ze mną, i nie tylko ze mną, ale także z tymi, którzy są mi drodzy, i których kocham. Tak doszedłem do konfirmacji. Od tego czasu staram się postępować w duchu zadania, żeby żyć na chwałę Boga i dla dobra ludzi, co na język zawodowego polityka przetłumaczyłbym w następujący sposób: budować ojczyznę, tę przez małe „o”, czyli kraj narodu węgierskiego, tu na tej ziemi, ale też budować ojczyznę przez wielkie „o” – Ojczyznę Niebieską, Królestwo Boże, i to jest wyższy sens i cel tego, co robię. To jest sens wyższego rzędu, ponad i poza wszelkimi kalkulacjami politycznymi. Coraz mocniej czuję, że ten właśnie sens daje mi siłę, by się temu posługiwaniu poświęcić. Zaczynam też powoli odczuwać, że siła niekoniecznie zależy od potęgi fizycznej. Siła niekoniecznie oznacza wielkość mięśni czy zawsze wyprostowaną sylwetkę. Powoli zaczynam rozumieć, choć jestem kalwinem, że człowiek jest najmocniejszy wtedy, gdy klęczy.

O pokusach

Nasz zawód jest niebezpiecznym zajęciem. W tym zawodzie wszystko, co w świecie może być pomyślane jako pokusa, co rusz spotyka człowieka. Zwłaszcza jeśli odnosi sukcesy, bo jeśli nie, to wiele pokus go omija. Ale to, co nazywa się sukcesem tego świata, samo w sobie przynosi pokusy. Można przecież rządzić drugimi, wydawać dyspozycje, decydować o rozporządzeniach, które mogą postawić na nogi nawet cały kraj. Ego człowieka może w jednym momencie się przez to rozrosnąć. To jest pokusa władzy. Jest też pokusa pieniędzy, kiedy człowiek może postawić się ponad ustawami, normami moralnymi czy zasadami kodeksu prawa, by wykorzystać swoją pozycję dla osobistych korzyści. (…) W sumie jest to zajęcie niebezpieczne, ale dlatego właśnie zawsze zachęcam młodych, by próbowali w nim swoich sił. (…) Jestem jednak pewien, że jeśli ktoś nie ma mocnego kręgosłupa, to zawód ten przywali go do ziemi. Trzeba umieć to wytrzymać. Nie ataki trzeba umieć przetrzymać i przeżyć – to jest łatwiejsze, to jest walka tego świata – ale pokusy, które przychodzą razem z sukcesami; to jest prawdziwe wyzwanie.

Jak się wobec tego traktować sukces? Zwykle mówimy, że jest on darem. Trzeba na niego zasłużyć. Nie znaczy to oczywiście, że mogę siedzieć spokojnie w domu i czekać aż sukces sam zapuka do moich drzwi, ze wszystkich sił muszę na ten sukces pracować. W naszym zawodzie bardzo dużą rolę odgrywa wola. Trzeba jednak uważać, aby nie wywyższać woli kosztem pokory. Pewne cele, które sobie wyznaczyliśmy, trzeba bardzo chcieć osiągnąć. Tym celem nie może być jednak pozycja. Trzeba wyznaczać sobie cele wyższego rzędu i bardzo mocno chcieć je osiągać. Trzeba zgromadzić do tego wszelkie potrzebne środki. Bez tego się nie uda. Dlatego trzeba wygrywać wybory. Nie dlatego, że jest to dobre samo w sobie, ale dlatego, by móc uruchomić pewne mechanizmy na rzecz osiągnięcia wspólnie wyznaczonych celów.

Tak więc z jednej strony sukces jest darem, ale z drugiej nie dojdzie do niego bez woli. Nie osiągnie się go również bez pracy. Jeśli ktoś nie wierzy, że sukces jest darem i bez tej wiary wyznacza sobie cel, to przecenia samego siebie, myśląc, że wszystko zależy od niego, także końcowy sukces. A to nie jest tak. Końcowy sukces jest darem. Ale dar ten nie przyjdzie, jeśli się na niego nie zapracuje, jeśli się danej sprawie całkowicie nie poświęci. Nie przeciwstawiam sobie woli, pokory, celów politycznych i sukcesu. Raczej próbuję, patrząc na swoje życie i działania, ułożyć je w logicznym porządku, w którym nie obrócą się one przeciwko sobie, ale będą się nawzajem wspierać. Wiara wspiera wolę. Wola wspiera osiągnięcie celu. Cel oznacza służbę sprawie wyższego rzędu. Próbuję to jakoś sobie poukładać i niekiedy kusi mnie myśl, że być może zbyt dużo oczekuję od woli, ale zrezygnować z niej nie mogę.

O bojaźni Bożej

O bojaźni Bożej Czy obywatele powinni wiedzieć, jakimi wartościami w życiu kieruje się polityk, który podejmuje decyzje dotyczące ich życia? To jest chyba ten moment, kiedy powinienem powiedzieć, że podstawowym pytaniem jest pytanie o bojaźń Bożą. Niech dobry Bóg zachowa nas od polityków, którzy nie boją się Boga! Nie mówię teraz o tym, o czym zwykle słychać podczas kampanii przedwyborczych, że ktoś nie reprezentuje żadnych wartości, albo że jego wartości nie są na poziomie albo że nie wytrzymują próby. Nie chcę poetyzować. Podstawowe pytanie jest zupełnie inne: o granice władzy.

