Gru 09

Europa Środkowa – losy regionu w nurtach historii

 z okazji uroczystości upamiętniającej setną rocznicę urodzin profesora Wacława Felczaka

Kraków 9 grudnia 2016

Dzień dobry, Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Stojąc tu przed Państwem w tej eleganckiej, dostojnej sali, przychodzi mi myśl, czy ja dobrze zdecydowałem trzydzieści kilka lat temu podejmując decyzję wejścia w życie polityczne zamiast naukowe? Kiedy dziś się tutaj spotykamy to wiemy, że to spotkanie nastąpiło w takiej chwili, gdy nasza szersza ojczyzna, Europa, stoi na pograniczu przemian epok politycznych, gospodarczych i technologicznych. Jesteśmy Europejczykami, zarówno Polacy jak i Węgrzy, a takie przemiany epokowe zawsze wywołują w nas samorefleksje i stają się okazją do dyskusji o systemach wartości. Tu łączy się zaraz, to co wysłuchaliśmy przed chwilą, że Węgrzy nie mają zdolności do konspiracji. To jest prawda, bo przecież my jesteśmy ludem kawiarni, a istota kawiarni polega nie na kawie, lecz na wymianie wiadomości. Dlatego wprowadziliśmy do naszej polityki paradoksalny wyraz: jawny spisek. I teraz, gdy Europa stoi na granicy zmiany epoki, a my pragniemy powrotu w Europie do chrześcijańskich korzeni, to między sobą spostrzegamy to jako jawny spisek.

Szanowni Państwo, Panie i Panowie!

Moją powinnością jest tu w uroczystym przemówieniu wspomnieć o panu profesorze Felczaku. Podczas dzisiejszej konferencji – lepiej, gdy ja wprost przyznam się do tego – jestem stronniczy. Stronniczość dziś traktuje się jako błąd, jako grzech, gdy w rzeczywistości jej podstawa, to zaleta, ponieważ stronniczość polega na niczym innym, jak na przyjaźni. Będąc razem z przyjaciółmi nie potrafimy być bezstronni; a gdy jednak kurczowo staramy się być bezstronni, to z tego zachowania wynika tylko sztywność, fałsz czy niezręczność. Nam Węgrom często zarzucano w Berlinie podczas II wojny światowej, oraz później w Moskwie w latach pięćdziesiątych nadzwyczajną stronniczość w stosunku do Polaków. Ten zarzut myśmy zawsze traktowali jako pochwałę, uzupełniając, że ta stronniczość między Polakami a Węgrami jest wzajemna. Czyli jednym słowem pragnę teraz wyrazić – dobrym zwyczajem węgierskim – wielki szacunek i podziw węgierskiego narodu w stosunku do Polski, do miasta Krakowa, do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wystarczy tylko rozejrzeć się po Państwa mieście i widać, że historia wspólna Polaków i Węgrów, to nie przypadkowe okoliczności, lecz gęsto tkana sieć więzi osobistych. Ta przyjaźń należy do narodowej tożsamości węgierskiej. Należy do wspólnego obrazu węgierskiego patriotyzmu i wolności. My Węgrzy uważamy, że z Polakami stanowimy wspólnotę życia, pamięci i losu, sądzimy, że polsko-węgierska przyjaźń jest ewenementem w historii świata. Wagę tej wspólnoty losowej pokazuje też – reflektuję tu na treść wcześniejszych przemówień – iż w drugiej wojnie światowej myśmy byli po stronie przegranej, winnych, a Polacy po stronie zwycięzców, ofiar, ale w końcu Polacy dostali w nagrodę to samo, co Węgrzy za karę: okupację sowiecką i komunizm. Co to jest, jeśli nie dowód wspólnoty losowej?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Podobnie: wygłoszę swoje nieco improwizowane wspomnienie w sali Collegium Maius tego uniwersytetu, który uczyniła jedną z najbardziej dostojnych uczelni Europy – Jadwiga, która z węgierskiej królewny stała się Królową Polski, – w drugiej połowie XV wieku, i mogę mówić w sali tego uniwersytetu, na którym w jednym z okresów świetności co piąty student uczęszczający na studia pochodził z Węgier. I oczywiście jestem stronniczy, bo jest wśród nas pan profesor Koźmiński, a ja jeszcze dobrze pamiętam jego czyn, który moralną dziurę wbił w kadłub okrętu komunizmu na Węgrzech pod koniec lat osiemdziesiątych kiedy wręczył nam, studentom zamieszkałym w akademiku naprzeciw jego Kolegium, polskojęzyczny tekst paktu Mołotowa-Ribbentropa – co na Węgrzech było nie do zdobycia. I jestem oczywiście stronniczy, bo jest wśród nas pan profesor Kovács, który w ciągu jednej nocy przetłumaczył ten tekst, abyśmy w następnym dniu go udostępnili w półlegalnej dokumentacji, publikacji – budząc sensację, sensację polityczną jak na owe czasy. I jest oczywiście decydująca przyczyna mojej stronniczości, a ta przyczyna nie jest inna, jak legendarna postać Uniwersytetu Jagiellońskiego: profesor Wacław Felczak, w którym moje pokolenie widziało rzeczywistego bohatera.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Wacław Felczak jest bliski naszym sercom, bo po polsku napisał historię Węgier. Czyn w samym sobie jest niemałym osiągnięciem, ale dlatego też jest nam bliski, bo w najlepszej chwili udało się trafić w duszę tych Węgrów, którzy nie chcieli poddać się tej apatii, która po rewolucji 1956 roku ogarnęła nas, Węgrów. Dobrze trafił w dusze tych, którzy nie chcieli przyjąć systemu zabijającego w nas ducha, czyli systemu komunistycznego, nazywanego pseudonimem socjalizm. Doskonale pamiętam – było to pod koniec lat osiemdziesiątych, może w ’87 roku – gdy przeszedłem do niego na drugą stronę ulicy z naszego akademika – do budynku Eötvös Collegium – do słynnego profesora goszczącego w budapeszteńskim Eötvös Collegium, by poprosić o wykład dla nas o ówczesnej Polsce, i o nadal istniejącej i walczącej Solidarności. Chcieliśmy usłyszeć całą prawdę z ust wiarygodnego człowieka, bohatera wojennego, więzionego w więzieniach zarówno nazistów jak i komunistów. Natomiast profesor Felczak – jak naucza ewangelia, poszedł z nami nie na jedną milę, tylko na dwie, bo – prowadził z nami nie jedno, lecz dwa zajęcia, a nawet uczynił o wiele więcej: narysował szlak naszych politycznych wyobrażeń. Radził nam – teraz dokładnie go zacytuję: „Załóżcie partię polityczną. Prawdopodobnie was zamkną, ale wszystko wskazuje na to, że nie będziecie długo siedzieć” Oto, taki jest dobry przyjaciel. Dodał jeszcze, że politykowi nie zaszkodzi trochę odsiedzieć. Teraz, kiedy sam jestem politykiem, nie jestem przekonany, czy w tym ostatnim miał rację… Tak, czy owak, Szanowni Państwo, wskutek rady pana profesora Felczaka powstał Fidesz, stając się na Węgrzech po wielu ruchach opozycyjnych pierwszą polityczną formacją posiadającą stabilne ramy organizacyjne. I nawet nas nie zamknięto, najwyżej na kilka godzin. Tak stał się pan profesor Felczak po 1991 roku honorowym członkiem naszej partii i wspólnoty politycznej – może gdzieś w jego spuściźnie znajdzie się jego fideszowska legitymacja członkowska – i tak stał się też naszym umysłowym ojcem założycielskim!

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Felczak będąc historykiem nade wszystko szanował źródła i w moim przekonaniu dziś w Europie pod ciężarem imigracji nadal ważna jest jego zasada: ad fontes! Powrót do źródeł, do korzeni chrześcijańskich, narodowych i europejskich, które zawsze dały mocny kręgosłup Środkowej Europie. Felczak wiedział, czy to mowa o życiu naukowym czy o nauce życia – zawsze trzeba sięgnąć do czystego źródła. Wyznawał także, cytuję: gdy ktoś pije ze źródła, musi klęknąć, nachylić głowę i gdy ktoś chodzi po świecie wyprostowany, tym głębiej musi się pochylić.”

