Lis 29

Przemowa na XXVII kongresie Węgierskiej Unii Obywatelskiej – FIDESZ

Budapeszt, 12 listopada 2017

Drodzy Przyjaciele, Goście! Szanowni zebrani członkowie Kongresu!

Słyszeliśmy piosenkę.  „Węgrzy uciekają do własnych serc, i tak znajdą dobre…” To mówi  nam dużo, ponieważ w naszej wspólnocie zawsze wiedzieliśmy, że bez uczuć nie ma myśli, bez serca nie ma polityki, bez pa

sji nie ma wielkich czynów. Na szczęście mamy wspólną pasję, która znów skłaniana nas do wielkich czynów. Na sza wspólna pasja to Węgry.

Przyjaciele!

Przede wszystkim dziękuję za sam fakt, że moja osoba została uznana wartą kandydatury i dziękuję za zaufanie oddane w głosowaniu. Dziękuję, że wybraliście mnie na przewodniczącego naszej wspólnoty na nowe dwa lata. Pozwólcie, że zanim będę mówić o FIDESZ, o naszej przyszłości i teraźniejszości na wstępie opowiem o zadaniach, które stoją przed nami.

U nas, w FIDESZ, to jest właściwa kolejność. Tu nie przyznaje się pozycji, nawet i przewodniczącemu, ale pracę i zadania. Pewnie to jest wyjaśnieniem dlaczego od wielu lat osiągamy sukcesy. I wy wiecie, że czekają nas wybory parlamentarne, większość z partii w takim okresie za najważniejsze zadanie uważa wygraną w wyborach.

I w naszym przypadku jest to nasze najbliższe zadanie. Ponieważ osoby wypowiadające się przede mną, na czele z moim przyjacielem, wiceprzewodniczącym Gáborem Kubatovem  już mówili o przygotowaniach do wyborów, mnie pozostało tylko tyle, abym przedstawił i powiedział: rozejrzyjcie się dookoła, a zobaczycie, że FIDESZ już dziś jest gotowy do wyborów. Niemniej FIDESZ jest Fideszem dlatego, że nigdy nie zadowala się wygraniem wyborów. Chcemy więcej niż to. Szukamy tego, i jeśli passa nam sprzyja, znajdujemy, to co jest większym sensem, wyższym celem wygranej następnych wyborów. Co musimy zrobić aby z wygraną FIDESZ wygrały całe Węgry i każdy Węgier? Rozglądając się po horyzoncie widzę przed nami trzy zadania: wzmocnić, pogłębić, ochronić. Wzmocnić wszystko to, co Węgry swoją pracą w pocie czoła osiągnęły przez ostatnie siedem lat. Pogłębić podstawy intelektualne i duchowe naszej polityki. Oraz ochronić przyszłość Węgier, bo w końcu udało się nam pozbierać, w końcu znów mamy przyszłość, tak więc mamy czego bronić. Co się tyczy wzmocnienia  muszę zacząć od tego, że cele wyznaczone w 2010 roku zostały przez nas osiągnięte. Uratowaliśmy gospodarkę, której groził upadek. Ustabilizowaliśmy budżet, który wykazywał wielkie braki, spłaciliśmy kredyty otrzymane od IMF oraz Brukseli, [zlikwidowaliśmy] kuratelę finansową, odesłaliśmy IMF, systemy medialne, energetyczne oraz większość systemów bankowych przejęliśmy w węgierskie ręce. Wszystko to zawdzięczamy wysiłkom, których podjęli się wszyscy mieszkańcy kraju. W 2014 wyznaczyliśmy sobie taki cel, o którym w polityce dużo się mówiło przez ostatnie 25 lat, ale nie osiągnięto na tym polu wyników. Chcieliśmy, aby wyniki  gospodarcze był widoczne nie tylko w statystyce, nie tylko w skali makro, nie tylko w oświadczeniach instytucji oceny kredytowej, nie tylko w reformach strukturalnych, nie tylko w odnowie systemów rozdzielania i w innych tym podobnych. Chcieliśmy, aby w życiu Węgrów w końcu nastąpiły zmiany. Chcieliśmy, abyśmy nie musieli się przed nikim tłumaczyć z poprawy sytuacji gospodarczej, bo jest ona widoczna, odczuwalna, jednoznaczna. Jest przed naszymi oczami, człowiek doświadcza jej w codziennym życiu. Chcieliśmy w 2014 roku, aby za cztery lata codzienne życie Węgrów było bezpieczne, prostsze, wypełnione nadzieją. Chcieliśmy w 2014 roku, aby ta zmiana była powszechna, aby dotarła do wszystkich, aby każdy skorzystał z niej, i aby każdy mógł uczynić krok naprzód.

Jeśli chodzi o sukcesy mieliśmy dobrą passę. Nie chcieliśmy nic innego jak tylko tyle, aby bezsensownymi ograniczeniami, nieprzemyślanym systemem podatkowym, biurokratycznymi meandrami oraz urzędowym rządzeniem się nie ograniczano, nie zatrzymywano i nie zamykano chęci tworzenia przedsiębiorstw i miejsc pracy. Trzeba było tylko, abyśmy pozwolili im działać. Twardszym orzechem do zgryzienia natomiast był główny człon naszej gospodarki narodowej, który nie postrzega siebie ani jako biednych, ani jako dobrze sytuowanych, a który tworzy większość Węgrów. Przypomnijcie sobie, że wyraźna większość kraju w 2010 roku prawie od ćwierci wieku żyła w niepewności, a życie postrzegała raczej jako chylące się ku upadkowi, niż posiadające tendencje wzrostowe. Poczucie bezpieczeństwa, uznanie oraz należny szacunek zniknął. Musieliśmy im zwrócić miejsca pracy zabrane przez socjalistów, musieliśmy wzmocnić wiarę w sens pracy. Musieliśmy osiągnąć to, aby mogli godnie żyć z uczciwie wykonanej pracy, aby mogli swoim rodzinom stworzyć możliwe do zaakceptowania warunki do życia, a nawet takie, które są podstawą do tego, aby szanować samych siebie.

