Lis 29

Przemowa na XXVII kongresie Węgierskiej Unii Obywatelskiej – FIDESZ

Budapeszt, 12 listopada 2017

Drodzy Przyjaciele, Goście! Szanowni zebrani członkowie Kongresu!

Słyszeliśmy piosenkę.  „Węgrzy uciekają do własnych serc, i tak znajdą dobre…” To mówi  nam dużo, ponieważ w naszej wspólnocie zawsze wiedzieliśmy, że bez uczuć nie ma myśli, bez serca nie ma polityki, bez pa

sji nie ma wielkich czynów. Na szczęście mamy wspólną pasję, która znów skłaniana nas do wielkich czynów. Na sza wspólna pasja to Węgry.

Przyjaciele!

Przede wszystkim dziękuję za sam fakt, że moja osoba została uznana wartą kandydatury i dziękuję za zaufanie oddane w głosowaniu. Dziękuję, że wybraliście mnie na przewodniczącego naszej wspólnoty na nowe dwa lata. Pozwólcie, że zanim będę mówić o FIDESZ, o naszej przyszłości i teraźniejszości na wstępie opowiem o zadaniach, które stoją przed nami.

U nas, w FIDESZ, to jest właściwa kolejność. Tu nie przyznaje się pozycji, nawet i przewodniczącemu, ale pracę i zadania. Pewnie to jest wyjaśnieniem dlaczego od wielu lat osiągamy sukcesy. I wy wiecie, że czekają nas wybory parlamentarne, większość z partii w takim okresie za najważniejsze zadanie uważa wygraną w wyborach.

I w naszym przypadku jest to nasze najbliższe zadanie. Ponieważ osoby wypowiadające się przede mną, na czele z moim przyjacielem, wiceprzewodniczącym Gáborem Kubatovem  już mówili o przygotowaniach do wyborów, mnie pozostało tylko tyle, abym przedstawił i powiedział: rozejrzyjcie się dookoła, a zobaczycie, że FIDESZ już dziś jest gotowy do wyborów. Niemniej FIDESZ jest Fideszem dlatego, że nigdy nie zadowala się wygraniem wyborów. Chcemy więcej niż to. Szukamy tego, i jeśli passa nam sprzyja, znajdujemy, to co jest większym sensem, wyższym celem wygranej następnych wyborów. Co musimy zrobić aby z wygraną FIDESZ wygrały całe Węgry i każdy Węgier? Rozglądając się po horyzoncie widzę przed nami trzy zadania: wzmocnić, pogłębić, ochronić. Wzmocnić wszystko to, co Węgry swoją pracą w pocie czoła osiągnęły przez ostatnie siedem lat. Pogłębić podstawy intelektualne i duchowe naszej polityki. Oraz ochronić przyszłość Węgier, bo w końcu udało się nam pozbierać, w końcu znów mamy przyszłość, tak więc mamy czego bronić. Co się tyczy wzmocnienia  muszę zacząć od tego, że cele wyznaczone w 2010 roku zostały przez nas osiągnięte. Uratowaliśmy gospodarkę, której groził upadek. Ustabilizowaliśmy budżet, który wykazywał wielkie braki, spłaciliśmy kredyty otrzymane od IMF oraz Brukseli, [zlikwidowaliśmy] kuratelę finansową, odesłaliśmy IMF, systemy medialne, energetyczne oraz większość systemów bankowych przejęliśmy w węgierskie ręce. Wszystko to zawdzięczamy wysiłkom, których podjęli się wszyscy mieszkańcy kraju. W 2014 wyznaczyliśmy sobie taki cel, o którym w polityce dużo się mówiło przez ostatnie 25 lat, ale nie osiągnięto na tym polu wyników. Chcieliśmy, aby wyniki  gospodarcze był widoczne nie tylko w statystyce, nie tylko w skali makro, nie tylko w oświadczeniach instytucji oceny kredytowej, nie tylko w reformach strukturalnych, nie tylko w odnowie systemów rozdzielania i w innych tym podobnych. Chcieliśmy, aby w życiu Węgrów w końcu nastąpiły zmiany. Chcieliśmy, abyśmy nie musieli się przed nikim tłumaczyć z poprawy sytuacji gospodarczej, bo jest ona widoczna, odczuwalna, jednoznaczna. Jest przed naszymi oczami, człowiek doświadcza jej w codziennym życiu. Chcieliśmy w 2014 roku, aby za cztery lata codzienne życie Węgrów było bezpieczne, prostsze, wypełnione nadzieją. Chcieliśmy w 2014 roku, aby ta zmiana była powszechna, aby dotarła do wszystkich, aby każdy skorzystał z niej, i aby każdy mógł uczynić krok naprzód.

Jeśli chodzi o sukcesy mieliśmy dobrą passę. Nie chcieliśmy nic innego jak tylko tyle, aby bezsensownymi ograniczeniami, nieprzemyślanym systemem podatkowym, biurokratycznymi meandrami oraz urzędowym rządzeniem się nie ograniczano, nie zatrzymywano i nie zamykano chęci tworzenia przedsiębiorstw i miejsc pracy. Trzeba było tylko, abyśmy pozwolili im działać. Twardszym orzechem do zgryzienia natomiast był główny człon naszej gospodarki narodowej, który nie postrzega siebie ani jako biednych, ani jako dobrze sytuowanych, a który tworzy większość Węgrów. Przypomnijcie sobie, że wyraźna większość kraju w 2010 roku prawie od ćwierci wieku żyła w niepewności, a życie postrzegała raczej jako chylące się ku upadkowi, niż posiadające tendencje wzrostowe. Poczucie bezpieczeństwa, uznanie oraz należny szacunek zniknął. Musieliśmy im zwrócić miejsca pracy zabrane przez socjalistów, musieliśmy wzmocnić wiarę w sens pracy. Musieliśmy osiągnąć to, aby mogli godnie żyć z uczciwie wykonanej pracy, aby mogli swoim rodzinom stworzyć możliwe do zaakceptowania warunki do życia, a nawet takie, które są podstawą do tego, aby szanować samych siebie.

Najtrudniejszym, ale jak zazwyczaj też to bywa, dającym najwięcej siły było to, abyśmy otwarli przed nimi możliwość godnego życia, stanięcia na nogi, podniesienia się osobom, które mają ciężki los, osobom przez lata bezrobotnym, żyjącym z zasiłków i często w biedzie, kilkuset tysiącom naszych obywateli. Teraz nie mówię tylko o naszych obywatelach będących cyganami, choć wielu z nich żyło w ten sposób. Ten świat był dużo większy, wciągał dziesiątki tysięcy rodzin. W takich częściach kraju, w których oderwane były całe regiony, gdzie większość dzieci pod wieloma względami żyła w rodzinach o trudnej sytuacji, a którymi w węgierskiej polityce nie zajmował się nikt oprócz nas musieliśmy osiągnąć takie wyniki.  Obniżenie opłat, praca zamiast zasiłku, a przynajmniej prace społeczne dla rodziców, darmowe żywienie, obowiązkowe przedszkole dla dzieci od lat trzech. Zlikwidowaliśmy rozprzestrzeniającą się przestępczą formę życia, która w wielu miejscach stała się strategią i stylem życia. Wszystkim daliśmy szansę na uczciwe życie z poszanowaniem zasad, ale jeśli ktoś nie skorzystał z niej, jeśli ktoś nie skorzystał z zaoferowanej szansy i z dobrego słowa, wtedy musiał zmierzyć się ze srogimi regulacjami prawnymi, i w ten sposób obroniliśmy przed nimi bezpieczeństwo ludzi żyjących z pracy. Węgry, stosunkowo do swoich możliwości, szczodrze wspierają te osoby, które żyją dla swoich dzieci ale nie wstydzimy się otwarcie powiedzieć, że u nas nie ma przyszłości taka forma życia, która realizuje się nie dla dzieci, ale, która chce żyć z dzieci. Byliśmy wytrwali i konsekwentni, dlatego udało nam się doprowadzić do porządku bezpieczeństwo publiczne nadające jakość codziennemu życiu. Dziękuję za to naszym policjantom, straży obywatelskiej, służbom sprawiedliwości, oraz oczywiście Sándorowi Pintérowi, który, jeśli istniała by taka, na pewno otrzymałby nagrodę dla najlepszego policjanta Europy i Ministra Spraw Wewnętrznych.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