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Wacław Felczak urodził się sto lat temu w środku wydarzeń pełnych cierpienia, gdy długie XIX stulecie przekazało sztafetę krótkiemu XX wiekowi. Ujrzał świat w takiej historycznej sytuacji, jako syn narodu, który wtedy nie miał własnego kraju, ale już był gotowy – zbierając wszelkie siły – do kolejnej próby wskrzeszenia Polski. Stare ramy Europy Środkowej wtedy były już w rozpadzie, rodził się nowy świat na ruinach starego. Wacław Felczak był synem już tego nowego świata Środkowej Europy, ale dobrze znał stare okresy świetności Środkowej Europy i był w stanie widzieć nasz wspólny region oczami wyzwalającego Wiedeń Jana Sobieskiego czy marzącego o Republice Naddunajskiej Lajosa Kossutha. Dlatego granica dla niego – którą wiele razy przekroczył jako kurier Armii Krajowej – stanowiła pasmo łączące a nie dzielące narody środkowo-europejskie. Był rzeczywistym obywatelem środkowo-europejskim, który wraz z wszelkimi smutkami, latami w więzieniach, represjami czuł się w domu w tym świecie budowanym między Zachodem a Wschodem. Wychował się w takiej rodzinie, która uznała, że ofiara na rzecz ojczyzny jest ich obowiązkiem; pradziadek trafił na Syberię po powstaniu w 1831 roku, a dziadek po powstaniu 1863 roku, a czwórkę rodzeństwa stracił w II wojnie światowej. Zainteresowanie historią węgierską i sympatię do Węgrów wchłonął już w szkole elementarnej i w gimnazjum. Tak stał się z poznańskiego studenta najpierw stypendystą budapeszteńskiego Eötvös Collegium, a podczas wojny kurierem między Warszawą a Budapesztem. Odważny, odrzucający wszelki oportunizm, trzeźwo myślący patriota, który dostąpił wtedy chyba najwyższego zaszczytu, które dziś można porównać z odznaczeniem honorowym: podstawą listu gończego było to samo zdjęcie przed 1945 – szukało go Gestapo, jak i po 1947 – szukało go NKWD!

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Te dyktatury zachodnie i wschodnie, które swój cień chciały rozszerzyć na Europę Środkową, zawsze musiały się liczyć z silną więzią między narodami węgierskim i polskim. Ta więź zawsze stanowiła przeszkodę przed ciemiężycielskimi planami zachodnimi i wschodnimi, dlatego zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie czyniono wszystko, by rozerwać te więzi. Podobnie myśleli w czasach mojej młodości także komuniści próbując w latach osiemdziesiątych wzbudzać wśród Węgrów nastroje przeciwko Solidarności. Fakt, że ich krecia robota nie osiągnęła celu, zawdzięczamy w dużej mierze Wacławowi Felczakowi, który już wtedy przyjaźnił się ze znaczącymi postaciami węgierskiej inteligencji od Sándora Csoóri do Árpáda Göncza, którzy zawsze wstawiali się swoim głosem i piórem za Polakami. On podczas komunizmu pełnił tę samą służbę kuriera, łącznika między Warszawą a Budapesztem, jak podczas II wojny światowej. Tak stał się z kuriera AK po czterech dziesięcioleciach ambasadorem Solidarności na Węgrzech. W ten sposób został on jedną z silnych więzi łączących naród polski i węgierski od czasów prehistorycznych poprzez Stefana Batorego i Józefa Bema aż do 1956 roku i do dziś.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Wacław Felczak, który napisał historię Węgrów, stał się nie tylko aktorem tej historii, lecz również postacią ją kształtującą. Czystym źródłem, którego nawet dzień śmierci przypomina naszą historię. Dziś wspólnie pochylamy głowę przed jego pamięcią, dziełem życia. To wszystko jest dobrze, wszystko jest w porządku, ale pytanie: czy moglibyśmy dziś śmiało spojrzeć w jego oczy? Według dzisiejszego stanu rzeczy – a przedmówcy także o tym mnie przekonywali – słuszną odpowiedzią byłoby: tak. Europa Środkowa dziś jest bliska tego, jak on chciał to widzieć. Nasz region próbowali wcześniej organizować Habsburgowie, następnie Niemcy, Sowieci. Jeżeli te wszystkie wzorce chciałbym porównać z tym wzorem, co dzieje się teraz, gdy ten region jest częścią obejmowaną i chronioną przez jedność Unii Europejskiej, wtenczas muszę powiedzieć, że ten stan jest dla nas korzystniejszy, niż był kiedykolwiek. Obecnie pełniona rola i siła naszego regionu w Unii Europejskiej, wspólne wystąpienia krajów wyszehradzkich w zagadnieniach reform europejskich i imigracji, wzrost gospodarczy w Europie Środkowej, to są zjawiska pokazujące najlepsze oblicze tego regionu. Jestem przekonany, iż Wacław Felczak byłby zadowolony, gdyby spojrzał na to, co dzisiaj widać. Dziś jesteśmy najbardziej stabilnym obszarem Europy w sensie gospodarczym, jak i politycznym, Środkowa Europa dziś przeżywa swój renesans, rozwija się wciąż, w dodatku dynamicznie. Nie pozwólmy na to, by nasi krytycy zamazywali dokładną interpretację obecnej sytuacji.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

To wszystko jest możliwe dlatego, ponieważ my, Polacy i Węgrzy zrozumieliśmy, że musimy swoje losy wziąć w swoje ręce. Historia dała nam szansę, abyśmy umocnili i rozszerzyli naszą wolność. Dano nam szansę, aby współdziałając ze sobą uczynili z Europy Środkowej region świata odnoszący największe sukcesy. Pracujemy obecnie nad tym, my kraje wyszehradzkie, bo mniejszego celu nie ma sensu sobie wyznaczyć. Zbliżamy się więc do Środkowej Europy Felczaka, natomiast jeszcze nie dotarliśmy całkowicie do miejsca, gdzie on chciałby widzieć ten region. Stąd moje przekonanie, że słuszną decyzją było nazwanie przez rząd polski i węgierski funduszu jego imieniem, który to fundusz będzie wspierać współdziałanie umysłowe polsko-węgierskie i który oba kraje będą dotować rocznie milionem euro.

Pragnę życzyć nam wszystkim, abyśmy dbali o to, co zostało dotychczas osiągnięte, bądźmy odważni i zdecydowani tak, jak był odważny i zdecydowany Wacław Felczak. Życzę wszystkim, abyśmy trzymali się szlaku przez niego wydeptanego!

Dziękuję Państwu za zaszczycenie mnie swoją uwagą!

Lut 28

Raport o stanie Węgier – przemówienie premiera Viktora Orbána – fragment

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!

Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej zachodnioeuropejskich fabryk.

Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.

Szanowni Panie i Panowie!

Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu.

Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.

Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. (oklaski) Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.

Szanowni Państwo!

Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. (śmiechy, oklaski) To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet takiej intencji.

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu jest martwa.

Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z którego chcieliśmy się wyrwać.

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy byli solidarni i pomagali.

Drodzy moi Przyjaciele!

To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też kamiennych mózgów. (śmiechy, oklaski) Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. (oklaski) Zamiast to zrozumieć, z Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle. (śmiechy)

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło lewicowych liberałów ze Związku Wolnych Demokratów – SzDSz]. (śmiechy, oklaski) To zaś oznacza, że prawdziwy problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony imigrantów. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.]

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!

Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim 2.0

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

za: http://wpolityce.pl

Paź 10

Węgierska droga do zwycięstwa Tom I – Jak okradziono Węgry

Węgry są najcenniejszym laboratorium reform w Europie, laboratorium stanowiącym pełny scenariusz reform gotowych do natychmiastowego wprowadzenia w Polsce po zwycięstwie sił patriotycznych. Węgry są dla nas tym ciekawszym wzorem, że przed dojściem do triumfu Orbána znajdowały się w jeszcze większym dołku niż dzisiejsza Polska. W pierwszym tomie “Jak okradziono Węgry” pokazuję jak bardzo ponure w przeważnej części były dzieje Węgier od 1989 r. Przypomnijmy kilka faktów, zbyt mało znanych w Polsce. Węgry, które w 1956 roku przeżyły brutalne stłumienie wielkiego powstania narodowego, w suwerennym kraju po 1989 roku stały się ofiarą aż trzech rządów jak najdalszych od wymarzonej wolności i upokarzających godność dawnych powstańców. Były to rządy Gyuli Horna, byłego ZOMO-wca (“kufajkarza”) z lat 1956-1957, Pétera Medgyessyego, b. agenta komunistycznego kontrwywiadu i skrajnego hochsztaplera Ferenca Gyurcsánya, tego, co wyznał : “kłamaliśmy rano, wieczorem i w nocy: i nazwał własne państwo “kur.. krajem”. Dodajmy do tego pierwszego prezydenta demokratycznych Węgier Árpada Göncza, b.więżnia komunizmu, a po 1989r. zdrajcę idei wolnościowych. Na dodatek Węgry, znacznie bogatsze od Polski w 1989 r., w następnych dziesięcioleciach stały się krajem Europy Środkowej najbardziej ograbionym przez zachodnie koncerny. To Węgry stały się główną ofiarą polityki Międzynarodowego Funduszu Walutowego w naszym regionie, jak to przedstawiam w oparciu o oceny wybitnych węgierskich polityków i ekonomistów. Przez wiele lat rządów koalicji postkomunistów i liberałów Węgry zostały tak zubożone, że tuż przed 2010 r. groził im los Grecji. I wtedy w stanie katastrofy doszło do triumfu V. Orbána, prawdziwego męża opatrznościowego Węgier. Chciałbym, aby opisy trudnych walk politycznych na Węgrzech od 1989 r. pobudziły odpowiednie refleksje porównawcze do sytuacji w Polsce. Węgry pokazały, że zbyt mocno płaci się za miękkość i niepotrzebne źle przygotowane kompromisy z siłami politycznymi, które działają wbrew węgierskim interesom narodowym ( vide pakt pierwszego prawicowego premiera Węgier Józsefa Antalla z partią liberałów SZDSZ). A zarazem dowiodły, że wygrywa się tylko na twardej niezłomnej, choć często ryzykownej, polityce, takiej jaką prowadzi Orbán.