Najtrudniejszym, ale jak zazwyczaj też to bywa, dającym najwięcej siły było to, abyśmy otwarli przed nimi możliwość godnego życia, stanięcia na nogi, podniesienia się osobom, które mają ciężki los, osobom przez lata bezrobotnym, żyjącym z zasiłków i często w biedzie, kilkuset tysiącom naszych obywateli. Teraz nie mówię tylko o naszych obywatelach będących cyganami, choć wielu z nich żyło w ten sposób. Ten świat był dużo większy, wciągał dziesiątki tysięcy rodzin. W takich częściach kraju, w których oderwane były całe regiony, gdzie większość dzieci pod wieloma względami żyła w rodzinach o trudnej sytuacji, a którymi w węgierskiej polityce nie zajmował się nikt oprócz nas musieliśmy osiągnąć takie wyniki.  Obniżenie opłat, praca zamiast zasiłku, a przynajmniej prace społeczne dla rodziców, darmowe żywienie, obowiązkowe przedszkole dla dzieci od lat trzech. Zlikwidowaliśmy rozprzestrzeniającą się przestępczą formę życia, która w wielu miejscach stała się strategią i stylem życia. Wszystkim daliśmy szansę na uczciwe życie z poszanowaniem zasad, ale jeśli ktoś nie skorzystał z niej, jeśli ktoś nie skorzystał z zaoferowanej szansy i z dobrego słowa, wtedy musiał zmierzyć się ze srogimi regulacjami prawnymi, i w ten sposób obroniliśmy przed nimi bezpieczeństwo ludzi żyjących z pracy. Węgry, stosunkowo do swoich możliwości, szczodrze wspierają te osoby, które żyją dla swoich dzieci ale nie wstydzimy się otwarcie powiedzieć, że u nas nie ma przyszłości taka forma życia, która realizuje się nie dla dzieci, ale, która chce żyć z dzieci. Byliśmy wytrwali i konsekwentni, dlatego udało nam się doprowadzić do porządku bezpieczeństwo publiczne nadające jakość codziennemu życiu. Dziękuję za to naszym policjantom, straży obywatelskiej, służbom sprawiedliwości, oraz oczywiście Sándorowi Pintérowi, który, jeśli istniała by taka, na pewno otrzymałby nagrodę dla najlepszego policjanta Europy i Ministra Spraw Wewnętrznych.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

Możemy być dumni z tego, że my jesteśmy partią rządzącą, która zlikwidowała trwałe i liczne bezrobocie na Węgrzech. Powoli osiągniemy pełne zatrudnienie i będziemy takim krajem, a możliwe, że już jesteśmy, w którym każdy może pracować, ten, który chce pracować. Ze świata pracy socjalnej stale przechodzą w świat pracy rynkowej, a nawet powoli problemem zaczyna być brak pracy.

Drodzy Przyjaciele!

W poprawieniu jakości codziennego życia dużą przeszkodą było następne wyzwanie – problem niskich płac. Jeśli jest już praca, zawsze powstaje pytanie: ale czy opłaca się pracować?  Dla nas nie jest wystarczającą odpowiedzią to, że niezależnie czy się opłaca, czy nie trzeba pracować, choć i w tym jest racja. My natomiast chcieliśmy, aby praca miała sens, szacunek oraz przynosiła dochody. Dlatego pomiędzy rokiem 2014 a 2018 naszym największym przedsięwzięciem było odczuwalne, znaczące zwiększenie płac. Chcieliśmy je podnieść w takim stopniu, który w codziennym życiu stwarza bezpieczeństwo. Przypomnijcie sobie, jak nie tak dawno temu nie można było w żaden sposób wyżyć z wynagrodzenia minimalnego. I dziś nie jest to łatwe, ale każdy wie, widzi i uznaje, że wynagrodzenie minimalne od 1 stycznia następnego roku podnieśliśmy z 73.500 forintów [993.27zł] na 138.000 forintów [1864.92zł], a przypadku pracowników wyspecjalizowanych z 89.500 forintów [1209.49zł] na  180.500 forintów [2439.26zł].
Oznacza to dodatkowe 88, tudzież 102 procent. I po podniesieniu wynagrodzenia minimalnego udało się należycie ustalić przychody nauczycieli, osób pracujących w służbach porządkowych i w służbie zdrowia.

Drodzy Przyjaciele!

Pomyślcie o tym, że w końcu, mimo wszystko udało się nakierować gospodarkę na wzrost, bezrobocie zmniejszyć i wyprzeć, dać wszystkim pracę, szczególnie wesprzeć rodziny, i dać szansę na własny dom osobom posiadającym dzieci. Ludzie, nawet jeśli  nie mówią, dokładnie wiedzą jak wygląda sytuacja. To też prawda, że organy mowy Węgrów łatwo odmawiają współpracy, jeśli trzeba mówić o poprawie sytuacji, ale taki jest już nasz naród. Dokładnie wiedzą, jaka jest sytuacja, dlatego też dziś na Węgrzech nie ma chęci zmiany rządu, a zmiany opozycji.

Przyjaciele!

Oczywiście to nie jest jeszcze koniec drogi, raczej jej początek. Mimo że wyglądamy coraz lepiej, codzienne życie Węgrów nie jest jeszcze tak widowiskowe, abyśmy mogli rozsiąść się o odpocząć, i osiągać sukcesy bez znaczących, poważnych wysiłków. Naszym celem jest, aby rodziny na końcu miesiąca nie miały kłopotów, aby nie musiały się zapożyczać. Chcemy, aby oprócz możliwego do zaakceptowania poziomu życia ludzie dysponowali takimi oszczędnościami, które w nieoczekiwanych sytuacjach życiowych pozwolą im poczuć się bezpiecznie. Chcemy, aby wychowanie dzieci na Węgrzech nie stanowiło problemów, aby rodziny zdobywały dom w taki sposób, aby miesięczna spłata była do zniesienia. Abyśmy mogli to tego dojść [obecny] rząd powinien piastować urząd jeszcze przez przynajmniej cztery lata, dlatego z tej perspektywy stawka wyborów w 2018 roku jest większa, niż tych z 2014 roku. Potrzebne są jeszcze cztery lata pracy, abyśmy dotychczasowe wyniki wzmocnili w taki sposób, aby były one nieodwracalne. Nie zapomnijcie, że Węgrzy nie mogą liczyć na opozycję. Nigdy nie przegłosowała najważniejszych decyzji, nie przegłosowała zmniejszenia podatków, uprawnienia kobiet do wcześniejszej emerytury, prawa ziemskiego, pakietu ratunkowego dla kredytów walutowych, ani nie przegłosowali modyfikacji konstytucji zabraniającej osiedlania.