Oczywiście, władza jest dzisiaj ograniczona. Mamy trójpodział władz. Parlament ogranicza rząd itd. Jednak władza pozostaje władzą, I podstawowe pytanie brzmi: co stanowi końcową, ostateczną granicę tej władzy? Otóż ostateczną granicą jest tylko bojaźń Boża. Dość dużo rozmyślałem na ten temat. Jeśli polityk odczuwa bojaźń Bożą, wtedy rozważy, kogo w rzeczywistości się boi, kogo uważa za ostateczną instancję. Przecież pozornie ma wszystkie instrumenty władzy w swoich rękach, a Bóg nie pojawi się przed nim w zbroi, aby go straszyć. Jeśli człowiek to przemyśli, to odkryje, że kluczową sprawą jest to, czy wierzy, iż kiedyś – nie wiem dokładnie, w jakich okolicznościach, nie mam teraz przed sobą żadnej dramatycznej wizji – nadejdzie taki moment, że będzie musiał za wszystko zapłacić, ze wszystkiego się rozliczyć.

Czy polityk wierzy, że może uniknąć tego momentu? Jeśli wierzy, że taki moment nadejdzie, wtedy wszyscy możemy się czuć bardziej bezpieczni. Bo przecież – jeśli się w to dobrze wmyślimy – ten, kto rozumie bojaźń Bożą, nie boi się jakiejś nieznanej sobie potęgi jakiegoś pana, którego natury nie zna, jakiegoś tyrana, który postąpi z człowiekiem według swego widzimisię. Nie – boimy się, że otrzymamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy. Boimy się konfrontacji z naszymi uczynkami. I to jest ostateczna granica – ponad wszelkimi przepisami, podziałami władzy i konstytucjami – tego niebezpiecznego zajęcia, jakim jest sprawowanie władzy.

O Kościele

W naszym zawodzie nauka historii jest przedmiotem obowiązkowym. Kierowanie Węgrami nie jest misją oderwaną od czasu i miejsca, ale oznacza prowadzenie tu i teraz narodu o określonej historii. Dlatego rozliczać się powinniśmy nie przed międzynarodowym kapitałem czy obcymi potęgami, nie przed Moskwą czy Waszyngtonem, ale przed tym narodem, którego członkom mamy służyć. Dlatego musimy znać historię. Nie tyle jej szczegóły, ile raczej ducha historii tego ludu. (…) Historia Węgier niesie też pewną bezlitosną naukę dla przywódców. Jednym z najmocniejszych historycznych doświadczeń, które żyje w narodzie węgierskim i odciska się na jego instynktach, jest fakt, że przywódcy często go zdradzali.

Od czasów króla Mátyása, od jakichś 300-400 lat, jest to stale powracające doświadczenie tego narodu, rodzące poczucie, że wcześniej czy później przywódcy nas opuszczą. Albo wykorzystają swoją władzę niewłaściwie, albo sprzedadzą z powodów osobistych ten lub inny kawałek kraju, albo uciekną w czasie trudności, podczas gdy ich obowiązkiem jest przewodzenie. Właściwie im większe pojawiają się trudności, tym bardziej oni powinni przewodzić, gdyż to jest ich zadaniem.

Świadomość tego umacniała mnie w najtrudniejszych chwilach. Nawet wtedy, gdy zarówno przyjaciele, jak i przeciwnicy mówili mi, żebym dał sobie spokój, a życie ma tak wiele innych uroków. Ale mi w głowie grała ta muzyka historii. Każdy polityk widzi też rolę Kościoła w historii naszego narodu. To jeden z najważniejszych uczestników naszych dziejów. To powoduje szacunek i przyjacielskie intencje w stosunku do Kościołów. Szacunek ze strony polityka oznacza, że nie chce on wtrącać się w sprawy Kościoła. Nie może myśleć o wydawaniu mu poleceń lub rozkazów czy choćby o formułowaniu wobec niego mocnych pragnień. Gdy patrzę na Kościół nie okiem polityka z zewnątrz, ale spoglądam nań od środka jako ktoś należący do Kościoła – to widzę, że Kościół to nie tylko instytucja, a więc oznacza nie tylko duchownych i świątynie, ale jest to przede wszystkim wspólnota. Kościół oznacza lud Jezusa Chrystusa, przez Niego wybrany i powołany, i warto do tego ludu należeć. Konfirmacja utwierdza nas w tym, że zostaliśmy do tej wspólnoty powołani.

Patrząc od środka, widzę też, że Kościół posiada pewną zdolność, niezwykle ważną ze względu na politykę i świecką przyszłość narodu. Kościół bowiem uwalnia ducha z więzów ciała. To bardzo ważne. Bo jeśli się sobie przyjrzymy, to zobaczymy, że każdy człowiek, każde indywiduum znajduje się w osobnym ciele, żyje jako osobne ciało. A przecież istotą narodu jest to, że może on jednoczyć ludzi w sprawie osiągnięcia wielkich, wspólnych celów. Lecz jak można jednoczyć, jeśli istniejemy w formie oddzielnych ciał? Do tego potrzeba uwolnienia dusz z ciał. Według mnie, to właśnie oznacza zawołanie sursum corda, gdy mówimy, że podnosimy w górę nasze serca. Kościół jest głównym – nie jedynym, ale najmocniejszym – wyrazicielem tej idei. Jest on zdolny powiedzieć nam: unieś w górę swe serce i tu, ponad swoją głową możesz zjednoczyć się z tymi, z którymi przynależysz do jednej wspólnoty, z pozostałymi członkami Kościoła.