Nowak Jerzy Robert

Wydawca:  Wydawnictow Maron
Rok wydania:  2015
Opis fizyczny:  A5, 200 s.
Oprawa:  okładka miękka

Paź 10

Węgierska droga do zwycięstwa Tom II – Rewolucyjne reformy V.Orbána

Rewolucyjne reformy V. Orbána ukazuje jak odważne i wielostronne są węgierskie reformy od 2010 roku i jak wiele jest przemilczeń i deformacji na ich temat w polskich mediach w czasie, gdy ciągle za mało jest gruntownych tekstów w stylu szkiców Grzegorza Górnego. A przy tym tom ten pokazuje jak potężna i podła zarazem była i jest nagonka na Węgry Orbána za to, że naruszyły interesy eksploatujących je zachodnich koncernów i stanęły do bezkompromisowej obrony węgierskich narodowych interesów. Trzeci tom : “W obronie patriotyzmu i religii” przedstawia najbardziej niedoceniony w Polsce, choć najistotniejszy czynnik triumfu Orbána – siłę jego tak żarliwego patriotyzmu i niezłomnej walki o godność węgierskiego narodu, o rozbicie spadku dziesięcioleci narodowego masochizmu. I drugi temat, ciągle w Polsce za mało ukazywany – znaczenie tak skutecznej walki Orbána i Fideszu o odrodzenie religii na Węgrzech. A także jakże godne zazdrości w Polsce jednoznaczne zaangażowanie wielu czołowych duchownych katolickich i protestanckich w obronie węgierskich reform. (Por. choćby cytowane już w drugim tomie fragmenty wspaniałego listu arcybiskupa Veszprém Gyuli Márfiego w obronie rządów Orbána przeciw napaściom kapitału anglosaskiego, etc. ). Dochodzi do tego szczegółowo przedstawiona w trzecim tomie istota orbanizmu jako splotu nieortodoksyjnych, “niepoprawnych politycznie” idei służących umocnieniu niezależności Węgier od obcych nacisków. Mam nadzieję, że pokazanie całości przesłania myśli i dokonań V. Orbána choć w jakiejś skromnej części pomoże w realizacji głoszonego od kilku lat hasła : “Dał nam przykład Viktor Orbán jak zwyciężać mamy “.

Nowak Jerzy Robert

Wydawca:  Wydawnictow Maron
Rok wydania:  2015
Opis fizyczny:  A5, 224 s.
Oprawa:  okładka miękka

Paź 07

Sojusz środkowoeuropejski to ratunek dla naszych krajów

Zachód oficjalnie pochwala regionalne związki i inicjatywy, ale w rzeczywistości stara się je storpedować, ponieważ woli manipulować naszymi krajami pojedynczo, zgodnie z rzymską zasadą „dziel i rządź”. Z Attilą Szalaiem, ekspertem Inytytutu Badań i Archiwum Transformacji Ustrojowej w Budapeszcie, byłym dyplomatą węgierskim, rozmawia Grzegorz Górny.

Mar 10

Stary świat, jaki znamy sprzed kryzysu finansowego w 2008 roku, już nie powróci

Każdego roku Viktor Orbán przedstawia raport o stanie państwa. Tym razem premier Węgier podsumował miniony rok podczas przemówienia wygłoszonego 27 lutego w Budapeszcie. Poniżej prezentujemy zapis jego wystąpienia.

Serdecznie witam Szanownych Państwa, Panie i Panowie! Pani Dalmo [wdowa po prezydencie Mádlu]! Panie prezydencie Pálu Schmitt z Małżonką!

Dziękuję panu przewodniczącemu [zarządu Fundacji na Rzecz Obywatelskich Węgier] za zaproszenie. Z uwagą wysłuchałem słów powitania, wygłoszonych przez przewodniczącego Fundacji – Zoltána Baloga, ministra i mojego przyjaciela, a poza tym kalwińskiego duszpasterza. Wysłuchałem i będę do nich nawiązywał. Sytuacja, w której się teraz znajduję, jest dobrze znana. Mówca w takim momencie, zanim rozpocznie swoje przemówienie, chciałby wcześniej słuchaczom coś jeszcze powiedzieć. Pierwsza moja uwaga byłaby następująca.

Pan przewodniczący wspomniał o tych powierzchownych, rezonerskich analitykach, według których obywatelskie Węgry są tylko politycznym produktem, a to podkopuje zaufanie zwolenników naszej wspólnoty politycznej. Rozumiem ten niepokój, ale od duchownych Kościoła reformowanego – nie mówiąc już o ministrach – oczekuję więcej wiary w siebie.

Wszak wysoko wznosimy nasz sztandar, każdy go widzi. Każdy widzi, że jesteśmy wspólnotą partii ludowej, opierającej się na fundamentach chrześcijańskiej demokracji. Obywatelskie Węgry są ideą, gwiazdą przewodnią tej wspólnoty. Nie sądzę, by w ciągu najbliższych stu lat w tej kwestii miała nastąpić jakaś zmiana.

Pan przewodniczący wspomniał również, że rządzenie, które opiera się na fundamencie wartości narodowych i chrześcijańskich – jeśli dobrze go cytuję – nie jest kwestią o charakterze politycznym, lecz sprawą osobistą. Nie chodzi w nim o pozycję czy rangę, ani o przywileje czy uzależnienie od władzy. Warto, żebyśmy sobie o tym przypominali, będąc u władzy. To sprawa kluczowa. W naszych rządach to kwestia podstawowa.

Oczywiście, musimy zaraz zaznaczyć: jesteśmy tylko ludźmi. Nie jesteśmy święci, choć mamy się o to starać, co nie zaszkodzi nawet reformatom kalwinistom; mamy swoje interesy, skłonności, mamy też oczywiście swoje upodobania. Nasza praca nie jest doskonała, choć również i o to winniśmy się starać.

Jednak pomimo wszelkich ułomności i niedoskonałości, w jednej rzeczy nie możemy zbłądzić: żadne osobiste ambicje, żadne jednostkowe ani grupowe interesy nie mogą wznieść się ponad interes ojczyzny, ponad służbę dla niej. To coś więcej niż poszanowanie prawa. Tu chodzi o coś mocniejszego niż przysięga złożona na Konstytucję. Tak, jak określił to pan przewodniczący, tu chodzi o sprawę osobistą, sprawę honoru, a jednocześnie o fundament prowadzenia polityki przez chrześcijańską demokrację.

W tym miejscu narzuca się pewna rada, ważna dla każdego polityka wyznającego idee chrześcijańskiej demokracji. Przytaczam: „Nie troszczcie się o to, czy Bóg jest z wami, ale o to, czy wy jesteście z Nim”. Życzę wiele sukcesów nam wszystkim!

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Jesteśmy tu zgromadzeni w sali centrum konferencyjnego Várkert Bazár [w parku zamkowym], jednego z najciekawszych, najbardziej szczególnych kompleksów architektonicznych kraju. Wszyscy wiedzą, jak wyglądał ten kompleks jeszcze parę lat temu: opuszczony, zamieniający się w ruinę, skazany na wyniszczenie – nie było tu nic innego, jak tylko gruz, chwasty i wstyd. W końcu, po wielu latach bezradności, zrodziła się odważna decyzja. To, co przez dekady podlegało tylko zniszczeniu i ruinie, lśni teraz na nowo dawnym blaskiem. Kompleks Várkert Bazár może stanowić symbol naszych rządów.

Szanowni, Panie i Panowie!

Dziś w pierwszym rzędzie chciałbym powiedzieć Państwu o tym, że cywilizacja europejska, Europejczycy, a szczególnie europejscy przywódcy stają wobec kłębowiska pytań. Śledząc życie polityczne Europy wyczuwam, że nie tylko brak na nie zadowalających odpowiedzi, lecz nawet nie jestem pewien tego, czy w ogóle zrozumieliśmy pytania, które nam zadają nasze czasy.

Oto pierwsze z nich. Czy epoka, w której tu i teraz znajdują się Europejczycy, to jeszcze ten sam okres kryzysu, rozpoczętego w 2008 roku, czy też żyjemy już w nowym świecie, powstałym po tym kryzysie finansowym? To nie wszystko jedno! Nie wszystko jedno, czy możemy żywić nadzieję, że to jeszcze epoka kryzysu, po której życie w Europie będzie mogło powrócić do przedkryzysowego porządku, który dziś już wydaje porządkiem czasów pokojowego dobrobytu? Czy też musimy się pogodzić z faktem, że to już inny świat, twardy, nieprzyjazny, i jeśli szybko czegoś nie zrobimy, to boleśnie zdewaluuje nasz stary, dobry kontynent. A jeśli sprawa tak się ma, to na darmo przestrzenie wolności europejskiej egzystencji, na darmo kuszący i budzący zazdrość styl życia, na darmo wspaniały skarbiec kultury – albowiem w wielkim światowym biegu konkurencyjności nasza Europa zostaje nieodwracalnie zepchnięta na boczny tor.