Łatwo zauważyć, że z socjalistami grzęznącymi w trawieniu samych siebie,  formacjami przerobionymi z narodowych radykałów na partie-maskotki,  zdolnymi do wszystkiego za pieniądze i władzę nie można osiągnąć stałego i nieodwracalnego bezpieczeństwa codziennego życia.

Drodzy Przyjaciele!

Pogłębić. Pogłębić duchowe i intelektualne podstawy naszej polityki. Wiem, że jest to abstrakcyjne i możne nawet nie interesuje wszystkich, ale kiedy mamy rozmawiać o takich rzeczach jak nie na kongresach? Duchowe i intelektualne podstawy. Wszystko to dziwnie i obco brzmi w dzisiejszym świecie profanum, w którym większość ludzi wierzy w namacalne rzeczy, i tylko je akceptuje jako podstawę jakiejkolwiek filozofii życia. Dlatego trzeba rozmawiać o podstawach duchowych i intelektualnych, myśleć o nich, a nawet mieć nadzieję na wskazanie kierunku, ponieważ może powstać takie uczucie w człowieku, jakby szedł pod prąd, przeciwnie do  ducha czasów. Ja natomiast polecam, abyśmy poprawili nasze okulary. Nie przyjmujmy romantycznej bohaterskiej pozwy walczącego z duchem czasów. Przyjmowanie takiej  postawy najczęściej kończy się atakami typowymi dla Don Kichota, i jeśli publiczność jest miła można tym niewiele więcej osiągnąć niż to, że nas pożałują. Zamiast tego należy zauważyć, że duch czasów nie jest jednoznaczny z duchem mediów. Trzeba zauważyć, że usypiające melodie wydobywające się z głośników wielkich globalnych firm i globalnych organizacji politycznych, zachęcające do lekkomyślności, oddania się szaleństwu konsumpcji, i nieograniczonemu egocentryzmowi wcale nie są tożsame z duchem czasów.

Pod miękką kołdrą odczucia szerzonego przez globalne elity może być prawdziwe życie. Widzimy dziesiątki milionów europejczyków, którzy codziennie ciężko pracują i walczą, aby mogli się utrzymać na powierzchni oraz utrzymać swoje rodziny. Widzimy, jak pragną bezpieczeństwa i porządku. Widzimy jak coraz mocniej wspierają się swoją tożsamością kulturową. I widzimy jak codziennie walczą o każdy metr kwadratowy europejskiego życia, do którego się przyzwyczaili. To jest prawdziwy duch czasów. Poprawmy więc swoje okulary i zauważymy, że duch czasów tak naprawdę stoi po naszej stronie. Po stronie ciężko pracujących, podejmujących odpowiedzialność, troszczących się o rodzinę, kochających swoją ojczyznę, trzymających się swoich chrześcijańskich korzeni europejczyków. My jesteśmy w większości, a nawet jesteśmy znacznym tłumem. Jest to tylko kwestia czasu i wygramy nie tylko na Węgrzech, ale w całej Europie, a nawet w całym zachodnim świecie.

To wszystko wiedzą też globalistyczne elity, służący im biurokraci, politycy na ich żołdzie, oraz agenci sieci rodzaju Sorosa reprezentujący ich interesy. Dobrze wiedzą, i właśnie dlatego na wszytko co narodowe, ludowe, chrześcijańskie i cywilne wymyślili to słowo-wytrych „populizm.
Ale na próżno powtarzać słowo-wytrych, na próżno szufladkować, na próżno odprawianie politycznego voodoo, rzeczywistość, prawdziwi ludzie, prawdziwe instynkty, prawdziwe pragnienia ludzi, marzenia i nadzieje pokonają dziś jeszcze panującą w Europie elitę globalistów i znów Europę uczynią wielką, a w niej także i Węgry. Oczywiście wszystko to nie nastąpi samo z siebie. To nie jest marksistowski historyczny materializm, gdzie historia świata dociera do celu w z góry zaplanowany sposób i odpowiednio do potrzeb. Tu będzie walka i ścieranie się sił. Co będzie? Walka i ścieranie się sił. I walka prowadzi tam, że charakter dyskusji następnego dziesięciolecia w Europie będą traktowały o tożsamości, ludzi, ludach, narodach, krajach i kontynentach.

W taki sposób docieramy do intelektualnych podstaw naszej polityki. Ponieważ nasz sukces, w moim przekonaniu, zależy od jakości i siły podstaw intelektualnych naszej polityki. Dziś nie można się utrzymać na chybotliwych nogach. A tym bardziej wygrać. Dlatego najpierw powiedzmy głośno, że nasza polityka ma podstawy intelektualne, a nawet duchowe. Z drugiej strony powiedzmy, że węgierska polityka w ostatnim tysiącleciu miała podstawy o takim charakterze.

Po trzecie powiedzmy, że podstawy intelektualne były narodowe, i zawsze obracały się wokół przetrwaniem narodu węgierskiego, jego zadań i powołania.

Po czwarte  powiedzmy głośno, że tradycja jest szeroka, kolorowa i porywająca. Dlatego należy z całą pewnością osądu należy z szerokich możliwości wybrać ten prąd, do którego chcemy dołączyć. Do którego dobrze nam dołączyć, ponieważ pasuje do naszego fideszowskiego i chrześcijańskiego charakteru. I co warto powiedzieć nie umarły słowa i nie umarły tradycje, ale tu i teraz, świeżo i żywo wyznaczają zadanie polityki, a tym samym nasze osobiste zadanie. Powiedzmy więc otwarcie, że my nie opieramy się ani na rozróżnieniach rasowych ani klasowych. Odrzucamy politykę odwracającą przeciwko sobie ludzi, a jej reprezentantów postrzegamy jako naszych wrogów. My opieramy się na podstawach narodowych, dlatego zamiast walki klas i pochodzenia podążamy za narodową współpracą, pokojem, tworzeniem, jak powiedział Klebelsberg: podążamy za ideą produktywnego człowieka.