Możemy być dumni z tego, że my jesteśmy partią rządzącą, która zlikwidowała trwałe i liczne bezrobocie na Węgrzech. Powoli osiągniemy pełne zatrudnienie i będziemy takim krajem, a możliwe, że już jesteśmy, w którym każdy może pracować, ten, który chce pracować. Ze świata pracy socjalnej stale przechodzą w świat pracy rynkowej, a nawet powoli problemem zaczyna być brak pracy.

Drodzy Przyjaciele!

W poprawieniu jakości codziennego życia dużą przeszkodą było następne wyzwanie – problem niskich płac. Jeśli jest już praca, zawsze powstaje pytanie: ale czy opłaca się pracować?  Dla nas nie jest wystarczającą odpowiedzią to, że niezależnie czy się opłaca, czy nie trzeba pracować, choć i w tym jest racja. My natomiast chcieliśmy, aby praca miała sens, szacunek oraz przynosiła dochody. Dlatego pomiędzy rokiem 2014 a 2018 naszym największym przedsięwzięciem było odczuwalne, znaczące zwiększenie płac. Chcieliśmy je podnieść w takim stopniu, który w codziennym życiu stwarza bezpieczeństwo. Przypomnijcie sobie, jak nie tak dawno temu nie można było w żaden sposób wyżyć z wynagrodzenia minimalnego. I dziś nie jest to łatwe, ale każdy wie, widzi i uznaje, że wynagrodzenie minimalne od 1 stycznia następnego roku podnieśliśmy z 73.500 forintów [993.27zł] na 138.000 forintów [1864.92zł], a przypadku pracowników wyspecjalizowanych z 89.500 forintów [1209.49zł] na  180.500 forintów [2439.26zł].
Oznacza to dodatkowe 88, tudzież 102 procent. I po podniesieniu wynagrodzenia minimalnego udało się należycie ustalić przychody nauczycieli, osób pracujących w służbach porządkowych i w służbie zdrowia.

Drodzy Przyjaciele!

Pomyślcie o tym, że w końcu, mimo wszystko udało się nakierować gospodarkę na wzrost, bezrobocie zmniejszyć i wyprzeć, dać wszystkim pracę, szczególnie wesprzeć rodziny, i dać szansę na własny dom osobom posiadającym dzieci. Ludzie, nawet jeśli  nie mówią, dokładnie wiedzą jak wygląda sytuacja. To też prawda, że organy mowy Węgrów łatwo odmawiają współpracy, jeśli trzeba mówić o poprawie sytuacji, ale taki jest już nasz naród. Dokładnie wiedzą, jaka jest sytuacja, dlatego też dziś na Węgrzech nie ma chęci zmiany rządu, a zmiany opozycji.

Przyjaciele!

Oczywiście to nie jest jeszcze koniec drogi, raczej jej początek. Mimo że wyglądamy coraz lepiej, codzienne życie Węgrów nie jest jeszcze tak widowiskowe, abyśmy mogli rozsiąść się o odpocząć, i osiągać sukcesy bez znaczących, poważnych wysiłków. Naszym celem jest, aby rodziny na końcu miesiąca nie miały kłopotów, aby nie musiały się zapożyczać. Chcemy, aby oprócz możliwego do zaakceptowania poziomu życia ludzie dysponowali takimi oszczędnościami, które w nieoczekiwanych sytuacjach życiowych pozwolą im poczuć się bezpiecznie. Chcemy, aby wychowanie dzieci na Węgrzech nie stanowiło problemów, aby rodziny zdobywały dom w taki sposób, aby miesięczna spłata była do zniesienia. Abyśmy mogli to tego dojść [obecny] rząd powinien piastować urząd jeszcze przez przynajmniej cztery lata, dlatego z tej perspektywy stawka wyborów w 2018 roku jest większa, niż tych z 2014 roku. Potrzebne są jeszcze cztery lata pracy, abyśmy dotychczasowe wyniki wzmocnili w taki sposób, aby były one nieodwracalne. Nie zapomnijcie, że Węgrzy nie mogą liczyć na opozycję. Nigdy nie przegłosowała najważniejszych decyzji, nie przegłosowała zmniejszenia podatków, uprawnienia kobiet do wcześniejszej emerytury, prawa ziemskiego, pakietu ratunkowego dla kredytów walutowych, ani nie przegłosowali modyfikacji konstytucji zabraniającej osiedlania.

Łatwo zauważyć, że z socjalistami grzęznącymi w trawieniu samych siebie,  formacjami przerobionymi z narodowych radykałów na partie-maskotki,  zdolnymi do wszystkiego za pieniądze i władzę nie można osiągnąć stałego i nieodwracalnego bezpieczeństwa codziennego życia.

Drodzy Przyjaciele!

Pogłębić. Pogłębić duchowe i intelektualne podstawy naszej polityki. Wiem, że jest to abstrakcyjne i możne nawet nie interesuje wszystkich, ale kiedy mamy rozmawiać o takich rzeczach jak nie na kongresach? Duchowe i intelektualne podstawy. Wszystko to dziwnie i obco brzmi w dzisiejszym świecie profanum, w którym większość ludzi wierzy w namacalne rzeczy, i tylko je akceptuje jako podstawę jakiejkolwiek filozofii życia. Dlatego trzeba rozmawiać o podstawach duchowych i intelektualnych, myśleć o nich, a nawet mieć nadzieję na wskazanie kierunku, ponieważ może powstać takie uczucie w człowieku, jakby szedł pod prąd, przeciwnie do  ducha czasów. Ja natomiast polecam, abyśmy poprawili nasze okulary. Nie przyjmujmy romantycznej bohaterskiej pozwy walczącego z duchem czasów. Przyjmowanie takiej  postawy najczęściej kończy się atakami typowymi dla Don Kichota, i jeśli publiczność jest miła można tym niewiele więcej osiągnąć niż to, że nas pożałują. Zamiast tego należy zauważyć, że duch czasów nie jest jednoznaczny z duchem mediów. Trzeba zauważyć, że usypiające melodie wydobywające się z głośników wielkich globalnych firm i globalnych organizacji politycznych, zachęcające do lekkomyślności, oddania się szaleństwu konsumpcji, i nieograniczonemu egocentryzmowi wcale nie są tożsame z duchem czasów.

Pod miękką kołdrą odczucia szerzonego przez globalne elity może być prawdziwe życie. Widzimy dziesiątki milionów europejczyków, którzy codziennie ciężko pracują i walczą, aby mogli się utrzymać na powierzchni oraz utrzymać swoje rodziny. Widzimy, jak pragną bezpieczeństwa i porządku. Widzimy jak coraz mocniej wspierają się swoją tożsamością kulturową. I widzimy jak codziennie walczą o każdy metr kwadratowy europejskiego życia, do którego się przyzwyczaili. To jest prawdziwy duch czasów. Poprawmy więc swoje okulary i zauważymy, że duch czasów tak naprawdę stoi po naszej stronie. Po stronie ciężko pracujących, podejmujących odpowiedzialność, troszczących się o rodzinę, kochających swoją ojczyznę, trzymających się swoich chrześcijańskich korzeni europejczyków. My jesteśmy w większości, a nawet jesteśmy znacznym tłumem. Jest to tylko kwestia czasu i wygramy nie tylko na Węgrzech, ale w całej Europie, a nawet w całym zachodnim świecie.