Tego rodzaju wspólnotę ludzi uniesionych serc widzę w Kościele. Z punktu widzenia naszego zawodu bez trudu można dostrzec, że wspólnota znajdująca się w takim stanie ducha, żyjąca w takim zjednoczeniu, zawsze jest zdolna do większych osiągnięć niż zgromadzenie osób znajdujących się osobno, zamkniętych w swych ciałach i myślących tylko o własnej przyszłości. Z tych samych powodów jako polityk wspieram kulturę i – co może według niektórych zabrzmi dziwnie – sport. Sztuka, kultura czy sport potrafią wyzwolić ducha, unieść serca i w ten sposób pomagają, byśmy stawali się jedno. To nie przypadek, że właśnie przez te zjawiska najbardziej czujemy, że stanowimy część jakiejś większej sprawy. Czujemy to na nabożeństwie w świątyni, czujemy, gdy dotknie nas mocno jakieś dzieło sztuki, gdy widzimy tego biedaka, który biegnie na bieżni – przecież on nie biegnie tam sam, on biegnie dla nas, jego zwycięstwo jest także naszym zwycięstwem. Patrząc z punktu widzenia zawodowego polityka, widzę, że Kościół i wiara mogą w najwyższym stopniu wspierać twórcze zdolności narodu.

Dlatego uważam, że rozsądnie myślący i odpowiedzialny rząd powinien popierać współpracę z Kościołem. Nie chodzi o wydawanie mu poleceń, bo tego robić nie wolno. O co więc chodzi? Po pierwsze, trzeba umożliwić, by tego rodzaju naród uniesionych dusz mógł się narodzić. Po drugie, władza powinna przyjąć coś, co trudno jest zaakceptować. Musi mieć ona kogoś, kogo będzie mogła zapytać, czy idzie w dobrym kierunku. Czy moja polityka ma jeszcze kierunek? Czy to, co robię, prowadzi do celu, który sobie obrałem, zaczynając pracę polityka? Im człowiek jest wyżej postawiony, tym trudniej mu jest – co sam przyznaję – przyjąć lustro, w którym będzie mógł się przejrzeć, ale tym bardziej potrzebuje on takiego lustra. Musimy umieć przyjąć Kościół jako uczestnika życia społecznego, ale uczestnika apartyjnego, który może w pewnym momencie powiedzieć: „Drogi przyjacielu, być może wyznaczyłeś sobie dobre cele, ale obserwuję cię od dawna i widzę, że jeśli nie zmienisz kierunku, to swego celu nigdy nie osiągniesz”. Do tej rewizji kompasu, do tego trzymania lustra Kościół ma nie tylko prawo, ale i obowiązek. (…) Kościół wyznacza miarę, ustawia na pewnej wysokości poprzeczkę dla świeckiej władzy wszystkich czasów.

Dobrze robimy, jeśli się do tego przymierzamy. Ja tak patrzę na Kościół. Nie da się oczywiście zaprzeczyć faktowi, że wierni Kościołów chrześcijańskich mogą wyznawać różne poglądy polityczne. Jednak im więcej jest wspólnot w danej miejscowości czy regionie, im są one silniejsze, tym stanowią one bardziej sprzyjające zaplecze dla świeckich sił, także partyjnych, prowadzących politykę zorientowaną na budowanie wspólnoty. Z drugiej strony im bardziej świat, województwo czy miejscowość są zindywidualizowane, tym bardziej otwiera się pole dla myślenia egocentrycznego, dla sił, które głoszą: „Zajmuj się wyłącznie sobą, miej na względzie tylko swoje cele”. Często więc duchowa gleba, na której prowadzona jest walka polityczna, bardzo mocno wpływa, a niekiedy wręcz decyduje o wynikach tej walki. Dlatego bywa, że czasami zwyciężają tacy chrześcijańscy demokraci, którzy na to nie zasłużyli.

O nienawiści

Czy kiedy nienawidzę, jestem jeszcze chrześcijaninem? Myślę, że nienawiść jest tam, gdzie nie ma już Boga. To stan bez chrześcijaństwa. Staram się jak mogę unikać nienawiści, ale nie zawsze mi się to udaje. W człowieku czasami otwierają się takie rany, że nawet, gdy mocno się stara, by nienawiść nie uderzyła mu do głowy, to nie zawsze może powiedzieć, że udało mu się tego uniknąć. Moim największym osiągnięciem jak dotąd jest ograniczenie tego uczucia, gdy się pojawia, do minimum. W języku węgierskim o człowieku, o którym źle myślimy, często mówimy: ty nędzniku!

Przecież człowiek, który grzeszy przeciwko nam, jest w gruncie rzeczy nędznikiem, biedakiem, nieszczęśnikiem. Trzeba próbować rozdzielić człowieka od jego czynów. Zły czyn trzeba nienawidzić, ale sprawcy nienawidzić nie wolno. Zanim więc wpadniesz w przepaść, gdzie nie ma już Boga, możesz zawrócić: „Rzeczywiście, biedaku, nędzniku, nie ciebie nienawidzę, tylko to, co wyprawiasz”. Wtedy czujesz, że uwolniłeś się od wielkiego ciężaru, nie zalewa cię już żółć, nie zalewa krew, nie wybuchasz, ale próbujesz rozwiązać problem. Kiedy człowiek z nienawiści chce sądzić drugiego, wtedy przywłaszcza sobie prawo do sądzenia, które mu nie przysługuje. To jakbyś usiadł na chwilę na tronie Boga – i wtedy błądzisz. Jeśli natomiast oddzielisz czyny od złoczyńcy, to czujesz, że nędznik zasługuje na pomoc, chociaż przeciw jego grzechowi występujesz w sposób zdecydowany. W naszym zawodzie jest to nieodzowne. Nasi przeciwnicy wykorzystują to przeciwko nam, gdy chcą udowodnić, że ich nienawidzimy. Tymczasem nie chodzi o nienawiść, ale o zdecydowane zdanie o złym czynie. Jeśli w naszym zawodzie pewnych czynów nie osądzimy, jeśli nie zajmiemy stanowiska, nie powiemy, czy według nas coś jest dobre, czy złe – to wtedy następuje paraliż, bo przestaje być jasne, jakiej sprawie służymy. W nasz zawód wpisane są spory.