Oczywiście to są stare kwestie, znane wersje polityki, łatwo się wśród nich odnaleźć. Ale mamy tu też nową, nowoczesną politykę, której wcześniej nie było. W centrum jej stoi człowiek ogołocony ze swojej kultury, narodowości, wiary i tożsamości płciowej. Typ człowieka nowych czasów to sam homo Brusselicus. Powiedzmy, że w naszym przekonaniu polityka odrzucająca naturalny porządek życia, poddająca wątpliwości prawo do życia wspólnot narodowych – zgodnie z naszymi dotychczasowymi doświadczeniami – niezależnie od wykształcenia i dobrych intencji moralizatorskich jej autorów w Europie zawsze prowadzi do barbarzyństwa. Powiedzmy, że zgodnie z ich nastawieniem najważniejszym łącznikiem między ludźmi poza prawami biologii jest połączenie natury intelektualnej, które nazywamy narodem, i które sprawia, że jesteśmy uczestnikami wspólnej kultury i tradycji. I powiedzmy, że my odziedziczyliśmy indywidualną kulturę narodową. Nasza narodowa kultura czyni nas tym, ki jesteśmy. Naszej narodowej kulturze zawdzięczamy to, że Węgrzy posiadają umiejętność spojrzenia w oczy rzeczywistości, mają szacunek do siebie i znają siebie, oraz mają umiejętność, dzięki której są w stanie w ogólne zrozumieć swoją sytuację i swoje zadania. Wierzymy w to, że węgierska dusza wszytko wytrzyma i przeżyje. Ale jak dawniej mawiali ludzie: czasem ucichnie, ale nie umrze. Ta siła intelektualna daje nam umiejętność, abyśmy odważnie przyjęli i spokojnie się zastanowili nad pytaniami powstającymi nad naszą większą ojczyzną, Europą, a które innych przerażają.

Dawni wielcy wiedzieli, i nawet napisali, że właśnie swoisty węgierski duch, i w wyniku tego węgierski sposób myślenia dał Węgrom możliwość życia pomiędzy wykształconymi ludami, i dał im też siłę moralną, bez której taki samotny i przybyły z tak daleka lud, jak nasz prawie nie miałby szans utrzymać się przez tysiąc lat. Jakże moglibyśmy więc z tego zrezygnować ?

Drodzy Przyjaciele!

Jesteśmy wspólnotą polityczną, mającą świadomość tego, że naród węgierski powstał ze spotkania wschodniego charakteru i kultury zachodu, i to ma dla nas znaczenie po dziś dzień. Umiłowanie stepów wolności spotkało się z wiarą chrześcijańską, a z tego wyrosło umiłowanie ludzi, uszanowanie dla ludzkiej wolności, co do dziś stoi w centrum dzisiejszego węgierskiego myślenia politycznego. Dlatego też wyznajemy, przytaczam: „niezachwianie wierzymy w moc miłości i współpracy”. Poglądy naszej wspólnoty politycznej dlatego opierają się na tym prostej myśli, ponieważ są rzeczy, które jeśli kiedyś raz były prawdziwe zawsze zostaną prawdziwe.

Przyjaciele!

Wszystko to wydaje się być naturalnym i dobrze brzmi. Ale jest tu jeden haczyk. Kraje podejmują w Europie decyzje tak, że nie biorą pod uwagę chrześcijaństwa, i nie biorą pod uwagę swojego narodowego charakteru. Chcą wkroczyć w okres postchrześcijański i postmodernistyczny. Już dobrze widać, że na to pytanie, czy nie weźmiemy pod wagę chrześcijańskich zasad życia i od drogi wyznaczonej przez naszą kulturę narodową, czy wierzymy jeszcze w prawdy moralne niezależne od wieku i miejsca, na te pytania dajemy różne odpowiedzi. Są takie kraje, które przytakną, są takie, które dadzą negatywną odpowiedz. Pytaniem przyszłości jest to, czy z tego będzie jednolita Europa?

Przyjaciele!

W taki sposób na pewno nie, jeśli będziemy chcieli zmusić innych do naszego sposobu myślenia, do uznania ich interesów i celów. Jedność Europy może pozostać tylko w jeden sposób: jeśli zaakceptujemy nawzajem swoje różnice, jeśli będziemy się nawzajem darzyć szacunkiem, i jeśli zamiast Stanów Zjednoczonych Europy stworzymy stowarzyszenie europejskich wolnych narodów. Nie ma innej drogi.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

A teraz chciałbym powiedzieć o tym, co i dlaczego musimy obronić. Wiadomym jest, że my, Węgrzy, nie lubimy mocarstw. A szczególnie ich namiestników. Dziś znów zagraża nam mocarstwo. Stoimy na drodze planowi, który chce zlikwidować narody i chce stworzyć Europę mieszaną pod względem ludności. Stoimy na drodze mocarstwu finansowemu i politycznemu, które chce zrealizować ten plan, cokolwiek byłoby tego ceną. Nie owijamy w bawełnę, w celu realizacji planu Sorosa w całej Europie chcą usunąć z drogi rządy reprezentujące interesy narodowe. NGO Sorosa w ostatnich latach otoczyły siecią wszystkie europejskie fora podejmujące decyzje. Obecne są także na obrzeżach węgierskich partii. Zachowują się w taki sposób, jaki kiedyś aktywiści Oddziału Propagandy i Agitacji Sowieckiej Partii Komunistycznej. My, zaprawieni w boju znamy ich już po zapachu. W bardziej wyrafinowany sposób, ale żołnierze Sorosa chcą decydować co mamy robić, co mamy mówić, co mamy myśleć, a nawet jak mamy myśleć o sobie. Sytuacja tak długo była prosta i jasna. Człowiek był kobietą i mężczyzną, matką i ojcem, był Węgrem, Niemcem lub Rosjaninem, chrześcijaninem lub muzułmaninem. Dziś chcą wmusić nas w taki świat, w którym brakuje naturalnych i jasnych konturów. Ten świat nie ma bezpiecznych punktów, nie jest jasne kto jest kobietą a kto mężczyzną, co jest rodziną, co oznacza być Węgrem i chrześcijaninem. Tworzą trzecią płeć, wyśmiewają wiarę, rodzinę uważają za zbędną, a naród za przestarzały.

Drodzy Przyjaciele!

Mówmy zrozumiale. Migracja nie jest celem planu Sorosa, a narzędziem. Miliony osób, które znalazły się w złym położeniu wabieni są z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy, a nawet bezpośrednio transportuwani, aby osłabić narody i aby zadać ostatnie pchnięcie nożem w kulturę chrześcijańską. Porozmawiajmy szczerze także o tym, że plan Sorosa poważnie zagraża bezpieczeństwu naszej codzienności. W krajach Europy, do których odbywa się imigracja, częste się stały akty terroru, wzrosła przestępczość i przemoc w stosunku do kobiet, ponownie odradza się antysemityzm. To jest to, czemu musimy przeszkodzić, to jest niebezpieczeństwo, przed którym musimy ochronić nasz kraj.