To wszystko wiedzą też globalistyczne elity, służący im biurokraci, politycy na ich żołdzie, oraz agenci sieci rodzaju Sorosa reprezentujący ich interesy. Dobrze wiedzą, i właśnie dlatego na wszytko co narodowe, ludowe, chrześcijańskie i cywilne wymyślili to słowo-wytrych „populizm.
Ale na próżno powtarzać słowo-wytrych, na próżno szufladkować, na próżno odprawianie politycznego voodoo, rzeczywistość, prawdziwi ludzie, prawdziwe instynkty, prawdziwe pragnienia ludzi, marzenia i nadzieje pokonają dziś jeszcze panującą w Europie elitę globalistów i znów Europę uczynią wielką, a w niej także i Węgry. Oczywiście wszystko to nie nastąpi samo z siebie. To nie jest marksistowski historyczny materializm, gdzie historia świata dociera do celu w z góry zaplanowany sposób i odpowiednio do potrzeb. Tu będzie walka i ścieranie się sił. Co będzie? Walka i ścieranie się sił. I walka prowadzi tam, że charakter dyskusji następnego dziesięciolecia w Europie będą traktowały o tożsamości, ludzi, ludach, narodach, krajach i kontynentach.

W taki sposób docieramy do intelektualnych podstaw naszej polityki. Ponieważ nasz sukces, w moim przekonaniu, zależy od jakości i siły podstaw intelektualnych naszej polityki. Dziś nie można się utrzymać na chybotliwych nogach. A tym bardziej wygrać. Dlatego najpierw powiedzmy głośno, że nasza polityka ma podstawy intelektualne, a nawet duchowe. Z drugiej strony powiedzmy, że węgierska polityka w ostatnim tysiącleciu miała podstawy o takim charakterze.

Po trzecie powiedzmy, że podstawy intelektualne były narodowe, i zawsze obracały się wokół przetrwaniem narodu węgierskiego, jego zadań i powołania.

Po czwarte  powiedzmy głośno, że tradycja jest szeroka, kolorowa i porywająca. Dlatego należy z całą pewnością osądu należy z szerokich możliwości wybrać ten prąd, do którego chcemy dołączyć. Do którego dobrze nam dołączyć, ponieważ pasuje do naszego fideszowskiego i chrześcijańskiego charakteru. I co warto powiedzieć nie umarły słowa i nie umarły tradycje, ale tu i teraz, świeżo i żywo wyznaczają zadanie polityki, a tym samym nasze osobiste zadanie. Powiedzmy więc otwarcie, że my nie opieramy się ani na rozróżnieniach rasowych ani klasowych. Odrzucamy politykę odwracającą przeciwko sobie ludzi, a jej reprezentantów postrzegamy jako naszych wrogów. My opieramy się na podstawach narodowych, dlatego zamiast walki klas i pochodzenia podążamy za narodową współpracą, pokojem, tworzeniem, jak powiedział Klebelsberg: podążamy za ideą produktywnego człowieka.

Oczywiście to są stare kwestie, znane wersje polityki, łatwo się wśród nich odnaleźć. Ale mamy tu też nową, nowoczesną politykę, której wcześniej nie było. W centrum jej stoi człowiek ogołocony ze swojej kultury, narodowości, wiary i tożsamości płciowej. Typ człowieka nowych czasów to sam homo Brusselicus. Powiedzmy, że w naszym przekonaniu polityka odrzucająca naturalny porządek życia, poddająca wątpliwości prawo do życia wspólnot narodowych – zgodnie z naszymi dotychczasowymi doświadczeniami – niezależnie od wykształcenia i dobrych intencji moralizatorskich jej autorów w Europie zawsze prowadzi do barbarzyństwa. Powiedzmy, że zgodnie z ich nastawieniem najważniejszym łącznikiem między ludźmi poza prawami biologii jest połączenie natury intelektualnej, które nazywamy narodem, i które sprawia, że jesteśmy uczestnikami wspólnej kultury i tradycji. I powiedzmy, że my odziedziczyliśmy indywidualną kulturę narodową. Nasza narodowa kultura czyni nas tym, ki jesteśmy. Naszej narodowej kulturze zawdzięczamy to, że Węgrzy posiadają umiejętność spojrzenia w oczy rzeczywistości, mają szacunek do siebie i znają siebie, oraz mają umiejętność, dzięki której są w stanie w ogólne zrozumieć swoją sytuację i swoje zadania. Wierzymy w to, że węgierska dusza wszytko wytrzyma i przeżyje. Ale jak dawniej mawiali ludzie: czasem ucichnie, ale nie umrze. Ta siła intelektualna daje nam umiejętność, abyśmy odważnie przyjęli i spokojnie się zastanowili nad pytaniami powstającymi nad naszą większą ojczyzną, Europą, a które innych przerażają.

Dawni wielcy wiedzieli, i nawet napisali, że właśnie swoisty węgierski duch, i w wyniku tego węgierski sposób myślenia dał Węgrom możliwość życia pomiędzy wykształconymi ludami, i dał im też siłę moralną, bez której taki samotny i przybyły z tak daleka lud, jak nasz prawie nie miałby szans utrzymać się przez tysiąc lat. Jakże moglibyśmy więc z tego zrezygnować ?

Drodzy Przyjaciele!

Jesteśmy wspólnotą polityczną, mającą świadomość tego, że naród węgierski powstał ze spotkania wschodniego charakteru i kultury zachodu, i to ma dla nas znaczenie po dziś dzień. Umiłowanie stepów wolności spotkało się z wiarą chrześcijańską, a z tego wyrosło umiłowanie ludzi, uszanowanie dla ludzkiej wolności, co do dziś stoi w centrum dzisiejszego węgierskiego myślenia politycznego. Dlatego też wyznajemy, przytaczam: „niezachwianie wierzymy w moc miłości i współpracy”. Poglądy naszej wspólnoty politycznej dlatego opierają się na tym prostej myśli, ponieważ są rzeczy, które jeśli kiedyś raz były prawdziwe zawsze zostaną prawdziwe.

Przyjaciele!

Wszystko to wydaje się być naturalnym i dobrze brzmi. Ale jest tu jeden haczyk. Kraje podejmują w Europie decyzje tak, że nie biorą pod uwagę chrześcijaństwa, i nie biorą pod uwagę swojego narodowego charakteru. Chcą wkroczyć w okres postchrześcijański i postmodernistyczny. Już dobrze widać, że na to pytanie, czy nie weźmiemy pod wagę chrześcijańskich zasad życia i od drogi wyznaczonej przez naszą kulturę narodową, czy wierzymy jeszcze w prawdy moralne niezależne od wieku i miejsca, na te pytania dajemy różne odpowiedzi. Są takie kraje, które przytakną, są takie, które dadzą negatywną odpowiedz. Pytaniem przyszłości jest to, czy z tego będzie jednolita Europa?

Przyjaciele!