25 lat po cudzie roku 1990 we wschodniej części Europy słychać szczęk oręża. Na Południu drenażowe gospodarcze pakiety ratunkowe wywołują wzrost nastrojów anarchistycznych i wrogich Unii Europejskiej; jedna po drugiej pojawiają się skrajne, budzące niepokój partie. W zachodniej połowie kontynentu organizacje terrorystyczne rekrutują swych bojowników spośród żyjących tam imigrantów, a w tym samym czasie południowe granice Unii, w tym i nasze, zalewane są falami współczesnej wędrówki ludów, na co bezradnie patrzą coraz bardziej sfrustrowane państwa oraz ich rządy. Wszystko to dzieje się w takiej sytuacji gospodarczej, w której miliony obywateli Europy Zachodniej są przekonane, że muszą coraz więcej pracować za coraz mniejsze wynagrodzenie, jeśli w ogóle są w stanie utrzymać swoje miejsca pracy.

Europa zderza się z pytaniami, na które nie da się już znaleźć odpowiedzi w ramach liberalnego multikulturalizmu. Czy możemy przyjąć ludzi, spośród których wielu nie chce zaakceptować europejskiej kultury lub też z góry przybywa z intencją jej zniszczenia? W jaki sposób utraciliśmy i jak możemy odzyskać wspólną europejską ojczyznę, którą jest w stanie zaaprobować każdy naród Unii, Grecy i Niemcy jednocześnie?

Czy jesteśmy w stanie zatrzymać powrót upiorów zimnej wojny i tego, by oddalająca się od Europy Rosja ponownie stała się naszym wrogiem? A czy my, Węgrzy, jesteśmy w stanie stanąć w obronie niepodległości Ukrainy, bezpieczeństwa zakarpackich Węgrów, energetycznego bezpieczeństwa Węgier i naszych interesów gospodarczych jednocześnie?

Szanowni Państwo!

Naszym obowiązkiem, jako węgierskiego rządu powstałego w drodze wyborów, jest dać naszą własną odpowiedź, odpowiedź kraju, który jest członkiem NATO i Unii Europejskiej. Węgry muszą tak stawiać kroki, by móc pozostać miejscem bezpiecznym i pewnym w tym niepewnym świecie. Nasze odpowiedzi muszą być takie, byśmy mogli obronić nasze osiągnięcia, do których doszliśmy własnym potem i ciężką pracą oraz byśmy tym samym mogli stworzyć możliwości samorealizacji dla jeszcze większej liczby Węgrów.

Do tego wszystkiego, moi Drodzy Przyjaciele, Szanowni Panie i Panowie, potrzebna jest suwerenna i przejawiająca własną inicjatywę polityka zagraniczna. Suwerenna polityka zagraniczna ma swoje warunki, wymaga albo poważnej armii, albo osiągnięć gospodarczych; oczywiście, najlepiej gdy oba czynniki występują jednocześnie. Rozmiar i uzbrojenie naszej armii nie pozwalają na prowadzenie w oparciu o nią suwerennej węgierskiej polityki zagranicznej. Choć trzeba sobie uświadomić, że w Europie Środkowej na nowo rozpoczął się proces uzbrajania się. W roku 2010 zaś walczyliśmy o gospodarcze przetrwanie i wyjście z kryzysu gospodarczego, co pochłonęło wszystkie nasze siły.

Dlatego w 2010 roku mogliśmy prowadzić tylko taką politykę zagraniczną, która miała charakter dostosowawczy i naśladowczy, polegającą na pozostawaniu w tzw. głównym nurcie. Mogliśmy oczekiwać tylko tego, by od zewnątrz obroniła ona nasze działania na rzecz odzyskania gospodarczej samodzielności, odnowy i reorganizacji kraju. Tę misję, pod przewodnictwem [ministra] Jánosa Martonyiego, wypełniliśmy. Za to należą się mu podziękowania!

W roku 2014 sytuacja się zmieniła. Węgry zapisały kartę historii gospodarczego sukcesu, co powoli znajduje uznanie również w Europie. Nie możemy dalej spoza boiska obserwować, jak inni za nas kształtują naszą przyszłość. Dlatego ogłosiliśmy nową doktrynę, rozpoczęliśmy inicjatywną politykę zagraniczną. Przeprowadziliśmy stosowne zmiany organizacyjne i personalne, w centrum umieściliśmy zagraniczne stosunki gospodarcze, młodych, zdolnych ludzi z ambicjami rzuciliśmy na głęboką wodę. Starsi do udzielania rad, a młodzi do walki!

Wielu oczywiście zdumiewa ta suwerenna i pełna własnej inicjatywy polityka zagraniczna, zadziwia nasza nowa i samodzielna polityka europejska. Zdumiewa fakt, że oto zakończył się okres polityki braku zaangażowania i defensywy. Naturalnie, rzeczą oczywistą jest, że również w polityce zagranicznej ważne jest umiarkowanie, zwłaszcza w niej. Musimy wiedzieć, gdzie są nasze granice, byśmy nie skończyli jak Tygrys z „Kubusia Puchatka“, który przebrał miarę w podskakiwaniu.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Zaobserwowałem, że wcześniej często albo baliśmy się zagranicy, albo patrzyliśmy na nią z góry. Taki sposób myślenia i taki instynkt nie są godne Węgier, które wkrótce ponownie staną się liderem Europy Środkowej, i na które coraz pewniej można spoglądać jako na przykład sukcesu samodzielnej i odważnej polityki gospodarczej. Czas, byśmy nauczyli się traktować zagranicę jako równorzędnego partnera i tak też się czuć wobec niej.

Nie bójmy się walczyć o własną rację. Uwierzcie, Państwo, świat to doceni, spotka się to z uznaniem. Tylko w tym miesiącu nasz kraj odwiedził jeden prezydent, trzech premierów i dziewięciu ministrów spraw zagranicznych. Mieli swoje powody, by tu przyjechać, gdyż przywróciliśmy Węgry na polityczną mapę Europy. Socjaliści i liberałowie nazywają to wyizolowaniem w polityce zagranicznej.

Szanowni, Panie i Panowie!

Węgry w roku 2010 odpowiedziały na najważniejsze europejskie pytania. My już od 2010 roku żyjemy w tej przyszłości, do której wielu dopiero teraz wyrusza lub wcześniej czy później będzie się o to starało. Europa dziś jeszcze otacza się fosami politycznej poprawności, obmurowuje licznymi tabu i dogmatami. W przeciwieństwie do nich my dostrzegliśmy, że stary, przedkryzysowy świat już nie powróci.

Są rzeczy, które warto zachować z poprzedniej epoki, na przykład demokrację, i to w formie, w miarę możności, pozbawionej dodatkowych określeń. Trzeba zaś pożegnać się z tym wszystkim, co się nie sprawdziło, więcej – co poniosło klęskę. Trzeba to odrzucić, zanim zostaniemy przez to pogrzebani. My wybraliśmy przyszłość. Kto nie dokonuje wyborów, za tego wyboru dokonają okoliczności. Kto nie podejmuje decyzji, za tego zadecydują inni.

Dlatego też odrzuciliśmy neoliberalną politykę gospodarczą – być może w ostatniej godzinie. Odstawiliśmy politykę zaciskania pasa, unikając w ostatniej chwili losu Grecji. Pożegnaliśmy się z fałszywą ideą społeczeństwa multikulturowego, zanim uczyniłaby z Węgier obóz uchodźców. Odrzuciliśmy też liberalną politykę społeczną, która nie uznaje dobra wspólnego i odrzuca chrześcijańską kulturę, czyli jedyny naturalny fundament europejskiej organizacji społeczeństwa. Odrzuciliśmy również dogmat politycznej poprawności. Naraziliśmy się przez to wszystko na wiele niegodnych ataków i oskarżeń.

Uważam, że Węgier ze swojej natury jest politycznie niepoprawny, co znaczy, iż nie utracił jeszcze zdrowego rozsądku. Nie interesuje go gadanie, tylko fakty, pragnie wyników, nie teorii, chce pracy i tanich kosztów utrzymania, nie daje się nabrać na pseudozasadę, że bezrobocie jest naturalną częścią nowoczesnej gospodarki.

Chce się wyzwolić ze współczesnego niewolnictwa bankowego, do którego doprowadziły go kredyty dewizowe. Nie chce w swojej ojczyźnie tłumu ludzi z innych kultur i obyczajów, którzy są niezdolni do przystosowania się, stanowią zagrożenie dla porządku publicznego, dla jego miejsca pracy i utrzymania.

Oczywiście, nie powinniśmy być niesprawiedliwi wobec liberalnych ideałów, gdyż po roku 1990 przyczyniły się one do wielu dobrodziejstw dla Węgier, o które my sami też walczyliśmy. Czasy się jednak zmieniły, a my nie możemy być ślepi. Już György Bencze [liberalny filozof węgierski żydowskiego pochodzenia] nauczył nas tego, czego teraz doświadczamy każdego dnia na własnej skórze. To on powiedział nam, że liberałowie są bardzo tolerancyjni, i tylko w stosunku do faszystów są nieprzejednani. A że poza nimi wszyscy są faszystami…?