Tak więc kiedy mówimy, chrońmy Węgry, wtedy mówimy, że musimy ochronić pracę, rodzinę, bezpieczeństwo, nasze prawo, osiągnięte przez nas wyniki, węgierską kulturę, oraz musimy ochronić także naszą przyszłość. To czego nie znosiliśmy od mocarstwa sowieckiego, tego też nie możemy znieść od mocarstwa Sorosa. Ochronimy nasze granice, zatrzymamy realizację planu Sorosa, i w końcu wygramy i tą walkę.

Drodzy Przyjaciele!

Teraz pomówmy o nas samych. Przyszłej wiosny minie trzydzieści lat, jak wywiesiliśmy sztandar w akademiku Bibó uniwersytetu ELTE. Są wśród nas tacy, którzy byli i przy pierwszych krokach, kiedy żyliśmy jeszcze w czasach manipulacji, zastraszania i przemocy policji. Jeszcze stacjonowali tu sowieccy żołnierze, ale my, doświadczeni w boju, my czuliśmy w powietrzu nieodwracalnie przybliżające się zmiany. Dokładniej czuliśmy, że my jesteśmy zmianą. Wielu z nas uśmiechało się, kiedy mając dwadzieścia kilka lat zdecydowaliśmy się, że stworzymy partię i ruszymy w pierwszych wyborach parlamentarnych.

Kiedy zakładaliśmy Fidesz było nas 37 osób, ilość osób należących do partii komunistycznej podawano na 800 tysięcy, a straży robotniczej było 50 793. Mimo tego jesteśmy tutaj. Razem z naszymi sprzymierzeńcami jesteśmy największą partią Europy i osiągającą największe sukcesy polityczne wspólnotą. Abstrahując od naszego kongresu przychodzi mi do głowy historia, w której dwóch kaznodziei podziwia wielką świątynię, jej wieże oraz znajdujący się w niej potężny dzwon. Jak ten wielki dzwon mógł znaleźć się na wieży? Jak nie inaczej, niż jak wcześniej dzwonek…. Wniosek jest taki: jeśli wtedy nie zdecydowalibyśmy się na działanie teraz nie byłoby nas!

Drodzy Przyjaciele!

Kiedy patrzę na was, a raczej na nas nasuwa się pytanie: na ile nasz dzisiejszy FIDESZ jest tożsamy z tym, który był w momencie założenia? Dobre pytanie. Dzisiejszy FIDESZ jest na tyle tożsamy z tym z 1988 roku, na ile jakikolwiek człowiek jest tożsamy z tym, którym był w wieku 1 roku. Lub też inaczej: jeśli rzeka jest tożsama z biegiem rzeki, który w miarę przebytej drogi poszerza się. Z partii pokoleniowej my sami przekształciliśmy się w europejską partię ludową. Przebyliśmy długą drogę. Zrobiliśmy sobie miejsce w obradach Okrągłego Stołu Opozycji, razem wywalczyliśmy, aby bohaterowie rewolucji 56 roku zostali uczczeni w odpowiedni sposób, razem wywalczyliśmy otwarcie żelaznej kurtyny, razem wyrzuciliśmy sowietów, i razem przepołowiliśmy partię komunistyczną. Razem wywalczyliśmy, abyśmy i my byli w pierwszym parlamencie wybranym w wolnych wyborach.

Przyjaciele!

Przeżyliśmy świetliste zwycięstwa oraz bolesne porażki. Zaciskając zęby wytrzymaliśmy najciemniejszy  moment okresu po zmianie systemu, referendum z 5 grudnia, i nie ustaliśmy, dopóki nie daliśmy podwójnego obywatelstwa Węgrom znajdującym się poza granicami naszego kraju, osiągając tym satysfakcję moralną i prawną. W ostatnich 29 latach węgierscy wyborcy, mając do nas zaufanie trzykrotnie wybrali nas do parlamentu. Skorzystaliśmy z ich zaufania. My byliśmy tymi, którzy  zmienili tymczasową konstytucję na nowoczesną, europejską i tym samym patriotyczną Konstytucję. Wiwat, trzykrotnie wiwat na cześć prezydenta Pála Schmitt. I my byliśmy pierwszymi w Europie, którzy powstrzymali inwazję migrantów spadającą na Europę. My głosiliśmy gospodarkę opartą na pracy, my stworzyliśmy ponad 700 tysięcy nowym miejsc pracy. My skonstruowaliśmy ulgi podatkowe dla rodzin, a kiedy zostały odebrane, walczyliśmy o nie i oddaliśmy je węgierskim rodzinom. My jesteśmy tymi, dla których naprawdę najważniejsze są dzieci. Rozliczyliśmy banki, przewalutowaliśmy na forinty kredyty. Zrealizowaliśmy obniżki opłat komunalnych. My jesteśmy tymi, którzy dali należny szacunek osobom starszym. Zachowaliśmy wartość emerytury, i w tym roku po raz pierwszy wypłaciliśmy premię emerytury, bo Węgry to wielopokoleniowy dom, w którym razem płaczemy i śmiejemy się.

Szanowni Członkowie Kongresu! Drodzy Przyjaciele!

To miłe uczucie pomyśleć, że w ostatnich trzech dekadach z tą wspólnotą, razem z wami, zrealizowaliśmy wielkie rzeczy. Ale ostrzegam siebie i was: teraz musimy być skromni, ponieważ mamy ku temu powody. Dziękuję Wam, że jesteście taką fantastyczną wspólnotą, że mogę być członkiem takiej ekipy odnoszącej sukcesy. Dziękuję za otrzymane od was niezachwiane i wzruszające zaufanie. Jest to wzruszające i jest to szacunkiem stać na przedzie takiej wspólnoty politycznej. Wykonam moje zadanie.

Naprzód Węgry, naprzód Węgrzy!

za: http://www.miniszterelnok.hu

Mar 15

Przemówienie Viktora Orbána

z okazji Narodowego Święta Powstania i Walki o Wolność 1848/49

Budapeszt 15 marca 2017

Szanowni Uczestnicy Uroczystości! Węgrzy na całym świecie!

Z serca pozdrawiam naszych przyjaciół z Polski. To dla nas ważne, że – tak jak w 1848 roku – tak samo dziś są tu z nami.