Człowiek spiera się z samym sobą, z przeciwnikami, z pytaniami, które do niego przychodzą. Jaka będzie dobra odpowiedź, a jaka zła? Czy uczynię dobrze, czy źle, dając taką, a nie inną odpowiedź? Z tego nie można zrezygnować, to napędza nasze życie, utrzymuje w ruchu nasz zawód, nasz umysł i ducha. Bez tego nie można dobrze rządzić krajem, chyba że tylko podejmować decyzje rutynowo, z przyzwyczajenia. Bez tego nie będziemy rozumieć nowych wyzwań. Prędzej czy później taki kraj osłabnie. Dlatego potrzebujemy sporów i dyskusji. Spory najczęściej dotyczą działań, czynów, projektów. Ważne, byśmy mieli o nich swoje zdanie. Jeśli chcemy nie tylko zarządzać państwem, ale prowadzić kraj w stronę dobra – a intencją chrześcijanina jest dążenie do Królestwa Bożego – to musimy wypowiadać sądy nad czynami lub decyzjami: czy służą dobrym celom, czy złym, czy są pożyteczne, czy szkodliwe. Tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Dlatego jesteśmy wystawieni na zarzuty faryzeuszów, którzy twierdzą, że żywimy wobec naszych przeciwników politycznych bezlitosne uczucia, że rządzi nami nienawiść. Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Za moimi często bardzo zdecydowanymi słowami w ostrych sporach nie stoi nienawiść do drugiego człowieka. Nawet jeśli tak się niektórym wydaje lub chcą w ten sposób przedstawić sprawę. Musimy bowiem umieć odróżniać człowieka od jego czynu.

O porażce i sukcesie

Wielu ludzi uważa chrześcijan za słabeuszy, bo nie umiemy się mścić, rozpychać łokciami, zdobywać tego, co w danym momencie da się zdobyć, bo później może nie być na to szansy. Nie zachowujemy się tak, jak dzisiejszy świat zwykł myśleć o ludziach sukcesu, o zwycięzcach. Jedynym ratunkiem dla nas, jak sądzę, jest jasne określenie, co uważamy za sukces, a co za porażkę. Trzeba to koniecznie określić, zarówno dla naszych dzieci, jak i dla nas samych. Jeśli nie będziemy potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest w naszym życiu zwycięstwem, a co przegraną, wtedy rzeczywiście możemy okazać się słabeuszami. To jest bardzo ważne także przy okazji wyborów parlamentarnych. Problem polega na tym, że zdobycie większości jednoznacznie oznacza zwycięstwo. Ale jeśli większość jest przeciwna prawdzie, wtedy być może jest w stanie wygrać wybory, ale w rzeczywistości przegrywa. W życiu społecznym Europy jest to zresztą największy problem chrześcijańskich demokratów – relacja między prawdą a większością. Ważne jest więc, jak rozumiemy zwycięstwo.

Dla młodych, którzy dopiero co wkraczają w dorosłe życie, jest to trudniejsze. My, którzy jesteśmy już w drugiej połowie życia i mamy przed sobą bliżej niż dalej, widzimy chyba ten problem lepiej. Widzimy, że prawdziwe zwycięstwo jest wtedy, gdy niezależnie od materialnych warunków i okoliczności, człowiek jest w stanie żyć w miłości, zachować pokój, harmonię i duchową równowagę. To jest największy sukces. Zwycięstwo polega na tym, że nie damy sobie tego odebrać. Jeśli to mamy, to wszystko inne przyjdzie później. A nawet jeśli nie przyjdzie, to nawet wtedy nasze życie będzie wartościowe. Jeśli my, chrześcijanie, potrafimy zachować ten sposób życia, wtedy okażemy się zwycięzcami. Natomiast w przypadku ludzi pozornego sukcesu, którzy szybko wszystko zgarnęli i urządzili się, wyjdzie na jaw, że są na pozycji straconej, że przegrali.

Poniższe wypowiedzi pochodzą z publicznej dyskusji Viktora Orbána z katolickim ordynariuszem diecezji Kaposvár, biskupem Bélą Balásem, oraz kalwińskim pastorem Zoltanem Balogiem, która odbyła się w grudniu 2005 roku.

za: http://www.fronda.pl

Wrz 10

Odpowiedź na list szefa Komisji Europejskiej Jeana Claudea Junckera

Szanowny Panie Prezydencie

Odpowiadając na Pański list z 5 września 2017 roku, chciałbym Pana poinformować o stanowisku węgierskiego rządu w sprawach poruszonych w Pańskim liście.

Przede wszystkim chciałbym wyrazić zadowolenie, że docenia Pan wysiłek Węgier przy ochronie granic. W ciągu ostatnich dwóch lat Węgry chroniły nasze wspólne granice przeznaczając na to środki z własnego budżetu, budując ogrodzenia i mobilizując tysiące strażników granicznych.

Chciałbym również przypomnieć moje stanowisko przedstawione na Radzie Europejskiej spotkaniu szefów rządów i przywódców państw, że Węgry zawsze postępowały jak państwo należące do strefy Schengen, ale z przyczyn geograficznych imigranci mogą dostać się na Węgry, jeśli przekroczyli granice Unii w innym państwie członkowskim; głównie w Grecji. Z tego powodu Węgry nie brały udziału i nie chcą brać udziału w projektach które nie rozwiązują tego problemu.