Oni nic nie mogą na to poradzić. Tak więc musimy przyjąć do wiadomości, że liberalna polityka zna tylko dwa rodzaje poglądów: po pierwsze – swój własny, po drugie – niesłuszny. Zapewne Państwo również jeszcze dobrze pamiętacie, że tak to było, tak to właśnie wyglądało, i wyciągnięte stąd wnioski doprowadziły nas do tego, że w roku 2010 Węgry podjęły nowy kierunek i nastała epoka polityki opartej na interesie narodowym.

Szanowni Państwo!

Każdy naród z płótna własnej historii stara się skroić taki model swego życia społecznego i gospodarczego, jaki będzie najbardziej odpowiedni dla jego typu. Znamy model fiński, austriacki, znamy też model bawarski. My też staramy się wypracować własny. Czy wszystko to, czego dokonaliśmy w ciągu pięciu lat, zasłuży na miano węgierskiego modelu, tego jeszcze wiedzieć nie możemy. Gdy przyjdzie czas, określą to nasi następcy.

Są jednak fakty, ważne fakty, osiągnięcia, które dają do myślenia, a nawet pewien dorobek, i wszystko to zachęca nas do dalszej pracy. Współczesny świat za prawdziwie rozstrzygające uważa fakty gospodarcze. Być może ma rację, ja jednak za ważniejsze uważam fakty związane z życiem. Na pierwszym zaś miejscu to, co zadecyduje o naszym biologicznym przeżyciu i trwaniu.

Drodzy Przyjaciele!

Życie na Węgrzech stawia przed nami fakty, które zaskakują nawet największych optymistów. W zeszłym roku przyszło na świat więcej dzieci, niż w którymkolwiek roku w ciągu ostatnich pięciu lat. Wskaźnik dzietności, czyli statystyczna średnia liczby dzieci w rodzinie, w roku 2014 wyniósł 1,41, co stanowi najlepszy wynik od roku 1997, choć to wciąż zbyt mało. Od roku 2010 sukcesywnie wzrasta liczba zawartych małżeństw, tylko w roku 2014 wzrosła o 9 proc. Dla przypomnienia: w latach 2002-2010 liczba zawieranych na Węgrzech małżeństw spadła o 23 proc.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Liczba rozwodów w latach 2010-2013 spadła o 15 proc. Liczba aborcji sukcesywnie spada, od roku 2010 o 20 proc. Od 1954 roku liczba aborcji nie była tak niska, choć trzeba przyznać, że to wciąż dużo. Do tego dochodzi fakt, że od 1974 roku liczba zgonów nie była tak niska jak obecnie. W 2014 roku, w porównaniu z rokiem 2010, odeszło od nas o 4300 ludzi mniej.

W tle przytoczonych danych odnajdziemy rodzinne ulgi podatkowe, dodatkowe zasiłki wychowawcze, ulgi na zakup mieszkania, o 25 proc. więcej miejsc w żłobkach oraz projekt ochrony miejsc pracy. Nasi krytycy powiedzą oczywiście, że rząd nie ma z tym nic wspólnego. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że gdy coś na Węgrzech się psuje, to jest to nasza wina, a gdy coś zaczyna się poprawiać, to dzieje się to już bez naszego udziału. Lecz nie to jest najważniejsze, w końcu rządzenie to nie konkurs próżności.

A jeśli dla kogoś próżność jest mimo wszystko ważna, to niech to swoją „hybris“ [po grecku pycha] trzyma na wodzy. Istotne jest to, że w końcu możemy mieć nadzieję, iż Węgrzy pokładają więcej ufności w przyszłość i że wzrosła w ich oczach wartość życia. Panie przewodniczący, znów uczyniliśmy jeden krok w stronę obywatelskich Węgier.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Zagranica długo nie mogła się zdecydować, czy idące własną drogą Węgry uważać za czarną owcę, czy też uznać je za przykład europejskiego sukcesu. Nijak nie podobało się docenić osiągnięć Węgier, które nie przyjęły cudownych porad płynących z zagranicy. Analitycy raz tak, raz siak drapali się w głowę, każde oryginalne węgierskie rozwiązanie otrzymywało przynajmniej dziesięć krytyk, ale jak mawia stary seklerski góral: „Tyle się należy“.

Tak to się działo aż do ostatniego czasu, gdy wraz z przeforintowaniem kredytów dewizowych, uratowaliśmy jednocześnie kredytobiorców i system bankowy. Podziękowania za to należą się Györgyowi Matolcsyemu, szefowi banku narodowego! Dziś już w stolicach świata za naturalne uważa się, iż Węgrzy raz po raz toczą bitwy o niezależność. Oczywiście, oni nie cieszą się z tego, ale pojęli, że Węgrzy wszystko robią inaczej. Ten typ tak ma, taka już ich uroda. Tak mniej więcej można opisać sytuację, w której się znajdujemy.

Ludzie z zagranicy widzą, że choć jesteśmy ludem niespokojnym, który w dodatku co i rusz lata do Brukseli, by denuncjować własny rząd, to przynajmniej w końcu sam rozwiązuje swoje problemy. Prawdą jest, że lud ten z trudem znosi podwójne miary, z tego powodu czasem ogarnia ich szał, lecz cóż, każdy ma jakąś manię. Węgrzy przynajmniej nie proszą o ulgi czy wyjątki w przestrzeganiu powszechnych zasad, nie liczą na niemieckie pieniądze i w końcu osiągają oczekiwane efekty gospodarcze.

Rzeczywiście, Szanowni, Panie i Panowie, wartość płac od dwóch lat systematycznie wzrasta. W 2014 roku podniosła się o 4 proc. Zatrudnienie bije rekordy. W zeszłym roku pracowało o 210 tys. osób więcej niż w roku poprzednim, zaś od 2010 roku pracuje więcej o 455 tys. ludzi. Właśnie dziś ogłoszono, że Opel w roku bieżącym zatrudni 500 nowych pracowników, zaś w Szolnoku, w nowym zakładzie w krótkim czasie zostanie zatrudnionych 500, a w dalszej perspektywie 1000 ludzi.

Dodatkowo, w 2014 roku dzięki ulgom rodzinnym oraz ulgom w płaceniu składek okołopłacowych w portfelach węgierskich rodzin pozostało 236 miliardów forintów. W tym samym czasie wzrosły przychody z wszelkich rodzajów podatków. Wygląda na to, że w końcu ukrywanie przychodów przestało być modne i nie opłaca się ich ukrywać.

Wraz z wycofaniem kredytów dewizowych przeforintowaliśmy pożyczki o wartości 3,6 miliarda forintów, tym samym obroniliśmy pół miliona rodzin i zażegnaliśmy katastrofę krajowego systemu finansowego, zaś rodziny uchroniliśmy przed nowymi należnościami kredytowymi, które wyniosłyby łącznie 700 miliardów forintów.

Jest jeszcze coś, co wszystkich w oczy kole: wzrost węgierskiej gospodarki w 2014 o 3,5 proc. To sporo więcej niż przeciętna krajów Unii Europejskiej. Dzięki temu w Europie znaleźliśmy się wśród prowadzących.

Zatrzymaliśmy też wzrost cen. W istocie i w ogólności nie podniosły się one, co nie miało miejsca od lat sześćdziesiątych. To oznacza, że osoby w wieku poniżej 50 lat pierwszy raz w życiu doświadczyły czegoś takiego. Każdy wie, że inflacja to ukryty podatek obciążający ubogich, tak więc niska inflacja to zysk najuboższych.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Wzrosła również wartość majątku pieniężnego Węgrów. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale na Węgrzech wartość tego majątku wynosi 27.910 miliardów forintów. Zaczęliśmy też w końcu sami kupować państwowe papiery wartościowe i tym sposobem wartość całości długu, będąca u właścicieli krajowych, wzrosła do 48 proc. – czyli taka część długu państwa jest w węgierskich rękach.

Dla mnie szczególnie ważne jest to, co stało się z emeryturami. W 2010 roku osobiście zobowiązałem się do obrony ich wartości. Udało się to spełnić, co więcej – w latach 2011-2014 emerytury wzrosły łącznie o 19 proc. To oznacza, że jesteśmy już blisko wartości tzw. trzynastej emerytury, którą zabrał emerytom jeszcze rząd Bajnaiego. Inaczej mówiąc, możemy mieć nadzieję, że wkrótce odzyskają oni to, czego pozbawił ich rząd socjalistów.

Nasz rząd szanuje czterdziestoletnią pracę kobiet, mówiliśmy o tym w czasie wyborów roku 2010, i w zeszłym roku 120 tys. kobiet w ten sposób otrzymało emeryturę. Mam nadzieję, że tym samym tyle samo rodzin zostało wspartych przez babcie mogące pomagać dzieciom.