Każdy naród świętuje w sposób zgodny ze swoim charakterem. Niektórzy organizują festiwale, inni wydają przyjęcia. Nasze węgierskie święto na powitanie wiosny cechuje radosna powaga. W święta narodowe naród węgierski robi sobie zdjęcie, jakby to powiedziała nasza młodzież – selfie, z własną historią w tle. Żarzy się światło walk zrodzonych z pragnienia wolności. Rozbłyskują pełne chwały dni 1848 r., bitwy 1849 r., po czym nastaje ciemność [złożenia broni] we wsi Világos. Podobnie jak sto lat później, kiedy po świetlanym październiku 1956 r. nastąpił mrożący listopad. Świętując nie zapominamy, że nasze walki o wolność kończyły się kolejnymi okupacjami. A jednak, na naszym rodzinnym selfie widać zwycięski naród. My wiemy, że nas nie pokonano. To prawda, przegraliśmy wiele ważnych bitew. Ale my, Węgrzy myślimy w kategoriach nie tylko jednej bitwy czy jednej wojennej wyprawy. Tu, w Basenie Karpackim, w strefie buforowej, gdzie spotykają się różne kultury, imperia, cywilizacje, możemy poszczycić się triumfem największym z możliwych. Wojnę o przetrwanie ojczyzny i narodu za każdym razem ostatecznie wygrywaliśmy. I jesteśmy tutaj. Wbrew wszystkim i wszystkiemu trwamy tutaj. Tu jesteśmy i dzisiaj świętujemy najznakomitszych spośród nas, bohaterów, bez odwagi których nie byłoby nas tutaj. Dzisiaj robimy razem z nimi duże, wspólne rodzinne zdjęcie Węgrów. Chwała odważnym!

Szanowni Państwo!

Ci, którzy toczyli przeciwko nam wygrane bitwy i kampanie wojenne ostatecznie przegrali z nami wojnę. Po Tatarach ślad zaginął, zniknęło potężne imperium otomańskie, imperium Habsburgów rozpłynęło się we mgle, a sowiecki kolos po prostu wyzionął ducha. Potężne imperia! Gdzież jest teraz wasz oścień? Dzień 15 marca jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że byliśmy, jesteśmy i będziemy. To jest nasz triumf. Znaczenie roku 1848 polega nie tylko na tym, że on się wydarzył, ale i na tym, że on nadal trwa, nie tylko w corocznych uroczystościach. Rok 1848 stał się naszą wewnętrzną miarą, naszym moralnym kompasem. Miara i kompas moralny 1848 roku mówi nam dzisiaj, ile kto jest wart na wadze ojczyzny, kto jest wierny, oddany, kto jest patriotą, kto jest bohaterem. Pokazuje, co to znaczy wielkość, ale pokazuje też, co to znaczy miernota, dwulicowość i zbrodnia przeciwko państwu. Co jest budowaniem państwa, a co jego niszczeniem. Miara roku 1848 wskazuje każdemu z nas jego własne miejsce w narodzie. Z tego należnego nam miejsca możemy być dumni. W latach 1848/49 więcej Węgrów walczyło pod flagą wolności, niż było walczących we wszystkich pozostałych państwach Europy razem wziętych.

Szanowni Państwo!

Rok 1848 nie jest samotną wyspą w historii Węgier. Naród węgierski istniał już przed 1848 r., wiosną 1848 sztandar wolności wznieśliśmy nie po raz pierwszy. Rok 1848 spina klamrą powstanie [Franciszka II] Rakoczego z Październikiem roku 1956. Uwypukla kręgosłup narodu walczącego o wolność i nakreśla jego historyczną linię rodową. I właśnie ta świadomość przynależności do narodu, do narodu węgierskiego jeszcze długo będzie wzmacniać kręgosłup kolejnych pokoleń i przedłużać ich rodową linię. Bo przyszli węgierscy uczeni, poeci, mistrzowie olimpijscy i premierzy biegają już dziś wśród nas w krótkich spodenkach i z kucykiem, w naszych przedszkolach i szkołach. Nikt jeszcze nie wie, kim będą, ale możemy mieć nadzieję, że jest wśród nich również „marcowa młodzież”, która swoim życiem dalej będzie pisała ten olbrzymi zawiły epos, będący wspólną bohaterską historią naszego narodu i wolności. Nie możemy chcieć i nie mamy takiego sposobu, by z góry określać i kierować losami naszych potomków. Dziadek Petrovics, jeśli wyobrażał sobie życie wnuka, który wszedł do węgierskiej historii pod nazwiskiem Petőfi, pewnie planował dla niego karierę godną pomocnika masarza lub mistrza rzeźnickiego. Nigdy nie wiadomo, w kim odezwie się przejmujący i wzywający głos Ojczyzny. Z pewnością są wśród nas przyszli następcy Lajosa Kossutha i Sándora Petőfiego, a razem z nimi następcy Istvána Széchenyiego, Ferenca Deáka i Józsefa Eötvösa. Naszym zadaniem jest przekazać dzieciom i wnukom taki kraj, takie dziedzictwo duchowe i moralne, by spośród nich mogli i chcieli wystąpić ci, którzy nie ulegną strachowi i podejmą się kolejnych czekających naród rewolucji, powstań i walk o niepodległość. Mamy obowiązek utrzymać dla nich państwo, zachować dla nich naród, być wsparciem i wskazywać, co powinni uczynić. Zapewnić ciągłość narodu. Urzędnicy z Nagyszalonta, odważni prawnicy, pełni zapału aktorzy, mistrzowie rzeźniccy, przedsiębiorcy, matki i ojcowie, rolnicy, przemysłowcy, żołnierze, uczeni i mistrzowie sportu tworzyli ciągłość wspaniałego narodu. Zapewnić przyszłość narodu węgierskiego, żyjącego cudem gorejącego krzewu, który od dawna stoi w płomieniach, ale wciąż istnieje i ogień go nie strawi. Czy potrzeba jeszcze silniejszej zachęty dla współczesnego młodego Węgra?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Dokładnie 2061 lat temu starożytnym Rzymem wstrząsnął pewien zamach, wiosną 1848 r. wybuchały rewolucje, również i teraz ludy Europy znajdują się w stanie buntu. Sygnały, które zawsze wskazują na to samo: dzieje się coś złego w państwie. Węgrzy myślą trzeźwo. Nasze oczy dostrzegają sygnały, nasze uszy są wyczulone na głos czasów. Wiemy, że nie można wyprzedzić historii, ani jej zatrzymać. Tu, w Basenie Karpackim, nauczyliśmy się, że stanie się to, co ma się stać. Wszystko ma swój określony czas, my możemy jedynie, i powinniśmy, przygotować się na zmiany. Rewolucje 1848 r. wybuchły, ponieważ ówczesne mocarstwa odmówiły narodom prawa do transformacji ich systemów rządowych, do planowania swoich sieci gospodarek i do otwarcia swoich kultur na nowe idee. W imię pokoju w Europie europejscy cesarze, carowie i królowie utworzyli Święte Przymierze. Święte Przymierze pokoju stało się jednak wrogiem niepodległości narodowej, samostanowienia i wolności, zmieniając się w przymierze hipokryzji i dwulicowości. János Arany pisał wtedy, iż dawniej silniejszy zabierał słabszemu, co tylko zdołał. Teraz jest inaczej. Świat jest kierowany przez konferencję: silniejszy, któremu zdarzy się wybryk, zbiera się z innymi i tak go uprawomocniają. Ta historia brzmi znajomo. W ubiegłym roku narody znów się zbuntowały. Zbuntowały się przeciwko dwulicowemu przymierzu biurokratów z Brukseli, liberalnych mediów światowych i zachłannego międzynarodowego kapitału. Najpierw Anglicy, a później Amerykanie. W tym roku będą kolejni.