W imieniu rządu węgierskiego chciałbym również jasno powiedzieć, iż w naszej opinii Pańska interpretacja zasady solidarności nie stoi w zgodzie z prawami Unii. Nie jest także zgodna z tradycją historyczną Węgier. Węgry, w przeciwieństwie do innych państw Unii,  nie mają przeszłości kolonialnej. Te państwa mają politykę imigracyjną wynikającą z zobowiązań wobec dawnych kolonii.

Z drugiej zaś strony Węgry nie są państwem imigrantów, nie chcą nim być i nie zaakceptują tego, by ktokolwiek je do tego zmuszał. Interpretacja zasady solidarności przedstawiona w Pańskim liście w swej istocie sprowadza się do tego by Węgry zmieniły się w państwo imigranckie wbrew woli Węgrów. W mojej ocenie to nie jest solidarność, ale przemoc.

Chciałbym Pana poinformować, że jesteśmy zakłopotani tą częścią Pańskiego listu, w której opisuje Pan związek pomiędzy problemem imigrantów, a funduszami spójności. Takiego związku nie ma i nie jest on dozwolony przez unijne prawodawstwo. Według węgierskiego rządu znaczna część środków uzyskanych z Funduszu Spójności ląduje w kieszeniach firm pochodzących z krajów, które finansują fundusz. Gospodarki głównych krajów UE mocno zyskały na środkach spójności, podobnie jak z otwarcia rynków w innych krajach członkowskich.

Na koniec chciałbym podkreślić, że byłem zaskoczony i zdziwiony czytając, że Pan i Komisja Europejska odmawia przyznania funduszu na budowę ogrodzeń. Jestem przekonany, że ci którzy nie wspierają budowy ogrodzeń nie mogą i nie chcą chronić obywateli Unii. To jest niemożliwe, by chronić się przed nielegalnymi imigrantami próbującymi przekroczyć granicę bez postawienia na niej fizycznych przeszkód i barier. Zamiast chronić nasze granice Komisja Europejska chce finansować tylko rozwiązania i organizacje, których celem jest ułatwianie imigracji, przez co tylko zachęca setki tysięcy imigrantów, którzy chcą przedostać się do Europy.

Wobec tego chciałbym jeszcze raz powtórzyć prośbę rządu węgierskiego, by Unia Europejska sfinansowała połowę wydatków jakie ponoszą Węgry na ochronę naszej wspólnej granicy Schengen, w tym koszt budowy ogrodzenia. Ta suma – 270 miliardów forintów została wydatkowana tylko przez węgierskich podatników, a ogrodzenie i węgierska straż graniczna chronią nie tylko Węgrów, ale także Austriaków, Niemców i obywateli innych państw Unii Europejskiej.

Z poważaniem

Viktor Orbán

za: http://nczas.com/

 

Lip 05

Po prostu brak słów…

Wejście Węgrów na Jasną Górę

Opublikowany przez Krzysztof Wierus na 30 czerwca 2017

Modlitwa Węgierskich Pielgrzymów pod Epitafium Smoleńskim

Opublikowany przez Krzysztof Wierus na 30 czerwca 2017

Mar 15

Przemówienie Viktora Orbána

z okazji Narodowego Święta Powstania i Walki o Wolność 1848/49

Budapeszt 15 marca 2017

Szanowni Uczestnicy Uroczystości! Węgrzy na całym świecie!

Z serca pozdrawiam naszych przyjaciół z Polski. To dla nas ważne, że – tak jak w 1848 roku – tak samo dziś są tu z nami.

Każdy naród świętuje w sposób zgodny ze swoim charakterem. Niektórzy organizują festiwale, inni wydają przyjęcia. Nasze węgierskie święto na powitanie wiosny cechuje radosna powaga. W święta narodowe naród węgierski robi sobie zdjęcie, jakby to powiedziała nasza młodzież – selfie, z własną historią w tle. Żarzy się światło walk zrodzonych z pragnienia wolności. Rozbłyskują pełne chwały dni 1848 r., bitwy 1849 r., po czym nastaje ciemność [złożenia broni] we wsi Világos. Podobnie jak sto lat później, kiedy po świetlanym październiku 1956 r. nastąpił mrożący listopad. Świętując nie zapominamy, że nasze walki o wolność kończyły się kolejnymi okupacjami. A jednak, na naszym rodzinnym selfie widać zwycięski naród. My wiemy, że nas nie pokonano. To prawda, przegraliśmy wiele ważnych bitew. Ale my, Węgrzy myślimy w kategoriach nie tylko jednej bitwy czy jednej wojennej wyprawy. Tu, w Basenie Karpackim, w strefie buforowej, gdzie spotykają się różne kultury, imperia, cywilizacje, możemy poszczycić się triumfem największym z możliwych. Wojnę o przetrwanie ojczyzny i narodu za każdym razem ostatecznie wygrywaliśmy. I jesteśmy tutaj. Wbrew wszystkim i wszystkiemu trwamy tutaj. Tu jesteśmy i dzisiaj świętujemy najznakomitszych spośród nas, bohaterów, bez odwagi których nie byłoby nas tutaj. Dzisiaj robimy razem z nimi duże, wspólne rodzinne zdjęcie Węgrów. Chwała odważnym!

Szanowni Państwo!