W taki sposób na pewno nie, jeśli będziemy chcieli zmusić innych do naszego sposobu myślenia, do uznania ich interesów i celów. Jedność Europy może pozostać tylko w jeden sposób: jeśli zaakceptujemy nawzajem swoje różnice, jeśli będziemy się nawzajem darzyć szacunkiem, i jeśli zamiast Stanów Zjednoczonych Europy stworzymy stowarzyszenie europejskich wolnych narodów. Nie ma innej drogi.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

A teraz chciałbym powiedzieć o tym, co i dlaczego musimy obronić. Wiadomym jest, że my, Węgrzy, nie lubimy mocarstw. A szczególnie ich namiestników. Dziś znów zagraża nam mocarstwo. Stoimy na drodze planowi, który chce zlikwidować narody i chce stworzyć Europę mieszaną pod względem ludności. Stoimy na drodze mocarstwu finansowemu i politycznemu, które chce zrealizować ten plan, cokolwiek byłoby tego ceną. Nie owijamy w bawełnę, w celu realizacji planu Sorosa w całej Europie chcą usunąć z drogi rządy reprezentujące interesy narodowe. NGO Sorosa w ostatnich latach otoczyły siecią wszystkie europejskie fora podejmujące decyzje. Obecne są także na obrzeżach węgierskich partii. Zachowują się w taki sposób, jaki kiedyś aktywiści Oddziału Propagandy i Agitacji Sowieckiej Partii Komunistycznej. My, zaprawieni w boju znamy ich już po zapachu. W bardziej wyrafinowany sposób, ale żołnierze Sorosa chcą decydować co mamy robić, co mamy mówić, co mamy myśleć, a nawet jak mamy myśleć o sobie. Sytuacja tak długo była prosta i jasna. Człowiek był kobietą i mężczyzną, matką i ojcem, był Węgrem, Niemcem lub Rosjaninem, chrześcijaninem lub muzułmaninem. Dziś chcą wmusić nas w taki świat, w którym brakuje naturalnych i jasnych konturów. Ten świat nie ma bezpiecznych punktów, nie jest jasne kto jest kobietą a kto mężczyzną, co jest rodziną, co oznacza być Węgrem i chrześcijaninem. Tworzą trzecią płeć, wyśmiewają wiarę, rodzinę uważają za zbędną, a naród za przestarzały.

Drodzy Przyjaciele!

Mówmy zrozumiale. Migracja nie jest celem planu Sorosa, a narzędziem. Miliony osób, które znalazły się w złym położeniu wabieni są z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy, a nawet bezpośrednio transportuwani, aby osłabić narody i aby zadać ostatnie pchnięcie nożem w kulturę chrześcijańską. Porozmawiajmy szczerze także o tym, że plan Sorosa poważnie zagraża bezpieczeństwu naszej codzienności. W krajach Europy, do których odbywa się imigracja, częste się stały akty terroru, wzrosła przestępczość i przemoc w stosunku do kobiet, ponownie odradza się antysemityzm. To jest to, czemu musimy przeszkodzić, to jest niebezpieczeństwo, przed którym musimy ochronić nasz kraj.

Tak więc kiedy mówimy, chrońmy Węgry, wtedy mówimy, że musimy ochronić pracę, rodzinę, bezpieczeństwo, nasze prawo, osiągnięte przez nas wyniki, węgierską kulturę, oraz musimy ochronić także naszą przyszłość. To czego nie znosiliśmy od mocarstwa sowieckiego, tego też nie możemy znieść od mocarstwa Sorosa. Ochronimy nasze granice, zatrzymamy realizację planu Sorosa, i w końcu wygramy i tą walkę.

Drodzy Przyjaciele!

Teraz pomówmy o nas samych. Przyszłej wiosny minie trzydzieści lat, jak wywiesiliśmy sztandar w akademiku Bibó uniwersytetu ELTE. Są wśród nas tacy, którzy byli i przy pierwszych krokach, kiedy żyliśmy jeszcze w czasach manipulacji, zastraszania i przemocy policji. Jeszcze stacjonowali tu sowieccy żołnierze, ale my, doświadczeni w boju, my czuliśmy w powietrzu nieodwracalnie przybliżające się zmiany. Dokładniej czuliśmy, że my jesteśmy zmianą. Wielu z nas uśmiechało się, kiedy mając dwadzieścia kilka lat zdecydowaliśmy się, że stworzymy partię i ruszymy w pierwszych wyborach parlamentarnych.

Kiedy zakładaliśmy Fidesz było nas 37 osób, ilość osób należących do partii komunistycznej podawano na 800 tysięcy, a straży robotniczej było 50 793. Mimo tego jesteśmy tutaj. Razem z naszymi sprzymierzeńcami jesteśmy największą partią Europy i osiągającą największe sukcesy polityczne wspólnotą. Abstrahując od naszego kongresu przychodzi mi do głowy historia, w której dwóch kaznodziei podziwia wielką świątynię, jej wieże oraz znajdujący się w niej potężny dzwon. Jak ten wielki dzwon mógł znaleźć się na wieży? Jak nie inaczej, niż jak wcześniej dzwonek…. Wniosek jest taki: jeśli wtedy nie zdecydowalibyśmy się na działanie teraz nie byłoby nas!

Drodzy Przyjaciele!

Kiedy patrzę na was, a raczej na nas nasuwa się pytanie: na ile nasz dzisiejszy FIDESZ jest tożsamy z tym, który był w momencie założenia? Dobre pytanie. Dzisiejszy FIDESZ jest na tyle tożsamy z tym z 1988 roku, na ile jakikolwiek człowiek jest tożsamy z tym, którym był w wieku 1 roku. Lub też inaczej: jeśli rzeka jest tożsama z biegiem rzeki, który w miarę przebytej drogi poszerza się. Z partii pokoleniowej my sami przekształciliśmy się w europejską partię ludową. Przebyliśmy długą drogę. Zrobiliśmy sobie miejsce w obradach Okrągłego Stołu Opozycji, razem wywalczyliśmy, aby bohaterowie rewolucji 56 roku zostali uczczeni w odpowiedni sposób, razem wywalczyliśmy otwarcie żelaznej kurtyny, razem wyrzuciliśmy sowietów, i razem przepołowiliśmy partię komunistyczną. Razem wywalczyliśmy, abyśmy i my byli w pierwszym parlamencie wybranym w wolnych wyborach.

Przyjaciele!

Przeżyliśmy świetliste zwycięstwa oraz bolesne porażki. Zaciskając zęby wytrzymaliśmy najciemniejszy  moment okresu po zmianie systemu, referendum z 5 grudnia, i nie ustaliśmy, dopóki nie daliśmy podwójnego obywatelstwa Węgrom znajdującym się poza granicami naszego kraju, osiągając tym satysfakcję moralną i prawną. W ostatnich 29 latach węgierscy wyborcy, mając do nas zaufanie trzykrotnie wybrali nas do parlamentu. Skorzystaliśmy z ich zaufania. My byliśmy tymi, którzy  zmienili tymczasową konstytucję na nowoczesną, europejską i tym samym patriotyczną Konstytucję. Wiwat, trzykrotnie wiwat na cześć prezydenta Pála Schmitt. I my byliśmy pierwszymi w Europie, którzy powstrzymali inwazję migrantów spadającą na Europę. My głosiliśmy gospodarkę opartą na pracy, my stworzyliśmy ponad 700 tysięcy nowym miejsc pracy. My skonstruowaliśmy ulgi podatkowe dla rodzin, a kiedy zostały odebrane, walczyliśmy o nie i oddaliśmy je węgierskim rodzinom. My jesteśmy tymi, dla których naprawdę najważniejsze są dzieci. Rozliczyliśmy banki, przewalutowaliśmy na forinty kredyty. Zrealizowaliśmy obniżki opłat komunalnych. My jesteśmy tymi, którzy dali należny szacunek osobom starszym. Zachowaliśmy wartość emerytury, i w tym roku po raz pierwszy wypłaciliśmy premię emerytury, bo Węgry to wielopokoleniowy dom, w którym razem płaczemy i śmiejemy się.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

To miłe uczucie pomyśleć, że w ostatnich trzech dekadach z tą wspólnotą, razem z wami, zrealizowaliśmy wielkie rzeczy. Ale ostrzegam siebie i was: teraz musimy być skromni, ponieważ mamy ku temu powody. Dziękuję Wam, że jesteście taką fantastyczną wspólnotą, że mogę być członkiem takiej ekipy odnoszącej sukcesy. Dziękuję za otrzymane od was niezachwiane i wzruszające zaufanie. Jest to wzruszające i jest to szacunkiem stać na przedzie takiej wspólnoty politycznej. Wykonam moje zadanie.

