Kwi 26

Wyzwólmy potencjał Węgrów

Rozmowa z przewodniczącym węgierskiego parlamentu László Kövérem*

Niedawno Fidesz obchodził 25-lecie swego istnienia. Jak wytłumaczyć fenomen tej partii, która z formacji młodzieżowej o nastawieniu liberalnym stała się największą partią węgierskiej prawicy?

Kiedy powstawaliśmy w 1988 r., mieliśmy tylko jeden cel – złamać monopol partii komunistycznej. Nasze ugrupowanie gromadziło przedstawicieli młodzieży ze wszystkich opcji ideowych. Różniliśmy się pod wieloma względami, ale łączyło nas jedno: nie chcieliśmy żyć w komunizmie. Odwołanie do liberalizmu było o tyle uzasadnione, że pojawiało się ono we wszystkich rewolucjach burżuazyjnych przeciwko absolutyzmowi. Kiedy w 1990 r. dostaliśmy się do parlamentu jako partia młodzieżowa, byliśmy przez większe formacje lekceważeni. Węgierskie Forum Demokratyczne (MDF) i Związek Wolnych Demokratów (SzDSz) uważały, że podzielą większość sceny politycznej między siebie, a nam wyznaczono rolę języczka u wagi.

Przełomowym momentem okazał się „historyczny kompromis” zawarty przez liberałów z SzDSz oraz postkomunistów. Nam nie odpowiadał ani taki liberalizm, ani współpraca z socjalistami. Doszło więc do próby zlikwidowania naszej partii środkami politycznymi. Część naszego kierownictwa przeszła wówczas do SzDSz, ale część wytrwała. Ze wszystkich opcji, które na początku tworzyły Fidesz, pozostali więc tylko przedstawiciele środowisk konserwatywnych i chrześcijańsko-demokratycznych.

Wkrótce potem doszło do rozbicia największego obozu węgierskiej prawicy skupionego wokół MDF. Stało się to na skutek śmierci premiera Józsefa Antalla w grudniu 1993 r. i porażki wyborczej tej partii w maju 1994 r. W tej sytuacji nadzieję na przyszłość zaczęto upatrywać w naszej generacji. Tym bardziej, że w 1993 r. znieśliśmy ograniczenie wiekowe, dopuszczające członkostwo w naszej partii tylko ludziom do 35. roku życia. Viktor Orbán zorganizował wtedy na nowo obóz centroprawicy i poprowadził go do zwycięstwa wyborczego w 1998 r.

 Później przegraliście jednak wybory w 2002 r. i przez dwie kadencje rządzili socjaliści. Kiedy przyjeżdżałem wówczas na Węgry, często słyszałem opinie, że prawica już nigdy nie dojdzie do władzy, gdyż społeczeństwo zostało owinięte wokół palca przez lewicowo-liberalne ośrodki opiniotwórcze. Dlaczego więc Węgrzy tak masowo poparli Fidesz?

Wyniki przegranych przez nas wyborów w 2002 r. były szokiem dla całego obozu obywatelskiego. Bilans naszych rządów w latach 1998-2002 był bowiem zdecydowanie dodatni. Niemal do ostatniej chwili badania pokazywały, że możemy liczyć na pewne zwycięstwo. Postkomuniści wygrali jednak głównie dzięki brutalnej i nieuczciwej kampanii wyborczej. Oczywiście miałem nadzieję, że wrócimy do władzy, choć wiedziałem, że nie będzie to łatwe. Zostawiliśmy bowiem kraj w tak dobrej kondycji ekonomicznej, że wystarczyło, by socjaliści niczego nie zepsuli, a mogli jeszcze długo utrzymać się przy władzy. Nie przypuszczałem jednak, że w tak krótkim czasie zdołają tak wiele zniszczyć.

W jaki sposób Fideszowi udało się zdobyć władzę, mając przeciwko sobie większość mediów, które są lewicowo-liberalne? 

W czasie naszych rządów w latach 1998-2002 stworzyliśmy podstawy do tworzenia mediów prywatnych. W kolejnych latach węgierscy przedsiębiorcy zaangażowali się w tworzenie niezależnych mediów. Dzięki nim udało się przełamać lewicowo-liberalny monopol w przestrzeni informacyjnej.

Czy mógłby pan podać jakiś przykład?