Ci, którzy toczyli przeciwko nam wygrane bitwy i kampanie wojenne ostatecznie przegrali z nami wojnę. Po Tatarach ślad zaginął, zniknęło potężne imperium otomańskie, imperium Habsburgów rozpłynęło się we mgle, a sowiecki kolos po prostu wyzionął ducha. Potężne imperia! Gdzież jest teraz wasz oścień? Dzień 15 marca jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że byliśmy, jesteśmy i będziemy. To jest nasz triumf. Znaczenie roku 1848 polega nie tylko na tym, że on się wydarzył, ale i na tym, że on nadal trwa, nie tylko w corocznych uroczystościach. Rok 1848 stał się naszą wewnętrzną miarą, naszym moralnym kompasem. Miara i kompas moralny 1848 roku mówi nam dzisiaj, ile kto jest wart na wadze ojczyzny, kto jest wierny, oddany, kto jest patriotą, kto jest bohaterem. Pokazuje, co to znaczy wielkość, ale pokazuje też, co to znaczy miernota, dwulicowość i zbrodnia przeciwko państwu. Co jest budowaniem państwa, a co jego niszczeniem. Miara roku 1848 wskazuje każdemu z nas jego własne miejsce w narodzie. Z tego należnego nam miejsca możemy być dumni. W latach 1848/49 więcej Węgrów walczyło pod flagą wolności, niż było walczących we wszystkich pozostałych państwach Europy razem wziętych.

Szanowni Państwo!

Rok 1848 nie jest samotną wyspą w historii Węgier. Naród węgierski istniał już przed 1848 r., wiosną 1848 sztandar wolności wznieśliśmy nie po raz pierwszy. Rok 1848 spina klamrą powstanie [Franciszka II] Rakoczego z Październikiem roku 1956. Uwypukla kręgosłup narodu walczącego o wolność i nakreśla jego historyczną linię rodową. I właśnie ta świadomość przynależności do narodu, do narodu węgierskiego jeszcze długo będzie wzmacniać kręgosłup kolejnych pokoleń i przedłużać ich rodową linię. Bo przyszli węgierscy uczeni, poeci, mistrzowie olimpijscy i premierzy biegają już dziś wśród nas w krótkich spodenkach i z kucykiem, w naszych przedszkolach i szkołach. Nikt jeszcze nie wie, kim będą, ale możemy mieć nadzieję, że jest wśród nich również „marcowa młodzież”, która swoim życiem dalej będzie pisała ten olbrzymi zawiły epos, będący wspólną bohaterską historią naszego narodu i wolności. Nie możemy chcieć i nie mamy takiego sposobu, by z góry określać i kierować losami naszych potomków. Dziadek Petrovics, jeśli wyobrażał sobie życie wnuka, który wszedł do węgierskiej historii pod nazwiskiem Petőfi, pewnie planował dla niego karierę godną pomocnika masarza lub mistrza rzeźnickiego. Nigdy nie wiadomo, w kim odezwie się przejmujący i wzywający głos Ojczyzny. Z pewnością są wśród nas przyszli następcy Lajosa Kossutha i Sándora Petőfiego, a razem z nimi następcy Istvána Széchenyiego, Ferenca Deáka i Józsefa Eötvösa. Naszym zadaniem jest przekazać dzieciom i wnukom taki kraj, takie dziedzictwo duchowe i moralne, by spośród nich mogli i chcieli wystąpić ci, którzy nie ulegną strachowi i podejmą się kolejnych czekających naród rewolucji, powstań i walk o niepodległość. Mamy obowiązek utrzymać dla nich państwo, zachować dla nich naród, być wsparciem i wskazywać, co powinni uczynić. Zapewnić ciągłość narodu. Urzędnicy z Nagyszalonta, odważni prawnicy, pełni zapału aktorzy, mistrzowie rzeźniccy, przedsiębiorcy, matki i ojcowie, rolnicy, przemysłowcy, żołnierze, uczeni i mistrzowie sportu tworzyli ciągłość wspaniałego narodu. Zapewnić przyszłość narodu węgierskiego, żyjącego cudem gorejącego krzewu, który od dawna stoi w płomieniach, ale wciąż istnieje i ogień go nie strawi. Czy potrzeba jeszcze silniejszej zachęty dla współczesnego młodego Węgra?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Dokładnie 2061 lat temu starożytnym Rzymem wstrząsnął pewien zamach, wiosną 1848 r. wybuchały rewolucje, również i teraz ludy Europy znajdują się w stanie buntu. Sygnały, które zawsze wskazują na to samo: dzieje się coś złego w państwie. Węgrzy myślą trzeźwo. Nasze oczy dostrzegają sygnały, nasze uszy są wyczulone na głos czasów. Wiemy, że nie można wyprzedzić historii, ani jej zatrzymać. Tu, w Basenie Karpackim, nauczyliśmy się, że stanie się to, co ma się stać. Wszystko ma swój określony czas, my możemy jedynie, i powinniśmy, przygotować się na zmiany. Rewolucje 1848 r. wybuchły, ponieważ ówczesne mocarstwa odmówiły narodom prawa do transformacji ich systemów rządowych, do planowania swoich sieci gospodarek i do otwarcia swoich kultur na nowe idee. W imię pokoju w Europie europejscy cesarze, carowie i królowie utworzyli Święte Przymierze. Święte Przymierze pokoju stało się jednak wrogiem niepodległości narodowej, samostanowienia i wolności, zmieniając się w przymierze hipokryzji i dwulicowości. János Arany pisał wtedy, iż dawniej silniejszy zabierał słabszemu, co tylko zdołał. Teraz jest inaczej. Świat jest kierowany przez konferencję: silniejszy, któremu zdarzy się wybryk, zbiera się z innymi i tak go uprawomocniają. Ta historia brzmi znajomo. W ubiegłym roku narody znów się zbuntowały. Zbuntowały się przeciwko dwulicowemu przymierzu biurokratów z Brukseli, liberalnych mediów światowych i zachłannego międzynarodowego kapitału. Najpierw Anglicy, a później Amerykanie. W tym roku będą kolejni.

Szanowni Świętujący!