Naprzód Węgry, naprzód Węgrzy!

za: http://www.miniszterelnok.hu

Lis 28

Demonstracja solidarności z Polakami – przemówienie pod pomnikiem Bema w Budapeszcie

Budapeszt 26. 11. 2017

Drodzy moi [polscy] Przyjaciele!

Węgry i Polska to dwa wiekuiste dęby, każdy z nich wystrzelił pniem osobnym i odrębnym, ale ich korzenie, szeroko rozłożone pod powierzchnią ziemi i splątały się i zrastały niewidocznie. Stąd byt i czerstwość jednego jest drugiemu warunkiem życia i zdrowia”. Stanisław Worcel, przyjaciel Lajosa Kossutha dokładnie opisał sytuację.

Dwa są narody w Europie, które do głębi rozumieją czym są przyjaźń i wspólnota walki. Sojusz polsko-węgierski liczy sobie ponad tysiąc lat.

Małżeństwa władców, św. król Władysław, unie personalne, sojusze, węgierscy słuchacze Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Polacy w powstańczych szeregach Rakoczy`ego, polscy bohaterowie Powstania 1848/49, polscy uchodźcy przyjęci na Węgrzech po diabelskich grach wielkich potęg i oczywiście wspólna walka przeciw komunizmowi.

Zaledwie kilka przykładów z przebogatej i często bardzo trudnej wspólnej przeszłości. I choć dziś już chrzęstu broni, mimo to pod wieloma względami sytuacja jest dziś podobna: dziś napadają nas żołnierze politycznej poprawności i idei otwartego społeczeństwa.

Św. Jan Paweł II powiedział, że naród tylko wtedy może mieć nadzieję na lepszą przyszłość, gdy jego członkowie wspólnym wysiłkiem podejmą się odpowiedzialności za wspólne dobro.

My dziś dlatego się tu zebraliśmy [pod historycznym pomnikiem gen. Bema], bo wierzymy w narody i uważamy za poniżające, że – jeśli tak dalej pójdzie – ze strony Brukseli narody nie mogą się spodziewać lepszej przyszłości, lecz tylko zaszeregowanie. Stamtąd patrząc mocny naród to tyko przeszkoda, zbytni ciężar. My sądzimy inaczej.

Jedną z przyczyn naszej solidarnościowej akcji jest to, że w Parlamencie Europejskim uruchomiono procedurę 7 paragrafu, często określaną jako „bomba atomowa”. Końcem tej procedury może być odebranie krajowi członkowskiemu prawa głosu. Uważamy takie postępowanie za polityczną pałkę, którą Bruksela według własnego uznania może straszyć te państwa narodowe, które ośmielają się przeciwstawiać nieuprawnionemu przez nią rozszerzaniu swych kompetencji.

Kolejny atak na środkowo-europejskie demokracje, oparte na wartościach, odnoszące sukcesy. Procedurę uzasadniano zagrożeniem w Polsce, czy tu na Węgrzech podstawowych wartości Unii. Uważam, iż z pełnym spokojem możemy stwierdzić, iż wartości europejskie w Europie Środkowej maja się dobrze, a na Zachodzie są zagrożone.

Dziś na Zachodzie wykreśla się pojęcia kobiety i mężczyzny, zakazuje się krzyża i bożonarodzeniowej szopki, zaprzecza się normalności. Odnowa Europy jest w stanie wyjść z Europy Środkowej. To wielka odpowiedzialność, jest jednak w naszych narodach, dlatego tak ważne jest nasze zjednoczenie i solidarność.

My, Węgrzy i Polacy możemy być dumni: z naszego chrześcijańskiego dziedzictwa i takowej przyszłości, z tysiącletniej przyjaźni, z wzajemnego wspierania się, jak to było w przeszłości, jest i będzie. Gdyż my chcemy silnej Europy, ale mocnych narodowych państw, nie zaś tego, by przez nikogo nie wybrani biurokraci odbywali nad nami sądy. Europa wtedy będzie silna, gdy dowartościuje narody, nie zaś wtedy, gdy je zdusi.

Na szczęście u nas nie ma obowiązkowej mody na poprawną politycznie mowę, dlatego spokojnie mogę powiedzieć: niech Bóg błogosławi Polskę i Węgry, niech Bóg błogosławi nas wszystkich. Stajemy w obronie Polski, stajemy w obronie Polaków. Dziś tutaj, lecz gdy zajdzie potrzeba i jutro, i wiele razy, gdyż [po polsku] Polak Węgier, dwa bratanki.

Dziękuję za uwagę!

Nacsa Lőrinc – Prezes Chrześcijańsko-Demokratycznego Związku Młodzieży

za: http://klubmaciejakorwina.wroclaw.pl

 

 

Lis 01

Bójcie się Boga

W ostrej rywalizacji, jaka ma miejsce podczas kampanii przedwyborczej, każda rozmowa o sprawach osobistych jest jakby odkryciem samego siebie. Bo człowiek może szczerze rozmawiać wtedy, gdy znajdzie takie towarzystwo, gdzie będzie mógł swobodnie poruszyć problemy, które odsłonią i pozostawią bez obrony pewne sfery jego życia.

Tymczasem istotą kampanii przedwyborczych jest właśnie strzelanie w każde niezakryte miejsce. Dzisiejszy wieczór uważam więc za intelektualne wyzwanie – bo choć mam nadzieję, że nasze spotkanie okaże się bogate duchowo – to muszę uważać na wszystko, co powiem, żebyśmy z jednej strony dodali sobie wzajemnie odwagi, z drugiej jednak nie doprowadzili do naszego osłabienia. Károly Lakat, przed laty wybitny trener futbolowy, zaskoczył kiedyś swoich rozmówców następującym wyznaniem: „Jestem chrześcijaninem, Węgrem i kibicem Fradi. Każde z tych określeń już samo w sobie wystarczy, abym w tym kraju nie mógł nic więcej już zrobić”. Dlatego przyszłość oceni, czy jest rozsądne, aby w tym kraju premier mówił o swej chrześcijańskiej wierze.

Myślę jednak, że jest sens, aby polityk, czy w ogóle osoba publiczna, mówił otwarcie o swej wierze, o swym przywiązaniu do chrześcijaństwa. Chciałbym i życzę tego wszystkim, abyśmy mogli żyć w takim kraju. A są na świecie takie kraje, gdzie choć istnieją wrogie strzały i są ludzie, którzy tylko szukają odsłoniętych, możliwych do zranienia miejsc, to jednak nikt tam nie boi się mówić o swej wierze. Niektórzy myślą, że każde odkryte miejsce można zranić. Ja myślę inaczej. Za właściwe, a nawet konieczne uważam pytanie o te sprawy ludzi, którym mamy okazać nasze zaufanie i złożyć w ich ręce decyzje, które będą miały wpływ na nasz los.