Obroty handlowe w roku minionym wzrosły w takim stopniu ostatnio w 2004 roku – o 5,2 proc. Na koniec wspomnę o turystyce, która także miała znaczący wynik: w ciągu jednego roku liczba przyjeżdżających wzrosła o 13 proc., gdy tymczasem w Europie Środkowej zanotowano spadki. Węgierski wzrost jest trzykrotnie większy od średniej unijnej. A to, co najważniejsze dla przyszłości – inwestycje wzrosły o 14 proc., czego nie było od 17 lat. Rzecz jasna, można przerzucać dane, wyliczać sukcesy, ale skromność nie zaszkodzi, byśmy nie wzorowali się na wujaszku Mózsi, starym, dobrym seklerskim góralu, który na pytanie, czy to prawda, że zna się na wszystkim, odpowiedział: „Na wszystkim też“.

Cóż, Szanowni, Panie i Panowie!

Pewnego razu zapytałem premiera Erdogana, dlaczego spory wokół Turcji są tak głośne. To było podchwytliwe pytanie, ale Państwo na pewno to wyczuwacie. Erdogan odpowiedział, że zagranica, nawet największe kraje, muszą zrozumieć, iż Turcy chcą tylko jednego – oni też chcą być paszami w swoim własnym kraju.

To trafne sformułowanie narodowej niezawisłości. Nie możemy odnosić sukcesów, co gorsza – możemy być tylko sługami w naszej własnej ojczyźnie, jeśli nie będziemy posiadali suwerenności. Narodowa suwerenność to sprawa fundamentalna. Suwerenność narodu daje mu lepsze życie, dlatego suwerenność jest naszym podstawowym egzystencjalnym interesem.

Szanowni Państwo!

Spoglądając na osiągnięcia węgierskiej gospodarki w szerszym horyzoncie, możemy dostrzec ciekawą rzecz. Analizując naszą gospodarkę w świetle półwiecza lat 1960-2010, stwierdzamy, że była ona zdolna do szybkiego rozwoju tylko przy znaczącym zadłużaniu się z zewnątrz. Historyczne znaczenie dzisiejszych wyników Węgrów kryje się w tym, że wzrost, rozpoczęty w roku 2014, nie tylko nie zepsuł naszego bilansu w handlu zagranicznym, lecz jego nadwyżka nawet wręcz wzrosła na naszą korzyść. Innymi słowy, upraszczając: po wielu dekadach, a może nawet pierwszy raz od stu lat węgierska gospodarka wzrasta nie z zadłużenia, nie z branych za granicą kredytów. To prawdziwy gospodarczy przełom. A idzie tu o wiele więcej niż tylko o dobre zarządzanie, które nie wystarczyłoby do osiągnięcia przełomu.

Szanowni, Panie i Panowie!

Tu i teraz naród osiągnął dojrzałość. Stał się dojrzały w sensie finansowym. Zarówno państwo, jak i przedsiębiorstwa oraz gospodarstwa domowe zaczęły postępować tak, jak to przystoi odpowiedzialnemu i dorosłemu człowiekowi. Dogłębnie analizują sytuację i podejmują rozumne decyzje, które realizują w sposób zdyscyplinowany. Możemy to po prostu określić mianem solidarności – solidarności budowanej na wspólnym zaufaniu. Dzięki niej uniknęliśmy najgorszego i dzięki niej uprawniony jest nasz apetyt na dalsze sukcesy. Oczywiście, w opinii opozycji, jeśli nawet część tych gospodarczych wieści jest prawdą, to rząd nie ma z tym wiele wspólnego, po prostu miał szczęście.

Są jednak też krytyki, które trzeba potraktować poważniej. Niektórzy uważają, że pewne narzędzia mają charakter tylko przejściowy – np. podatki nałożone na określone sektory – i z tego powodu dzisiejszego sukcesu nie można będzie utrzymać. My zaś uważamy, że po naprawieniu finansów przyszła gospodarcza restrukturyzacja i reorganizacja, po nich nastąpił rozwojowy przełom, który przyniósł budżetowi nowe przychody, zmniejszają się koszty oprocentowania zadłużenia, jednocześnie wzrasta zatrudnienie, a wszystko to w dłuższej perspektywie umożliwi utrzymanie systemu lub – jak oni mówią – utrzymanie kursu. To wszystko jest dobrą wiadomością, lecz irytuje partie opozycyjne, gdyż gasi ich nadzieje na władzę i skazuje je na to, że jeszcze długo w sali balowej będą sprzedawać pietruszkę.

Szanowni Państwo!

A teraz chciałbym powiedzieć, jaki nasz rząd stawia sobie cel na pozostałe trzy lata tej kadencji, jaki jest sens tej kadencji, jaka jest nasza misja. Inaczej mówiąc: o co walczymy? Oczywiście poza tym, by socjaliści nie powrócili do władzy i by nie trzeba było wszystkiego zaczynać od początku, co już przerabialiśmy, kosztem potu i łez.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

My pragniemy kraju, w którym każdy odnosi sukces, a dziś jeszcze nie każdy tego doświadcza. Jest bardzo duża grupa ludzi, którym jeszcze do tego daleko. Nazywano ich już ofiarami transformacji systemowej, ludźmi żyjącymi tylko z płacy czy z pensji lub najemnikami. Osobiście określam ich jako ludzi ciężko pracujących.

Najbliższe lata powinny być poświęcone właśnie tym, ciężko pracującym każdego dnia ludziom i ich rodzinom. Na ich rzecz sporo już uczyniliśmy, ale potrzeba jeszcze więcej. Teraz trzeba wspierać tych, którzy nie tylko kochają Węgry, ale dla nich pracują i chcą pracować. Trzeba z ich drogi usunąć wszelkie przeszkody. Węgierskie społeczeństwo nigdy więcej nie może być jak dom, w którym między piętrami nie można się przemieszczać, bo winda jest zepsuta, a klatka schodowa zawalona.

Jeśli tak jest, to musimy ją odbudować lub przynajmniej postawić drabinę dla tych, którzy chcą się wspiąć wyżej. Mówię teraz o tych, którzy dzień w dzień ciężko pracują, by utrzymać swoją rodzinę, zapłacić rachunki i podatki, uczciwie wychować swoje dzieci. Mówię o tych, bez których kraj nigdy nie będzie mógł do niczego dojść. Podejmiemy takie decyzje, które tym ludziom ułatwią życie.

Chcemy, by każdy, kto pracuje, mógł coraz łatwiej się utrzymać ze swojej pracy. Chcemy, by ludzie widzieli nie tylko potrzebę własnej pracy, ale również jej sens, tak by mogli planować w dłuższej perspektywie. Dlatego wzrośnie ulga podatkowa na dwójkę dzieci, dlatego rusza program tworzenia domu, dlatego po pedagogach przygotujemy „model kariery zawodowej” dla policji, wojska oraz dla pracowników państwowych.

Dlatego zwiększamy płace lekarzom rodzinnym. Dlatego budowane są nowe przedszkola i dlatego wprowadzony zostanie nowy system kształcenia zawodowego. Dlatego też nasze dzieci otrzymają w szkołach darmowe posiłki. I dlatego wreszcie staramy się doprowadzić do końca długofalowy program wzrostu płac, prowadząc rozmowy w pracodawcami i pracownikami. Ufam, że izby przedsiębiorców i związki zawodowe będą do tego zdolne. Oczywiście, trzeba będzie je ochraniać. Mamy już w tym poważne doświadczenia.

Trzeba obronić ciężko pracujących Węgrów, by nie zostali wykorzystani i oszukani. Obronimy ich przed tymi, którzy chcą nadużyć swej przewagi siłowej oraz przed tymi, którzy chcą się wzbogacić na pracownikach, zabierając im to, co oni wypracowali. Dlatego doprowadzimy do końca rozliczanie banków, obronimy obniżki cen energii i utrzymania, również wobec takich zawoalowanych brukselskich intencji, jakie ukryto w aktualnie przedstawionych planach unii energetycznej.

To nasza misja na najbliższe lata. Mogę ją również wyrazić w ten sposób, że trzeba wprowadzić setki tysięcy ciężko pracujących Węgrów do obywatelskiego społeczeństwa, dla nich i dla ich dzieci trzeba zrobić miejsce w świecie Węgrów odnoszących sukces.

Ale, Szanowni Państwo, nie można tego robić tak, jak to mają w zwyczaju socjaliści: nabiorą pełen wóz kredytów, pieniądze rozdadzą w postaci zapomóg lub jednorazowych podwyżek płac, jak to zrobili w 2003 roku, i w ten sposób rozkładają narodową gospodarkę. My możemy wspierać rzeczywisty postęp tych, którzy są w tyle, tylko zachowując wzrost gospodarczy, przy jednoczesnym poprawianiu naszej konkurencyjności.

Znamy opinię temu przeciwną, twierdzącą, że to prawie niemożliwe, gdyż w gospodarkach rozwiniętych wszystko zmierza właśnie w kierunku odwrotnym. Ci, którzy są na górze, wznoszą się na jeszcze wyższy poziom, a ci, którzy są na dole, spadają jeszcze niżej. Może tak dzieje się u nich, ja jednak mam pewien ukryty przykład, osobę będącą dla mnie wzorem, którym posługuję się jako argumentem decydującym, jak asem atutowym.