Szanowni Świętujący!

Dzisiaj w Europie znów wieją wiatry 1848 r. Dziś mamy jeszcze możliwość utrzymania wyzwalającej się energii buntu w konstytucyjnych ramach i przeprowadzenia głębokiej, ale pokojowej i uporządkowanej reformy europejskiego imperium. Przede wszystkim, Bruksela powinna zaprzestać dwulicowości, potrzebujemy szczerej rozmowy i otwartej dyskusji o przyszłości. Należy skończyć z machinacjami, kryjącymi się za pięknymi hasłami. Széchenyi zapewniał, że „kiedy cała Europa będzie się rozpadać, z jej popiołów odrodzą się Węgry i staną na straży porządku, pokoju i wolności, jak dawniej były przedmurzem chrześcijaństwa. Wierzę, że jeśli więcej będzie w nas patriotyzmu niż zazdrości i więcej cnoty obywatelskiej niż pragnienia poklasku, będzie coś jeszcze z Węgrów, i to niemało”. Tak, będzie coś jeszcze z Węgrów, jeśli zrozumiemy przesłanie, szpik kostny 12 Punktów [z 1848r.]: niech nastanie pokój, wolność i zgoda. Ale jak zachować się wobec tych, którzy nie pragną pokoju, ale jego braku, nie dążą do zgody, ale do podziałów? Co począć z tymi, których jedyną radością, jak to ma miejsce i dzisiaj, jest to, że mogą zniszczyć radość innych? Łatwo byłoby z nich żartować, moglibyśmy powiedzieć: poznasz głupiego po śmiechu jego. Nie idźmy jednak tą drogą. Siła i poparcie większości zobowiązują. Mamy sprostać zadaniu, jakim jest budowanie narodu, a nie partyjne przepychanki. Patrząc z perspektywy węgierskiego narodu mamy do wyboru dwie drogi. Możemy wybrać drogę prowadzącą do przestronnej bramy wielkości narodowej lub tę, która prowadzi do wciągającego bagna nienawiści. Czas wyraża prawdę i ukarze, co nią nie jest [Petőfi].

Szanowni Uczestnicy Uroczystości!

Lajos Kossuth powiedział: jesteśmy narodem, mamy prawo i moc, aby realizować nasze własne cele, a nie być narzędziami do realizacji obcych celów. Możliwe, że dla Brukseli i międzynarodowego kapitału nie liczy się przeszłość ani przyszłość węgierskiego narodu, ale dla nas się liczy. Możliwe, że dla Brukseli i kapitału międzynarodowego nie liczy się bezpieczeństwo Europejczyków, ale dla nas się liczy. Możliwe, że dla Brukseli i kapitału międzynarodowego nie liczy się, czy przetrwamy jako Węgrzy, ale dla nas się liczy. My wiemy, co János Arany sformułował następującymi słowami wiersza: „jeśli wywieje nas zawierucha czasów, Bóg na zawsze straci swych Węgrów”. Słowa te również dziś są aktualne. Oto stawka obecnego europejskiego buntu. Musimy odważnie podjąć czekające nas boje w obronie naszej niepodległości i narodowej niezależności. Musimy zahamować Brukselę. Musimy obronić nasze granice, nie możemy dopuścić do przymusowego osiedlania ludności. Należy sprawić, by siatka [organizacji] finansowanych z zagranicznych źródeł stała się przejrzysta, a regulacje podatków, wysokości wynagrodzeń i opłat za energię i komunalnych pozostały w ramach kompetencji wewnętrznych. Pod tym względem, moi Drodzy Przyjaciele, możemy liczyć tylko na siebie, z tego względu odpowiedzialność za rządy powinna w dalszym ciągu spoczywać w rękach ugrupowań narodowych.

Szanowni Państwo!

Wiosną 1848 r. ziarna rewolucji zostały zasiane w glebie wielu narodów. Jednak w większości z nich ziarno wolności nie wykiełkowało. Niekiedy ptaki wydziobały nasiona, gdzie indziej gleba była mało żyzna lub młode plony zostały zduszone przez chwasty. Jak to się stało, że właśnie węgierska ziemia była i jest najbardziej podatna na to, by zakorzeniła się w niej wolność? Odpowiedź jest przed nami. Synowie każdego narodu dążą do szczęśliwego życia, my również. Jednak każdy naród może być szczęśliwy tylko w taki sposób, w jaki pozwala na to jego natura. My, Węgrzy, szczęśliwe życie możemy wieść tylko wtedy, gdy idziemy drogą wolności i niepodległości. Dla nas Ojczyzna bez wolności i niepodległości nie jest prawdziwym domem. A tacy, jak my, nie mogą być szczęśliwi w ojczyźnie, która nie jest ich domem.

Szanowni Państwo!