W październiku 2006 r. obchodziliśmy 50. rocznicę Powstania ’56. Doszło wówczas do brutalnej akcji policji przeciw pokojowym demonstrantom. Gdyby wszystkie stacje telewizyjne były prorządowe, wówczas władzom łatwo byłoby manipulować faktami. Ludzie nie zorientowaliby się nawet, że są oszukiwani. Na miejscu byli jednak reporterzy niewielkiej, niezależnej stacji Hir TV, którzy podczas bezpośrednich relacji pokazywali, jak było naprawdę. Ujawnili przemoc, kłamstwa i manipulacje strony rządowej. Dzięki temu inne media nie mogły już ukrywać niewygodnych dla władz faktów, gdyż widz dowiadywał się o nich z relacji Hir TV. Trochę przypomina to okres komunizmu i różnicę między Polską a Węgrami. W PRL „Trybuna Ludu” musiała podawać pewne fakty, ponieważ pisała o nich prasa solidarnościowa. Oczywiście, to wszystko było odpowiednio interpretowane, ale nie dało się pewnych rzeczy ukryć. Na Węgrzech natomiast „Nepszabadság” nie musiała pisać o żadnych faktach, bo nie było alternatywnych źródeł informacji. To pokazuje, że dziś nawet jedna telewizja jest w stanie złamać medialny monopol. Na Węgrzech utrata monopolu medialnego przez obóz lewicowo-liberalny naruszyła też jego hegemonię kulturową i polityczną.

Viktor Orbán, będąc jeszcze w opozycji, wzywał Węgrów do społecznej samoorganizacji i tworzenia różnych inicjatyw, budujących poczucie wspólnoty i przełamujących atmosferę bierności. Czy apel ten został wysłuchany? 

W 2002 r. na placu Kossutha w Budapeszcie odbyła się największa manifestacja na Węgrzech od czasów powstania ’56 r. Z tego tłumu wyrósł później ruch kół obywatelskich, który pokrył siecią cały kraj. Część z nich wstąpiła do Fideszu, część tylko sympatyzuje z nami. Bez tych lokalnych obywatelskich wspólnot nie mielibyśmy jednak szans na zwycięstwo, a zwłaszcza na zniwelowanie medialnej przewagi lewicy.

Dominująca dziś kultura masowa sprzyja politycznej demobilizacji. Jak więc udało się zmobilizować tylu Węgrów nie tylko do głosowania na Fidesz, lecz także do obrony polityki rządu Viktora Orbána, jak np. podczas półmilionowej demonstracji w Budapeszcie 21 stycznia 2012 r.?

Proszę mi uwierzyć, że to nie Fidesz zorganizował tych ludzi, ale to ci ludzie zorganizowali się dla Fideszu. Muszę przyznać, że gdy przyszli do mnie po raz pierwszy z propozycją przeprowadzenia wiecu poparcia dla polityki naszego rządu, to sam nie wierzyłem, że ta akcja osiągnie tak wielkie rozmiary. Ludzie byli jednak zbulwersowani skalą napaści i niesprawiedliwych ataków na Viktora Orbána, Fidesz i Węgry, jakie pojawiły się w kręgach Unii Europejskiej. Czara goryczy została przelana.

No właśnie, władze Węgier są często krytykowane na forum unijnym. U nas tego typu ataki mają duży wpływ na opinię publiczną. Na Polaków niezwykle mocno oddziałują informacje, czy podobamy się komuś w Europie, czy też nie. Niekiedy nasze elity dla pozytywnego wizerunku na Zachodzie są w stanie poświęcić nawet interes własnego kraju. Z tego, co pan mówi, wynika, iż na Węgrów nie działają argumenty, że polityka ich rządu może nie podobać się za granicą. 

U nas też przez dwadzieścia lat stosowano tego typu mechanizmy. Węgierscy socjaliści inspirowali nawet wiele tekstów w lewicowej prasie zachodniej, które chwaliły ich rządy, a krytykowały nas. Jednak ludzie, widząc skalę bezczelności ataków na Węgry, stali się odporni na tę propagandę i na manipulację. Tym bardziej, że ci sami ludzie na Zachodzie, którzy teraz przedstawiają się jako obrońcy praw człowieka i oburzają na Viktora Orbána, milczeli, gdy w 2006 r. służby podległe premierowi Gyurcsányemu tłumiły pokojowe demonstracje, używając brutalnej przemocy wobec bezbronnych cywilów. Ta hipokryzja stała się dla wszystkich oczywista.

Czyżby na Węgrów nie działały więc w ogóle padające z Zachodu zarzuty, że są za mało demokratyczni, że muszą być bardziej europejscy, że powinni się dostosować do standardów wskazywanych im przez światłą część ludzkości?