Dzisiaj w Europie znów wieją wiatry 1848 r. Dziś mamy jeszcze możliwość utrzymania wyzwalającej się energii buntu w konstytucyjnych ramach i przeprowadzenia głębokiej, ale pokojowej i uporządkowanej reformy europejskiego imperium. Przede wszystkim, Bruksela powinna zaprzestać dwulicowości, potrzebujemy szczerej rozmowy i otwartej dyskusji o przyszłości. Należy skończyć z machinacjami, kryjącymi się za pięknymi hasłami. Széchenyi zapewniał, że „kiedy cała Europa będzie się rozpadać, z jej popiołów odrodzą się Węgry i staną na straży porządku, pokoju i wolności, jak dawniej były przedmurzem chrześcijaństwa. Wierzę, że jeśli więcej będzie w nas patriotyzmu niż zazdrości i więcej cnoty obywatelskiej niż pragnienia poklasku, będzie coś jeszcze z Węgrów, i to niemało”. Tak, będzie coś jeszcze z Węgrów, jeśli zrozumiemy przesłanie, szpik kostny 12 Punktów [z 1848r.]: niech nastanie pokój, wolność i zgoda. Ale jak zachować się wobec tych, którzy nie pragną pokoju, ale jego braku, nie dążą do zgody, ale do podziałów? Co począć z tymi, których jedyną radością, jak to ma miejsce i dzisiaj, jest to, że mogą zniszczyć radość innych? Łatwo byłoby z nich żartować, moglibyśmy powiedzieć: poznasz głupiego po śmiechu jego. Nie idźmy jednak tą drogą. Siła i poparcie większości zobowiązują. Mamy sprostać zadaniu, jakim jest budowanie narodu, a nie partyjne przepychanki. Patrząc z perspektywy węgierskiego narodu mamy do wyboru dwie drogi. Możemy wybrać drogę prowadzącą do przestronnej bramy wielkości narodowej lub tę, która prowadzi do wciągającego bagna nienawiści. Czas wyraża prawdę i ukarze, co nią nie jest [Petőfi].

Szanowni Uczestnicy Uroczystości!

Lajos Kossuth powiedział: jesteśmy narodem, mamy prawo i moc, aby realizować nasze własne cele, a nie być narzędziami do realizacji obcych celów. Możliwe, że dla Brukseli i międzynarodowego kapitału nie liczy się przeszłość ani przyszłość węgierskiego narodu, ale dla nas się liczy. Możliwe, że dla Brukseli i kapitału międzynarodowego nie liczy się bezpieczeństwo Europejczyków, ale dla nas się liczy. Możliwe, że dla Brukseli i kapitału międzynarodowego nie liczy się, czy przetrwamy jako Węgrzy, ale dla nas się liczy. My wiemy, co János Arany sformułował następującymi słowami wiersza: „jeśli wywieje nas zawierucha czasów, Bóg na zawsze straci swych Węgrów”. Słowa te również dziś są aktualne. Oto stawka obecnego europejskiego buntu. Musimy odważnie podjąć czekające nas boje w obronie naszej niepodległości i narodowej niezależności. Musimy zahamować Brukselę. Musimy obronić nasze granice, nie możemy dopuścić do przymusowego osiedlania ludności. Należy sprawić, by siatka [organizacji] finansowanych z zagranicznych źródeł stała się przejrzysta, a regulacje podatków, wysokości wynagrodzeń i opłat za energię i komunalnych pozostały w ramach kompetencji wewnętrznych. Pod tym względem, moi Drodzy Przyjaciele, możemy liczyć tylko na siebie, z tego względu odpowiedzialność za rządy powinna w dalszym ciągu spoczywać w rękach ugrupowań narodowych.

Szanowni Państwo!

Wiosną 1848 r. ziarna rewolucji zostały zasiane w glebie wielu narodów. Jednak w większości z nich ziarno wolności nie wykiełkowało. Niekiedy ptaki wydziobały nasiona, gdzie indziej gleba była mało żyzna lub młode plony zostały zduszone przez chwasty. Jak to się stało, że właśnie węgierska ziemia była i jest najbardziej podatna na to, by zakorzeniła się w niej wolność? Odpowiedź jest przed nami. Synowie każdego narodu dążą do szczęśliwego życia, my również. Jednak każdy naród może być szczęśliwy tylko w taki sposób, w jaki pozwala na to jego natura. My, Węgrzy, szczęśliwe życie możemy wieść tylko wtedy, gdy idziemy drogą wolności i niepodległości. Dla nas Ojczyzna bez wolności i niepodległości nie jest prawdziwym domem. A tacy, jak my, nie mogą być szczęśliwi w ojczyźnie, która nie jest ich domem.

Szanowni Państwo!

Naród to nie tylko wspólny język, kultura i wspólna przeszłość, naród to także wszystkie te chwile próby, poprzez które historia spoiła nasze serca. Dlatego w minionych latach na nowo staliśmy się silnym narodem. Nasze serca scaliła walka o naszą narodową i chrześcijańską Konstytucję. Połączył je wspólny bunt przeciwko niewoli, jaką sprowadziło na nas zadłużenie. Scaliła nasze serca także walka o niezależność gospodarczą i bitwa, w której odparliśmy napływ ludności oblegającej Europę i nie dopuściliśmy, aby ręce Brukseli od wewnątrz otworzyły zamknięte bramy.

Szanowni Świętujący!

Stoimy na własnych nogach i jemy własny chleb, nie jesteśmy sługami ani węgierskich, ani obcych potęg. Setkom tysięcy ludzi daliśmy pracę i wzmocniliśmy rodziny. Znieśliśmy podziały klasowe, podziały związane z pochodzeniem, wiekiem, przekonaniami religijnymi i politycznymi, i stworzyliśmy prawdziwą jedność narodową. Dokonaliśmy tego wszystkiego wbrew groźbom i protestom ze strony przymierza hipokryzji.