O wierze

Urodziłem się w rodzinie chrześcijańskiej. Oprócz imienia Viktor, które Państwo znają, w mojej metryce chrztu widnieje także imię Michał. To chyba niezła kombinacja. To, że zostałem ochrzczony i przyjęty do chrześcijańskiej wspólnoty, było przede wszystkim zasługą determinacji moich dziadków. (…) Niestety, nie otrzymałem żadnego religijnego wychowania. Wraz ze starzeniem się dziadków z rodziny wyparowywała wiara, zanikały rozmowy o wierze. Wzrastałem więc w środowisku niereligijnym. Tak samo było też w szkole i do początku studiów – dopóki nie poznałem mojej przyszłej żony, która pochodzi z praktykującej rodziny katolickiej. Od tego czasu zaszły w naszym życiu wielkie zmiany. Osobiście przeszedłem dość długą drogę, bym mógł wypowiedzieć zdanie: jestem człowiekiem wierzącym, jestem chrześcijaninem.

Nadszedł w moim życiu moment, kiedy poczułem, że muszę nadrobić to, co pominąłem, że muszę pewne rzeczy naprawić, poustawiać na swoim miejscu. A ponieważ byłem ochrzczony w Kościele ewangelicko-reformowanym, dlatego kiedy nadszedł ten moment – przyjąłem konfirmację. Konfirmacja to przyrzeczenie, to ślubowanie na całe życie, to chwila, w której człowiek jasno się deklaruje, że chce być chrześcijaninem. Kiedy nadszedł moment konfirmacji, wówczas stwierdziłem, że choć nie zawsze wiedziałem, to jednak zawsze czułem – a dziś wiem to na pewno – że Bóg był cały czas ze mną, nawet wtedy, gdy nie zwracałem na Niego uwagi i nie miałem świadomości tego. Dlatego teraz składam to ślubowanie, aby to bycie razem nigdy się nie skończyło. Niech On pozostanie ze mną, i nie tylko ze mną, ale także z tymi, którzy są mi drodzy, i których kocham. Tak doszedłem do konfirmacji. Od tego czasu staram się postępować w duchu zadania, żeby żyć na chwałę Boga i dla dobra ludzi, co na język zawodowego polityka przetłumaczyłbym w następujący sposób: budować ojczyznę, tę przez małe „o”, czyli kraj narodu węgierskiego, tu na tej ziemi, ale też budować ojczyznę przez wielkie „o” – Ojczyznę Niebieską, Królestwo Boże, i to jest wyższy sens i cel tego, co robię. To jest sens wyższego rzędu, ponad i poza wszelkimi kalkulacjami politycznymi. Coraz mocniej czuję, że ten właśnie sens daje mi siłę, by się temu posługiwaniu poświęcić. Zaczynam też powoli odczuwać, że siła niekoniecznie zależy od potęgi fizycznej. Siła niekoniecznie oznacza wielkość mięśni czy zawsze wyprostowaną sylwetkę. Powoli zaczynam rozumieć, choć jestem kalwinem, że człowiek jest najmocniejszy wtedy, gdy klęczy.

O pokusach

Nasz zawód jest niebezpiecznym zajęciem. W tym zawodzie wszystko, co w świecie może być pomyślane jako pokusa, co rusz spotyka człowieka. Zwłaszcza jeśli odnosi sukcesy, bo jeśli nie, to wiele pokus go omija. Ale to, co nazywa się sukcesem tego świata, samo w sobie przynosi pokusy. Można przecież rządzić drugimi, wydawać dyspozycje, decydować o rozporządzeniach, które mogą postawić na nogi nawet cały kraj. Ego człowieka może w jednym momencie się przez to rozrosnąć. To jest pokusa władzy. Jest też pokusa pieniędzy, kiedy człowiek może postawić się ponad ustawami, normami moralnymi czy zasadami kodeksu prawa, by wykorzystać swoją pozycję dla osobistych korzyści. (…) W sumie jest to zajęcie niebezpieczne, ale dlatego właśnie zawsze zachęcam młodych, by próbowali w nim swoich sił. (…) Jestem jednak pewien, że jeśli ktoś nie ma mocnego kręgosłupa, to zawód ten przywali go do ziemi. Trzeba umieć to wytrzymać. Nie ataki trzeba umieć przetrzymać i przeżyć – to jest łatwiejsze, to jest walka tego świata – ale pokusy, które przychodzą razem z sukcesami; to jest prawdziwe wyzwanie.

Jak się wobec tego traktować sukces? Zwykle mówimy, że jest on darem. Trzeba na niego zasłużyć. Nie znaczy to oczywiście, że mogę siedzieć spokojnie w domu i czekać aż sukces sam zapuka do moich drzwi, ze wszystkich sił muszę na ten sukces pracować. W naszym zawodzie bardzo dużą rolę odgrywa wola. Trzeba jednak uważać, aby nie wywyższać woli kosztem pokory. Pewne cele, które sobie wyznaczyliśmy, trzeba bardzo chcieć osiągnąć. Tym celem nie może być jednak pozycja. Trzeba wyznaczać sobie cele wyższego rzędu i bardzo mocno chcieć je osiągać. Trzeba zgromadzić do tego wszelkie potrzebne środki. Bez tego się nie uda. Dlatego trzeba wygrywać wybory. Nie dlatego, że jest to dobre samo w sobie, ale dlatego, by móc uruchomić pewne mechanizmy na rzecz osiągnięcia wspólnie wyznaczonych celów.

Tak więc z jednej strony sukces jest darem, ale z drugiej nie dojdzie do niego bez woli. Nie osiągnie się go również bez pracy. Jeśli ktoś nie wierzy, że sukces jest darem i bez tej wiary wyznacza sobie cel, to przecenia samego siebie, myśląc, że wszystko zależy od niego, także końcowy sukces. A to nie jest tak. Końcowy sukces jest darem. Ale dar ten nie przyjdzie, jeśli się na niego nie zapracuje, jeśli się danej sprawie całkowicie nie poświęci. Nie przeciwstawiam sobie woli, pokory, celów politycznych i sukcesu. Raczej próbuję, patrząc na swoje życie i działania, ułożyć je w logicznym porządku, w którym nie obrócą się one przeciwko sobie, ale będą się nawzajem wspierać. Wiara wspiera wolę. Wola wspiera osiągnięcie celu. Cel oznacza służbę sprawie wyższego rzędu. Próbuję to jakoś sobie poukładać i niekiedy kusi mnie myśl, że być może zbyt dużo oczekuję od woli, ale zrezygnować z niej nie mogę.

O bojaźni Bożej

O bojaźni Bożej Czy obywatele powinni wiedzieć, jakimi wartościami w życiu kieruje się polityk, który podejmuje decyzje dotyczące ich życia? To jest chyba ten moment, kiedy powinienem powiedzieć, że podstawowym pytaniem jest pytanie o bojaźń Bożą. Niech dobry Bóg zachowa nas od polityków, którzy nie boją się Boga! Nie mówię teraz o tym, o czym zwykle słychać podczas kampanii przedwyborczych, że ktoś nie reprezentuje żadnych wartości, albo że jego wartości nie są na poziomie albo że nie wytrzymują próby. Nie chcę poetyzować. Podstawowe pytanie jest zupełnie inne: o granice władzy.

Oczywiście, władza jest dzisiaj ograniczona. Mamy trójpodział władz. Parlament ogranicza rząd itd. Jednak władza pozostaje władzą, I podstawowe pytanie brzmi: co stanowi końcową, ostateczną granicę tej władzy? Otóż ostateczną granicą jest tylko bojaźń Boża. Dość dużo rozmyślałem na ten temat. Jeśli polityk odczuwa bojaźń Bożą, wtedy rozważy, kogo w rzeczywistości się boi, kogo uważa za ostateczną instancję. Przecież pozornie ma wszystkie instrumenty władzy w swoich rękach, a Bóg nie pojawi się przed nim w zbroi, aby go straszyć. Jeśli człowiek to przemyśli, to odkryje, że kluczową sprawą jest to, czy wierzy, iż kiedyś – nie wiem dokładnie, w jakich okolicznościach, nie mam teraz przed sobą żadnej dramatycznej wizji – nadejdzie taki moment, że będzie musiał za wszystko zapłacić, ze wszystkiego się rozliczyć.