To pewna Węgierka, pani stomatolog, bynajmniej nie nastolatka, tylko matka trójki dzieci, która już kilka razy przebiegła liczący 245 km ultramaraton z Aten do Sparty, pobijając światowy rekord. To nie zawodowa atletka, lecz matka trojga dzieci, węgierska dentystka. Przekładając to na węgierską politykę oznacza to, że u nas „niemożliwe” nie jest uważane za istniejący fakt, lecz tylko za czyjeś mniemanie.

Można oczywiście zauważyć, że praca, którą musimy wykonać, to rzecz o wiele bardziej skomplikowana niż całkowicie wyczerpujący bieg. Jest i w tym prawda. Kiedyś zapytano Jana Sebastiana Bacha, jak potrafi grać na tak skomplikowanym instrumencie, jakim są organy. „Dlaczego skomplikowanym?“, oparł mistrz, dodając: „Trzeba tylko wiedzieć, kiedy nacisnąć który klawisz, a dźwięk sam wychodzi.“ Tak więc tyle o naszych szansach.

Moi Szanowni, Panie i Panowie!

Muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Uważam, że obowiązkiem rządu jest przygotowanie Węgier nie tylko na jutro, lecz także na pojutrze. Węgry muszą się przygotować na nieuchronne zmiany klimatyczne, muszą się przygotować na nową falę przełomów technologicznych, w tym na nowe osiągnięcia medycyny genetycznej, które odtrąbił Londyn w ostatnich dniach.

Musimy pamiętać, że rewolucja przemysłowa postępowała powolnymi falami, rewolucja technologiczna zaś jest jak fala powodziowa. Każdej gałęzi przemysłu narzuca konieczność całkowitej transformacji. Pozostaje faktem, że najlepiej na skutki zmian technologicznych wpływać potrafią rządy państw.

W związku z tym rządy, a więc i rząd węgierski, muszą stać na czele zmian, by zachęcać sektor prywatny do kreatywności i innowacyjności, przy jednoczesnym zapewnieniu obywatelom dostępu do narzędzi potrzebnych w wyścigu konkurencyjności. Kierowanie pracami nad tym nasz rząd powierzył panu profesorowi Józsefowi Pálinkásowi. My sami nie, ale nasza przyszłość jest na pewno w jego rękach.

Panie i Panowie!

Na zakończenie jeszcze pewna rzecz, która daje do myślenia. Niewiele ponad tydzień temu w jednym w okręgów odbyły się wybory uzupełniające do parlamentu. Gładko je przegraliśmy. Od dłuższego czasu nic takiego nam się nie przydarzyło. Moglibyśmy spojrzeć na wynik od strony pozytywnej: oto kandydat niezależny zwyciężył w starciu z rządzącą partią, posiadającą większość konstytucyjną (2/3), co oznacza, że ustawa o ordynacji wyborczej jest dobra, dobrze działa, dając szansę kandydatowi słabszemu.

Nie może też być większego problemu z demokracją, jeśli coś takiego może się zdarzyć, nie mówiąc już o wolności mediów, bez której jakże mógłby wygrać „niezależny socjalistyczny“ kandydat? Na dodatek straciliśmy większość 2/3, towarzysze z Zachodu mogą w końcu odetchnąć, widząc, że jesteśmy dobrymi demokratami, bo tam dobry demokrata to ten, który przegrywa, a jeśli nawet wygrywa, musi być słaby. To nie żart, a raczej – mówiąc stosownie do sytuacji – to „gotowy żart” [aluzja do nazwiska lewicowego polityka, który zwyciężył w Veszprém, o nazwisku Kész, czyli „Gotowy“]. Jednak gdybyśmy z tej przegranej tylko tyle widzieli, tylko tyle zrozumieli, to nie bylibyśmy szczerzy ani wobec ludzi nas popierających, ani wobec samych siebie.

Zauważam, że część naszych wyborców – i musimy potraktować to bardzo poważnie, bo to niemała część – nie stanęła przy nas. Z całą pewnością są z nas niezadowoleni. Sam słyszałem opinie mówiące, że rząd nie zachował właściwych proporcji pomiędzy sporem, porozumieniem i ugodą a działaniem. Prawdopodobnie w przyszłości potrzeba będzie więcej rozmów i konsultacji. Lecz kryje się w tym chyba jeszcze coś innego. Chyba za mało walczyliśmy, a przynajmniej nie walczyliśmy wystarczająco dobrze.

To, co powiedziałem powyżej, było jeszcze zrozumiałe i możliwe do przyjęcia. Wszyscy uważalibyśmy za naturalne, pożądane i – przyznajmy szczerze – za wygodne, gdyby po drugim wielkim zwycięstwie wyborczym przyszedł okres wytchnienia. Powiedzmy: trzy lata skupienia się na rządzeniu, bez ciągłego wojowania, a na koniec rok kampanii wyborczej, czas wzmożonego wysiłku. Tak to sobie wyobrażaliśmy. Marzenie, marzenie, słodkie marzenie.

Dziś już widzimy, że nie będzie ani chwili spokoju, lecz nieustanne i niemiłosierne ataki, ciągła kampania negatywna. Nie wolno nam tego lekceważyć, nie pomogą tu parlamentarne proporcje. Musimy się uczyć na własnych doświadczeniach: w ten sposób przegrał rząd Józsefa Antalla, podobnie w 2002 roku wygrali z nami socjaliści i powrócili do władzy. Jeśli nie będziemy czujni i rozumni, dojdzie do tego, że o korupcję będą nas oskarżać ci, którzy rozkradli kraj. Jeszcze tego brakowało, aby nazywali nas arogantami ci, którzy sami przyznali się wprost przed całym krajem, że zamiast rządzić, kłamali dniem i nocą. Dojdzie do tego, że komunistyczni miliarderzy będą nas pouczać, jak nie należy się bogacić, a nad ubogimi krokodyle łzy wylewać będą ci, którzy zabrali im emerytury i płace, a setki tysięcy ludzi skazali na zasiłki dla bezrobotnych. Jeszcze tego brakowało, by kazania o poczuciu obowiązku prawili nam ci, którzy dopuścili się nieodpowiedzialności stulecia, zaciągając zagraniczne pożyczki.

Słowem, moi Drodzy Przyjaciele, bądźmy na nowo rozsądni. Nie spoczywajmy na laurach. Podnieśmy się z foteli, zanim nie będzie za późno i bierzmy się do roboty. Tylko wtedy będą tu obywatelskie Węgry, jeśli każdy, dla kogo to ważne, będzie na rzecz takich Węgier pracował. Radzę, byśmy nie grymasili, tylko wzięli się do roboty. Jeśli coś się komuś nie podoba, jeśli chcemy czegoś innego, mówmy to sobie otwarcie tak, jak to nam przystoi.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Pamiętajmy, że ten, kto wierzy, iż w demokracji istnieje coś takiego, jak ostateczne zwycięstwo, grubo się myli. Tylko komuniści wierzyli, że możliwe są ostatni bój i ostateczne zwycięstwo. Wszyscy widzimy, dokąd ich to zaprowadziło. W demokracji, w świecie obywatelskim każdego dnia na nowo trzeba walczyć o zaufanie i uznanie. Jeśli pragniecie obywatelskich Węgier, a przecież takich Węgier chcemy, to teraz jest czas ponownie o nie zawalczyć.

Walczyć zaś można tylko razem, a nie jeden przeciw drugim, gdyż w jedności jest siła, jeden mamy obóz i ten sam sztandar. Pewnego razu uczeń zapytał mistrza: „Czy jeszcze długo trzeba czekać na to, by sprawy obróciły się na lepsze?“ Na co mistrz odrzekł: „Cóż, jeśli będziemy czekać, to bardzo długo.“

Jó reggelt, Magyarország! Jó reggelt, magyarok! Dzień dobry, Węgry! Dzień dobry, Węgrzy! Viktor Orbán

(tłum. HPA)

za: http://wpolityce.pl/swiat/236636-viktor-orban-stary-swiat-jaki-znamy-sprzed-kryzysu-finansowego-w-2008-roku-juz-nie-powroci-tylko-u-nas

Sty 19

Węgrzy dali sobie radę z kredytami we frankach

Do skokowego wzrostu wartości franka szwajcarskiego doszło wczoraj po ogłoszeniu przez szwajcarski bank centralny (SNB), że nie będzie już w żaden sposób interweniował na rzecz utrzymania określonego kursu swojej waluty. Uwolnionego franka świat finansów natychmiast zaczął wyceniać znacznie wyżej – wartość waluty w ciągu kilku godzin poszybowała w górę. Także w stosunku do złotówki. Frank zyskał wczoraj w stosunku do złotego około 20%, drożejąc z 3,53 zł do 4,32 zł, choć przed korektą doszedł nawet do 5,14 PLN. Według wycen z wczorajszego wieczora polski złoty stracił wobec franka najwięcej spośród wszystkich walut Unii Europejskiej, pikując nawet niżej niż wrażliwy węgierski forint.