Przyjaciele!

Nie ma jednak takiej jedności, na utrzymanie której nie trzeba by było pracować każdego jednego dnia. Nie ma takich rezultatów, które same by się obroniły. To my musimy stać w ich obronie. Nigdy nie ma gotowego państwa. Nigdy nic nie będzie nam dane za darmo a rywale z własnej dobrej woli nie ustąpią. Nie oddadzą ani pola, ani szans, ani pracy, ani zysku czy dobrobytu. Naszym zadaniem jest, by wreszcie stworzona jedność przynosiła owoce i każdego dnia na nowo i dalej musimy ją budować. Węgierski naród umacnia się, rozwija i zasłuży we wspólnocie narodów europejskich na uznanie należne mu ze względu na jego talent i sumienność. Miano bycia Węgrem będzie znów czymś pięknym, godnym swojej dawnej wielkiej sławy.

Niech żyje węgierska wolność, niech żyje Ojczyzna!

Mar 13

Ponowny wybór Tuska był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy

Doniesienie korespondenta Węgierskiej Agencji prasowej MTI, Artúra Bajnoka:

Bruksela, 10 marca 2017 r., piątek (MTI) – ponowny wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej w dzień poprzedni był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy a nie jednego czy drugiego państwa członkowskiego – oświadczył Premier Viktor Orbán w piątek w Brukseli po spotkaniu na szczycie przywódców państw członkowskich Unii.

Należy przyjąć do wiadomości, że polityka europejska funkcjonuje w opraciu o politykę partyjną, a węgierskie partie rządzące – Fidesz a także Chrześcijańscy Demokraci  – należą do Europejskiej Partii Ludowej (EPP), w związku z tym Węgry udzieliły poparcia jedynemu kandydatowi tej partii – mówił Viktor Orbán.

Premier mówił o tym, że nie mógł dotrzymać obietnicy złożonej szefowi polskiej partii rządzącej, Jarosławowi Kaczyńskiemu, ponieważ kontrkandydat Warszawy, deputowany do Parlamentu Europejskiego Jacek Saryusz-Wolski wystąpił z Partii Ludowej jeszcze przed posiedzeniem i w związku z tym pozostał tylko jeden kandydat EPP w osobie Tuska.

Dodał, że o sytuacji poinformował listownie swoją koleżankę, panią Beatę Szydło kilka dni przed spotkaniem na szczycie unijnych szefów państw i rządów, „więc nic nie było dla nikogo  zaskoczeniem”.

Podkreślił, „zrobiliśmy wszystko dla osiągnięcia racjonalnego kompromisu, ale jeśli chodzi o dycyzje w sprawach personalnych to bardzo trudno wypracować kompromis, a szczególnie racjonalny  kompromis.”

Zdaniem Premiera była to bitwa nie do wygrania przez stronę polską, ale należy pogodzić się z decyzją nawet wówczas, gdy istnieje takie państwo członkowskie, dla którego jest ona nie do zaakceptowania.

Ta obecna decyzja nie wpływa na sojusz węgiersko-polski, nadal twardo stoimy obok Polski we wszystkich sprawach, które oznaczają niesprawiedliwe ataki przeciwko Polsce, a takich jest sporo tu  w Unii Euroepjskiej” – stwierdził Premier. Niezależnie od tego Polska może więc liczyć na solidarność Węgier, „nasz szacunek do Polaków i nasze przyjacielskie uczucia wobec Pana Prezesa Kaczyńskiego nie uległy zmianie” – powiedział.

W piątek pozostali w Brukseli już tylko przywódcy 27 krajów – krajów unijnych po wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa, by na nieformalnych naradach dokonać uzgodnień o przyszłości zawężonej unii oraz w sprawie przygotowań do spotkania pod koniec marca w Rzymie z okazji 60 rocznicy Traktatu Rzymskiego, ustanawiającego  organizacje poprzedzające Unię Europejską.

Odnosząc się do tego, Viktor Orbán podkreślił, że należy zdefiniować, gdzie będzie miejsce Europy w nowym porządku światowym po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię, co dla nas to wszystko znaczy, jakie będą tego skutki.

Wbrew wszystkim trudnościom Europa jest nadal najlepszym miejscem na świecie i zachowanie tej pozycji jest celem. Europejska kultura, cywilizacja i gospodarka osiągnęły w okresie po drugiej wojnie światowej bezprecedensowe wyniki. Europa ma dobre szanse wygrać konkurs o tytuł, gdzie można żyć najlepiej i najszczęśliwiej na świecie – mówił.

Mówiąc o przyszłości UE stwierdził jednocześnie, że należy jasno wyrazić: prawa państw członkowskich nie mogą być odebrane.

Koncepcja Europy kilku prędkości również znalazła się wśród tematów spotkania. Odnosząc się do tego Viktor Orbán podkreślił: „Nie może powstać Europa dwóch prędkości, więc nie ma Europy pierwszej klasy i drugiej klasy, nie ma jądra i peryferii, w ogóle, ta Europa dwóch prędkości to dla nas należy do najbardziej antypatycznych pomysłów, natomiast my – wykorzystując instrumentarium zintensyfikowanej współpracy – nie jesteśmy przeciw temu, by niektóre kraje w różnych sprawach szły bardziej do przodu, robiły większe postępy, niż inne.”

Pozwalajmy sobie, by każdy, zgodnie ze swoim interesem, w pewnych ramach mógł robić większe postępy niż reszta” – dodał.

 

Lut 28

Orędzie 2017 (fragment)

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!

Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów.I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.]

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów.Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!

Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim 2.0 

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

tł. HPA