Czy polityk wierzy, że może uniknąć tego momentu? Jeśli wierzy, że taki moment nadejdzie, wtedy wszyscy możemy się czuć bardziej bezpieczni. Bo przecież – jeśli się w to dobrze wmyślimy – ten, kto rozumie bojaźń Bożą, nie boi się jakiejś nieznanej sobie potęgi jakiegoś pana, którego natury nie zna, jakiegoś tyrana, który postąpi z człowiekiem według swego widzimisię. Nie – boimy się, że otrzymamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy. Boimy się konfrontacji z naszymi uczynkami. I to jest ostateczna granica – ponad wszelkimi przepisami, podziałami władzy i konstytucjami – tego niebezpiecznego zajęcia, jakim jest sprawowanie władzy.

O Kościele

W naszym zawodzie nauka historii jest przedmiotem obowiązkowym. Kierowanie Węgrami nie jest misją oderwaną od czasu i miejsca, ale oznacza prowadzenie tu i teraz narodu o określonej historii. Dlatego rozliczać się powinniśmy nie przed międzynarodowym kapitałem czy obcymi potęgami, nie przed Moskwą czy Waszyngtonem, ale przed tym narodem, którego członkom mamy służyć. Dlatego musimy znać historię. Nie tyle jej szczegóły, ile raczej ducha historii tego ludu. (…) Historia Węgier niesie też pewną bezlitosną naukę dla przywódców. Jednym z najmocniejszych historycznych doświadczeń, które żyje w narodzie węgierskim i odciska się na jego instynktach, jest fakt, że przywódcy często go zdradzali.

Od czasów króla Mátyása, od jakichś 300-400 lat, jest to stale powracające doświadczenie tego narodu, rodzące poczucie, że wcześniej czy później przywódcy nas opuszczą. Albo wykorzystają swoją władzę niewłaściwie, albo sprzedadzą z powodów osobistych ten lub inny kawałek kraju, albo uciekną w czasie trudności, podczas gdy ich obowiązkiem jest przewodzenie. Właściwie im większe pojawiają się trudności, tym bardziej oni powinni przewodzić, gdyż to jest ich zadaniem.

Świadomość tego umacniała mnie w najtrudniejszych chwilach. Nawet wtedy, gdy zarówno przyjaciele, jak i przeciwnicy mówili mi, żebym dał sobie spokój, a życie ma tak wiele innych uroków. Ale mi w głowie grała ta muzyka historii. Każdy polityk widzi też rolę Kościoła w historii naszego narodu. To jeden z najważniejszych uczestników naszych dziejów. To powoduje szacunek i przyjacielskie intencje w stosunku do Kościołów. Szacunek ze strony polityka oznacza, że nie chce on wtrącać się w sprawy Kościoła. Nie może myśleć o wydawaniu mu poleceń lub rozkazów czy choćby o formułowaniu wobec niego mocnych pragnień. Gdy patrzę na Kościół nie okiem polityka z zewnątrz, ale spoglądam nań od środka jako ktoś należący do Kościoła – to widzę, że Kościół to nie tylko instytucja, a więc oznacza nie tylko duchownych i świątynie, ale jest to przede wszystkim wspólnota. Kościół oznacza lud Jezusa Chrystusa, przez Niego wybrany i powołany, i warto do tego ludu należeć. Konfirmacja utwierdza nas w tym, że zostaliśmy do tej wspólnoty powołani.

Patrząc od środka, widzę też, że Kościół posiada pewną zdolność, niezwykle ważną ze względu na politykę i świecką przyszłość narodu. Kościół bowiem uwalnia ducha z więzów ciała. To bardzo ważne. Bo jeśli się sobie przyjrzymy, to zobaczymy, że każdy człowiek, każde indywiduum znajduje się w osobnym ciele, żyje jako osobne ciało. A przecież istotą narodu jest to, że może on jednoczyć ludzi w sprawie osiągnięcia wielkich, wspólnych celów. Lecz jak można jednoczyć, jeśli istniejemy w formie oddzielnych ciał? Do tego potrzeba uwolnienia dusz z ciał. Według mnie, to właśnie oznacza zawołanie sursum corda, gdy mówimy, że podnosimy w górę nasze serca. Kościół jest głównym – nie jedynym, ale najmocniejszym – wyrazicielem tej idei. Jest on zdolny powiedzieć nam: unieś w górę swe serce i tu, ponad swoją głową możesz zjednoczyć się z tymi, z którymi przynależysz do jednej wspólnoty, z pozostałymi członkami Kościoła.

Tego rodzaju wspólnotę ludzi uniesionych serc widzę w Kościele. Z punktu widzenia naszego zawodu bez trudu można dostrzec, że wspólnota znajdująca się w takim stanie ducha, żyjąca w takim zjednoczeniu, zawsze jest zdolna do większych osiągnięć niż zgromadzenie osób znajdujących się osobno, zamkniętych w swych ciałach i myślących tylko o własnej przyszłości. Z tych samych powodów jako polityk wspieram kulturę i – co może według niektórych zabrzmi dziwnie – sport. Sztuka, kultura czy sport potrafią wyzwolić ducha, unieść serca i w ten sposób pomagają, byśmy stawali się jedno. To nie przypadek, że właśnie przez te zjawiska najbardziej czujemy, że stanowimy część jakiejś większej sprawy. Czujemy to na nabożeństwie w świątyni, czujemy, gdy dotknie nas mocno jakieś dzieło sztuki, gdy widzimy tego biedaka, który biegnie na bieżni – przecież on nie biegnie tam sam, on biegnie dla nas, jego zwycięstwo jest także naszym zwycięstwem. Patrząc z punktu widzenia zawodowego polityka, widzę, że Kościół i wiara mogą w najwyższym stopniu wspierać twórcze zdolności narodu.

Dlatego uważam, że rozsądnie myślący i odpowiedzialny rząd powinien popierać współpracę z Kościołem. Nie chodzi o wydawanie mu poleceń, bo tego robić nie wolno. O co więc chodzi? Po pierwsze, trzeba umożliwić, by tego rodzaju naród uniesionych dusz mógł się narodzić. Po drugie, władza powinna przyjąć coś, co trudno jest zaakceptować. Musi mieć ona kogoś, kogo będzie mogła zapytać, czy idzie w dobrym kierunku. Czy moja polityka ma jeszcze kierunek? Czy to, co robię, prowadzi do celu, który sobie obrałem, zaczynając pracę polityka? Im człowiek jest wyżej postawiony, tym trudniej mu jest – co sam przyznaję – przyjąć lustro, w którym będzie mógł się przejrzeć, ale tym bardziej potrzebuje on takiego lustra. Musimy umieć przyjąć Kościół jako uczestnika życia społecznego, ale uczestnika apartyjnego, który może w pewnym momencie powiedzieć: „Drogi przyjacielu, być może wyznaczyłeś sobie dobre cele, ale obserwuję cię od dawna i widzę, że jeśli nie zmienisz kierunku, to swego celu nigdy nie osiągniesz”. Do tej rewizji kompasu, do tego trzymania lustra Kościół ma nie tylko prawo, ale i obowiązek. (…) Kościół wyznacza miarę, ustawia na pewnej wysokości poprzeczkę dla świeckiej władzy wszystkich czasów.