Oczywiście skokowy wzrost wartości franka to wielkie niebezpieczeństwo dla wszystkich zadłużonych w tej walucie. Sprawa dotyczy szczególnie wrażliwej sfery kredytów mieszkaniowych wobec wartości których nawet niewielka aprecjacja franka oznacza poważny wzrost obciążenia budżetu gospodarstwa domowego. Jeszcze październiku zeszłego roku Związek Banków Polski przyznał, że problem ze spłatą kredytów we frankach ma 20 tys. gospodarstw domowych. Szacunki te uznać należy za zaniżone, biorąc pod uwagę, że w 2008 roku, przed wybuchem kryzysu, struktura kredytów udzielanych w Polsce wyglądała tak, że 68,6% stanowiły te udzielone właśnie w szwajcarskiej walucie (rok później było to już tylko 17,2%, a w 2010 r. – 5%).

Przyjęta przez Komisję Nadzoru Finansowego Rekomendacja S dotycząca kredytów walutowych, pozwala określić jako krytyczny (przy kredytach wartości około 300 tys. złotych) poziom wartości franka 4,6 PLN. Niebezpiecznie się do niego zbliżyliśmy. Sprawa dotyczy ponad 600 tys. Polaków. Ich niewypłacalność, wraz z wejściem w życie nowej, łatwiejszej w wykorzystaniu ustawy o upadłości konsumenckiej, może doprowadzić do poważnych kłopotów sektora finansowego. Przede wszystkim jednak pauperyzacja związana ze stratą dachu nad głową to ogromny problem społeczny.

Węgry kontra banki

Z problemem takim szybciej zetknęli się Węgrzy, bo też kryzys finansowy, z różnych względów wewnętrznych i zewnętrznych, szybciej doprowadził do poważnych kłopotów forinta. Szczególnie w roku 2011. Ponieważ skala kredytów udzielanych w szwajcarskiej walucie była na Węgrzech w ubiegłej dekadzie proporcjonalnie znacznie większa niż w Polsce problem okazał się nabrzmiały – hipoteczne kredyty w szwajcarskiej walucie wzięło bowiem nad Dunajem i Cisą aż 600 tys. osób (w kraju z 10 milionami mieszkańców). Ponieważ rządzący od wiosny 2010 r. Viktor Orbán zetknął się z niechęcią banków do rozmów, jego partia – FIDESZ w 2011 r. po prostu przeforsowała w parlamencie ustawę, która częściowo ulżyła kredytobiorcom hipotecznym, zezwalając im na wcześniejszą spłatę należności po kursie o około 33% procent niższym od ówczesnego kursu rynkowego.

Jednak w grudniu 2013 r. węgierski Sąd Najwyższy zakwestionował nowe prawo wyrokując, że władze nie miały prawa przerzucać kosztu ryzyka kursowego na instytucje finansowe. Dla Orbána nie było to jednak powodem to kapitulacji i rząd natychmiast zaczął szukać nowych metod pomocy zadłużonym. Rządząca koalicja pogroziła przy tym, że zawsze może rozważyć wprowadzenia regulacji podobnych do uchwalonego jeszcze w 2010 r. specjalnego, „kryzysowego” podatku bankowego, który kosztował te instytucje finansowe setki miliardów forintów. Ostatecznie rząd doprowadził finansistów do stołu rokowań czego efektem była nowa, przyjęta w listopadzie zeszłego roku ustawa, która przewalutowała dewizowe kredyty na forinty po sztywnym kursie 256 forintów za franka i 309 forintów za euro. Oczywiście były to zasady mniej korzystne niż zakwestionowana ustawa z 2011 r., choć w obecnej sytuacji okazują się zbawienne. Wczorajsza aprecjacja franka w stosunku forinta, który osiągnął swoje historyczne maksimum tej relacji, doprowadziła do wzrostu jego wartości z 266 do 315 forintów. W dodatku kredytobiorcy spłacający dług dłużej niż 10 lat otrzymali na mocy ustawy rekompensatę w postaci niższych rat, których koszty poniosą same banki. Tym samym całkowita wartość tych kredytów – 3,4 biliona forintów czyli 47,1 miliardów złotych po wejściu w życie ustawy zmaleje o około 12 miliardów. Oblicza się, że wartość miesięcznej raty kredytu spadnie dla zadłużonych Węgrów średnio o 20-25%.

Problemem pozostają ciągle kredyty inne niż hipoteczne. Na przykład popularne swego czasu kredyty dewizowe na zakup samochodu, które ciągle obciążają 113 tysięcy Węgrów, ale znając determinację władz, także i ten węzeł może doczekać się przecięcia. Rzecznik rządu Zoltán Kovács w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” w listopadzie wyraził nadzieję, że kredyty dewizowe w ogóle znikną z jego kraju.

Działania władz węgierskich w sprawie kredytów udzielonych w obcych walutach wpisują się szerzej w ogólną linię asertywnej postawy wobec międzynarodowej finansjery i jej zagranicznych, zachodnich protektorów. Niestety trudno dostrzec taką postawę w polityce władz polskich.

Karol Kaźmierczak

Photo credit: More pictures and videos: connect@epp.eu / Foter / CC BY

Cze 07

GAZETA POLSKA, która w styczniu ogłosiła Orbána Człowiekiem Roku, dziś go OBRAŻA

Oto tytuł tekstu Ryszarda Czarneckiego: „On uwiarygodnia Rosję. Robi poważny błąd” lansowany na głównej stronie portalu niezalezna.pl.

W środku jest tylko gorzej:

Viktor Orbán już wcześniej wyraźniej robił ementem uwiarygodniania Rosji. (…) Rosja znalazła czy kupiła adwokata. Jest to rzecz niesympatyczna.

Najpierw warto zwrócić uwagę na to, kto stawia zarzut wysługiwania się Moskwie węgierskiemu premierowi. Ryszard Czarnecki sam spełnia kryteria „resortowego dziecka" – jest synem Henryka Czarneckiego, PRL-owskiego reżysera, członka PZPR i potem SLD. To, że europoseł PiS nadal dobrze czuje się w tym środowisku, potwierdza jego ślub w 2010 roku z córką gen, Hermaszewskiego, działacza PZPR, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i SLD. Biografia polityczna Ryszarda Czarneckie­go sprawia, że zarzut sprzedajności wobec węgierskiego przywódcy jest więcej niż „niesympatyczny”. Obecny polityk PiS sam „kręcił się” w bardzo usłużnym wobec Moskwy środowisku. W 1987 r. wraz z Korwin-Mikkem zakładał UPR, co jak się później okazało, było projektem rozbijackim wobec polskiej prawicy, miało kanalizować entuzjazm młodych ludzi i sprowadzać ich na manowce polityki. Sam JKM nigdy nie wypowiedział się w waż­nych dla Moskwy sprawach wbrew jej linii. Kolejny przystanek Czarneckiego – ZChN – wsławił się agenturalną przeszłością swego lidera oraz umową gazową ministra Goryszewskiego z roku 1993, niezwykle korzystną dla Gazpromu. O moskiewskich powiązaniach jednego z następnych przytulisk R.Cz., Samoobrony, nie ma potrzeby tu pisać. Czy jednak krytyka Viktora Orbána nie jest pozbawiona merytorycznej słuszności? By odpowiedzieć na to pytanie, musimy zmienić kryteria, do których przyzwyczaili nas nasi politycy. Wszyscy nasi „mężowie stanu" uprawiają „politykę bluszczową”, jak to ujął Marszałek Piłsudski. Znajdują sobie zagraniczną „tyczkę" wokół której się owijają i to nazywają polską racją stanu. W zależności od opcji Polska prowadzi politykę proniemiecką, prorosyjską, proamerykańską, probrytyjską, profrancuską czy proizraelską. Jeśli więc przyjmiemy, że teraz Polska powinna prowadzić politykę proamerykańską, bo tylko USA mogą nas obronić przed Rosją, to zarzut przeciw Orbánowi ma rację bytu. Warto jednak podkreślić, że to interesy USA są w tej optyce kluczowe, a nie sprawa polska. Może się okazać, że USA stracą nagle zainteresowanie konfliktem z Rosją i wtedy nasza polityka wyląduje dokładnie tam, gdzie 10.04.2010...

Obserwując długoletnie działania premiera Orbána, nie można nie zauważyć, że odrzuca on dogmaty polityki bluszczowej i konsekwentnie realizuje interesy Węgier, wchodząc w konflikt czy sprzymierzając się taktycznie z dowolnymi siłami. Nie straszne mu są ani Niemcy, ani USA czy Rosja. Warto dodać, że ma on za sobą silne poparcie swego narodu, który wydaje się mieć obecnie więcej godności od niewolniczo nastawionych Pola­ków.

Nie zamierzam twierdzić, że Orbán ma rację, ostro grając z UE, USA, Chinami i Rosją. Być może zostanie ograny i Węgry znowu stracą, jak w wyniku traktatu z Trianon po zakończeniu I wojny światowej. Nie mam jednak wątpliwości, że na czele tego państwa stoi mąż stanu, polityk niezależny, dalekowzroczny i dumny.

Obsikiwanie mu nogawek przez człowieka pokroju Czarneckiego uważam za hańbę dla gazety, która jeszcze kilka miesięcy temu aobwołała Orbána swoim bohaterem.

Paweł Chojecki

Idź Pod Prąd nr 4-5/117-118/2014