Nie wszystko, co przychodzi do nas z zagranicy, musimy przyjmować bezkrytycznie. Węgrzy mają w pamięci choćby postawę Zachodu wobec nas w niedawnej przeszłości. W 1920 r. nasz kraj został rozebrany właśnie na skutek decyzji mocarstw zachodnich. W 1945 r. zostaliśmy zdradzeni przez Zachód w Jałcie. Podobny los spotkał zresztą wówczas Polskę, która przecież w ramach koalicji antyhitlerowskiej miała liczniejszą armię niż Francja, i która nigdy nie stworzyła kolaboranckiego rządu na wzór Vichy. A jednak to Francuzów zaproszono do stołu zwycięzców, gdzie ustalano granice państw, a Polaków nie dopuszczono nawet do głosu, decydując ponad ich głowami o przesunięciu granic kraju. Nasi rodzice i dziadkowie pamiętają też, jak w 1956 r. z radioodbiornikami przy uszach słuchali zachodnich rozgłośni, które wzywały węgierskich powstańców do walki przeciw sowieckim czołgom, obiecując, że lada moment nadejdzie zbrojna pomoc z zagranicy. To były kłamstwa, ale Węgrzy w nie wierzyli i oddawali życie, walcząc do końca i kontynuując beznadziejny opór. Dlaczego więc dziś mamy ulegać płynącej z Zachodu propagandzie, tym bardziej, że jest ona często inspirowana przez środowiska lewicowo-liberalne, które dążą do całkowitej hegemonii kulturowej w Europie? Na naszym kontynencie trwa wielkie pranie mózgów, które przybiera formę politycznej poprawności. Nie możemy się poddać temu umysłowemu i duchowemu dyktatowi.

Hasło wyborcze węgierskich socjalistów brzmiało: „Odważmy się być małymi” w odróżnieniu od hasła Fideszu: „Odważmy się być wielkimi”. Wezwanie do wielości wymaga jednak wiary we własne siły. Czy Węgrzy ją mają?

Węgrzy są narodem pracowitym i kreatywnym. Nasza polityka zmierza do tego, by wyzwolić ich potencjał. By stworzyć jak najlepsze warunki do budowania świadomego społeczeństwa obywatelskiego, który da możliwość przejawienia się naszej aktywności. Jesteśmy przeciwko modelowi klientelizmu, który hoduje jednostki bierne, uzależnione od pomocy państwa, a w związku z tym podatne na manipulacje. Chcemy rozwijać zwłaszcza klasę średnią, gdyż to ona swoimi podatkami utrzymuje państwo. Wartości, którym pragniemy pozostać wierni, zapisaliśmy w preambule naszej konstytucji, uchwalonej w kwietniu 2011 r.

Jeszcze kilka lat temu Węgry wydawały się trwale podzielone na dwa stabilne i mniej więcej równe elektoraty: Fideszu i socjalistów. Dlaczego jednak w pewnym momencie duża część wyborców lewicy przerzuciła swoje głosy na was? 

Myślę, że wielka w tym zasługa socjalistów, którzy zepsuli wszystko, czego się dotknęli. Skala ich nieudolności i niekompetencji jest wręcz porażająca. W pewnym momencie Ferenc Gyurcsány stał się najbardziej znienawidzoną osobą w kraju. Doszło więc do sytuacji, że zagłosowało na nas wiele osób, które nas nie kochały, ale uważały, iż jedynym ratunkiem dla kraju jest jak najszybsze odsunięcie socjalistów od władzy.

Rozmiar porażki lewicy był jednak zaskakujący.

W społeczeństwie zachodzą często podskórne procesy, które się niewidoczne na pierwszy rzut oka. Powoli rośnie niezadowolenie, kumuluje się napięcie i nagle dochodzi do erupcji. Przecież jeszcze w grudniu 1955 r. nikt nie przypuszczał, że to apatyczne społeczeństwo zdobędzie się na tak heroiczne czyny, jak w październiku 1956 r. W tym sensie to, dzieje się dzisiaj na Węgrzech, można porównać do powstania ludowego.

 Jaką rolę w tym procesie przyciągania lewicowego elektoratu odegrało referendum socjalne z 2008 r.? Fidesz opowiedział się wówczas przeciw opłatom za studia wyższe, opłatom za wizyty lekarskie i zmianom w systemie ubezpieczeń społecznych.

To był ważny moment, gdyż do tamtej pory wszystkie głosowania w kategorii wiekowej emerytów wygrywali socjaliści. Wtedy po raz pierwszy większość wyborców wrażliwych na lewicowe postulaty socjalne opowiedziała się za projektami Fideszu. W ten sposób doszło do masowego przepływu części elektoratu socjalistów na naszą stronę.

Węgrzy mają raczej naturę pesymistyczną. Z niedawnych badań opinii publicznej wynika jednak, że większość z nich patrzy jednak z optymizmem na przyszłość. Czy dostrzega Pan tą zmianę w nastawieniu swoich rodaków? 

Węgrzy lubią sobie ponarzekać i może się wydawać, że są pesymistami. Jednak gdy trzeba przejść do działania, to – podobnie jak w przypadku Polaków – wstępuje w nich optymizm. Jak mówił Ferenc Deák, nasz XIX-wieczny mąż stanu, Węgrzy są narodem, który potrafi się mobilizować w trudnych sytuacjach.

Rozmawiał: Grzegorz Górny


*László Kövér (ur. 1959) był jako student w 1988 r. jednym z założycieli Związku Młodych Demokratów Fidesz. W latach 1998-2000 pełnił funkcję ministra ds. służb specjalnych w rządzie Viktora Orbána. W 2010 r. został wybrany przewodniczącym Zgromadzenia Narodowego Węgier.