Dobrze robimy, jeśli się do tego przymierzamy. Ja tak patrzę na Kościół. Nie da się oczywiście zaprzeczyć faktowi, że wierni Kościołów chrześcijańskich mogą wyznawać różne poglądy polityczne. Jednak im więcej jest wspólnot w danej miejscowości czy regionie, im są one silniejsze, tym stanowią one bardziej sprzyjające zaplecze dla świeckich sił, także partyjnych, prowadzących politykę zorientowaną na budowanie wspólnoty. Z drugiej strony im bardziej świat, województwo czy miejscowość są zindywidualizowane, tym bardziej otwiera się pole dla myślenia egocentrycznego, dla sił, które głoszą: „Zajmuj się wyłącznie sobą, miej na względzie tylko swoje cele”. Często więc duchowa gleba, na której prowadzona jest walka polityczna, bardzo mocno wpływa, a niekiedy wręcz decyduje o wynikach tej walki. Dlatego bywa, że czasami zwyciężają tacy chrześcijańscy demokraci, którzy na to nie zasłużyli.

O nienawiści

Czy kiedy nienawidzę, jestem jeszcze chrześcijaninem? Myślę, że nienawiść jest tam, gdzie nie ma już Boga. To stan bez chrześcijaństwa. Staram się jak mogę unikać nienawiści, ale nie zawsze mi się to udaje. W człowieku czasami otwierają się takie rany, że nawet, gdy mocno się stara, by nienawiść nie uderzyła mu do głowy, to nie zawsze może powiedzieć, że udało mu się tego uniknąć. Moim największym osiągnięciem jak dotąd jest ograniczenie tego uczucia, gdy się pojawia, do minimum. W języku węgierskim o człowieku, o którym źle myślimy, często mówimy: ty nędzniku!

Przecież człowiek, który grzeszy przeciwko nam, jest w gruncie rzeczy nędznikiem, biedakiem, nieszczęśnikiem. Trzeba próbować rozdzielić człowieka od jego czynów. Zły czyn trzeba nienawidzić, ale sprawcy nienawidzić nie wolno. Zanim więc wpadniesz w przepaść, gdzie nie ma już Boga, możesz zawrócić: „Rzeczywiście, biedaku, nędzniku, nie ciebie nienawidzę, tylko to, co wyprawiasz”. Wtedy czujesz, że uwolniłeś się od wielkiego ciężaru, nie zalewa cię już żółć, nie zalewa krew, nie wybuchasz, ale próbujesz rozwiązać problem. Kiedy człowiek z nienawiści chce sądzić drugiego, wtedy przywłaszcza sobie prawo do sądzenia, które mu nie przysługuje. To jakbyś usiadł na chwilę na tronie Boga – i wtedy błądzisz. Jeśli natomiast oddzielisz czyny od złoczyńcy, to czujesz, że nędznik zasługuje na pomoc, chociaż przeciw jego grzechowi występujesz w sposób zdecydowany. W naszym zawodzie jest to nieodzowne. Nasi przeciwnicy wykorzystują to przeciwko nam, gdy chcą udowodnić, że ich nienawidzimy. Tymczasem nie chodzi o nienawiść, ale o zdecydowane zdanie o złym czynie. Jeśli w naszym zawodzie pewnych czynów nie osądzimy, jeśli nie zajmiemy stanowiska, nie powiemy, czy według nas coś jest dobre, czy złe – to wtedy następuje paraliż, bo przestaje być jasne, jakiej sprawie służymy. W nasz zawód wpisane są spory.

Człowiek spiera się z samym sobą, z przeciwnikami, z pytaniami, które do niego przychodzą. Jaka będzie dobra odpowiedź, a jaka zła? Czy uczynię dobrze, czy źle, dając taką, a nie inną odpowiedź? Z tego nie można zrezygnować, to napędza nasze życie, utrzymuje w ruchu nasz zawód, nasz umysł i ducha. Bez tego nie można dobrze rządzić krajem, chyba że tylko podejmować decyzje rutynowo, z przyzwyczajenia. Bez tego nie będziemy rozumieć nowych wyzwań. Prędzej czy później taki kraj osłabnie. Dlatego potrzebujemy sporów i dyskusji. Spory najczęściej dotyczą działań, czynów, projektów. Ważne, byśmy mieli o nich swoje zdanie. Jeśli chcemy nie tylko zarządzać państwem, ale prowadzić kraj w stronę dobra – a intencją chrześcijanina jest dążenie do Królestwa Bożego – to musimy wypowiadać sądy nad czynami lub decyzjami: czy służą dobrym celom, czy złym, czy są pożyteczne, czy szkodliwe. Tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Dlatego jesteśmy wystawieni na zarzuty faryzeuszów, którzy twierdzą, że żywimy wobec naszych przeciwników politycznych bezlitosne uczucia, że rządzi nami nienawiść. Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Za moimi często bardzo zdecydowanymi słowami w ostrych sporach nie stoi nienawiść do drugiego człowieka. Nawet jeśli tak się niektórym wydaje lub chcą w ten sposób przedstawić sprawę. Musimy bowiem umieć odróżniać człowieka od jego czynu.

O porażce i sukcesie

Wielu ludzi uważa chrześcijan za słabeuszy, bo nie umiemy się mścić, rozpychać łokciami, zdobywać tego, co w danym momencie da się zdobyć, bo później może nie być na to szansy. Nie zachowujemy się tak, jak dzisiejszy świat zwykł myśleć o ludziach sukcesu, o zwycięzcach. Jedynym ratunkiem dla nas, jak sądzę, jest jasne określenie, co uważamy za sukces, a co za porażkę. Trzeba to koniecznie określić, zarówno dla naszych dzieci, jak i dla nas samych. Jeśli nie będziemy potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest w naszym życiu zwycięstwem, a co przegraną, wtedy rzeczywiście możemy okazać się słabeuszami. To jest bardzo ważne także przy okazji wyborów parlamentarnych. Problem polega na tym, że zdobycie większości jednoznacznie oznacza zwycięstwo. Ale jeśli większość jest przeciwna prawdzie, wtedy być może jest w stanie wygrać wybory, ale w rzeczywistości przegrywa. W życiu społecznym Europy jest to zresztą największy problem chrześcijańskich demokratów – relacja między prawdą a większością. Ważne jest więc, jak rozumiemy zwycięstwo.

Dla młodych, którzy dopiero co wkraczają w dorosłe życie, jest to trudniejsze. My, którzy jesteśmy już w drugiej połowie życia i mamy przed sobą bliżej niż dalej, widzimy chyba ten problem lepiej. Widzimy, że prawdziwe zwycięstwo jest wtedy, gdy niezależnie od materialnych warunków i okoliczności, człowiek jest w stanie żyć w miłości, zachować pokój, harmonię i duchową równowagę. To jest największy sukces. Zwycięstwo polega na tym, że nie damy sobie tego odebrać. Jeśli to mamy, to wszystko inne przyjdzie później. A nawet jeśli nie przyjdzie, to nawet wtedy nasze życie będzie wartościowe. Jeśli my, chrześcijanie, potrafimy zachować ten sposób życia, wtedy okażemy się zwycięzcami. Natomiast w przypadku ludzi pozornego sukcesu, którzy szybko wszystko zgarnęli i urządzili się, wyjdzie na jaw, że są na pozycji straconej, że przegrali.

Poniższe wypowiedzi pochodzą z publicznej dyskusji Viktora Orbána z katolickim ordynariuszem diecezji Kaposvár, biskupem Bélą Balásem, oraz kalwińskim pastorem Zoltanem Balogiem, która odbyła się w grudniu 2005 roku.

za: http://www.fronda.pl