Naród to nie tylko wspólny język, kultura i wspólna przeszłość, naród to także wszystkie te chwile próby, poprzez które historia spoiła nasze serca. Dlatego w minionych latach na nowo staliśmy się silnym narodem. Nasze serca scaliła walka o naszą narodową i chrześcijańską Konstytucję. Połączył je wspólny bunt przeciwko niewoli, jaką sprowadziło na nas zadłużenie. Scaliła nasze serca także walka o niezależność gospodarczą i bitwa, w której odparliśmy napływ ludności oblegającej Europę i nie dopuściliśmy, aby ręce Brukseli od wewnątrz otworzyły zamknięte bramy.

Szanowni Świętujący!

Stoimy na własnych nogach i jemy własny chleb, nie jesteśmy sługami ani węgierskich, ani obcych potęg. Setkom tysięcy ludzi daliśmy pracę i wzmocniliśmy rodziny. Znieśliśmy podziały klasowe, podziały związane z pochodzeniem, wiekiem, przekonaniami religijnymi i politycznymi, i stworzyliśmy prawdziwą jedność narodową. Dokonaliśmy tego wszystkiego wbrew groźbom i protestom ze strony przymierza hipokryzji.

Przyjaciele!

Nie ma jednak takiej jedności, na utrzymanie której nie trzeba by było pracować każdego jednego dnia. Nie ma takich rezultatów, które same by się obroniły. To my musimy stać w ich obronie. Nigdy nie ma gotowego państwa. Nigdy nic nie będzie nam dane za darmo a rywale z własnej dobrej woli nie ustąpią. Nie oddadzą ani pola, ani szans, ani pracy, ani zysku czy dobrobytu. Naszym zadaniem jest, by wreszcie stworzona jedność przynosiła owoce i każdego dnia na nowo i dalej musimy ją budować. Węgierski naród umacnia się, rozwija i zasłuży we wspólnocie narodów europejskich na uznanie należne mu ze względu na jego talent i sumienność. Miano bycia Węgrem będzie znów czymś pięknym, godnym swojej dawnej wielkiej sławy.

Niech żyje węgierska wolność, niech żyje Ojczyzna!

Lut 28

Orędzie 2017 (fragment)

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!

Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów.I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.]

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów.Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!

Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim 2.0 

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

tł. HPA

 

Mar 15

Przemówienie z 15 marca 2016 roku

„Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!”

Panie i Panowie! Rodacy! Węgrzy na całym świecie!

Z uszytą przez żonę kokardą na swoim sercu, z tomikiem poezji w kieszeni, z myślami o strasznych wrażeniach z rewolucji w głowie witał Sándor Petőfi 15 marca w swoim dzienniku. „Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!” Dziś po 168 latach z radością i wiosennym optymizmem, z wielkimy nadziejami i podniesioną duszą świętujemy w całym Basenie Karpat. Od Beregszász po Szabadkę, od Rimaszombat po Kézdivásárhely. Każdy Węgier, z jednym sercem, jedną duszą, jedną wolą.

Węgierskie serca radują się również tym, że jak w decydujących bitwach powstania węgierskiego, obecnie też jest z nami legion polski. Witam rozentuzjazmowanych potomków generała Bema. Witamy przedstawicieli wielkiego narodu polskiego. Jak zawsze podczas wspólnej tysiącletniej historii, tak teraz też jesteśmy z Wami w walce, którą prowadzicie za wolność i niepodległość Waszej ojczyzny! Razem z Wami zawiadamiamy Brukselę: więcej szacunku dla Polaków, więcej szacunku dla Polski! Bóg Was tu przyprowadził! xxx polsko-węgierskiej wspólnoty losów, jest to, że 60 lat temu nasza druga chwalebna rewolucja w ’56 urodziła się pomiędzy pomnikiem Bema a placem Kossutha. Powstała z wielką siłą chwalebnych przodków i na wieczór wyrwała wielkiego generalissimus Sowietów.

Szanowni Państwo! Szanowni Świętujący!

Węgier występuje w obronie swojej prawdy, kiedy trzeba. Jak musi, nawet walczy. Nie szuka bez powodu problemów. Wie, że lepiej zachować spokój, niż wyciągać szable. Dlatego, rzadko bierzemy się za rewolucję. Podczas 170 lat dwa razy tak postąpiliśmy. Mieliśmy powody. Czuliśmy, że nie wytrzymamy dalej. Europa zachowała nasze rewolucje z 1848 i 1956 wśród chwały świata.

Chwała bohaterom! Szacunek dla odważnych! Historycy zapisali rewolucję z 1918-19, ale nie na stronach chwalebnych, lecz w leksykonie o bolszewickim zamieszaniu z którego wybuchła rewolucja anty-węgierska dla celów i interesów obcych. My Węgrzy mamy dwie tradycje rewolucyjne. Jedna prowadzi od 1848, przez 1956 i zmiany ustroju do nowej Konstytucji i obecnego porządku konstytucyjnego. Druga wywodzi się od jakobinów, przez 1919 do komunizmu powojennego. Dzisiejszy porządek urządzili spadkobiercy rewolucji z 1848 i 1956.
Ta tradycja kieruje dzisiejszym światem polityki, gospodarką i życiem intelektualnym narodu. Równość przed prawem, odpowiedzialne ministerstwa, bank narodowy, wspólny podział obciążenia, wolność, odpowiedzialność, szacunek ludzkiej godności, zjednoczenie narodu. Bądźmy za to wdzięczni, że tak się stało. Soli Deo gloria!

Szanowni Państwo!

Nawet wyniosłość święta nie pozwala nam zapomnieć, że tradycja 1919 nadal żyje z nami, na szczęście już tylko osłabiona, ale jeszcze tu się snuje. Jeżeli nie dostanie wsparcia z zagranicy, to uschnie w węgierskiej ziemi, która nie przyjmuje internacjonalizmu. Tak jest dobrze.

Szanowni Państwo!

Porządny, wychowujący dzieci i pracujący obywatel raczej nie zostaje rewolucjonistą. Osoba myśląca i pewna siebie wie, że z zamieszania rzadko wynikają dobre rzeczy. Osoba pogodna i pragnąca rozwoju wie, że nie można na raz robić dwa kroki, bo się potknie o własne nogi. Jednak właśnie tacy mieszczanie z Pesztu zostali zwolennikami rewolucji i maszerowali w pierwszych rzędach, tuż za młodymi studentami.
To oni dali większość rewolucji i walk wolnościowych, za honor Węgrów zapłaciliśmy ich krwią. Każda rewolucja jest taka, jak ci, którzy ją robią. Naszą rewolucję robili porządni mieszczanie, oficerowie, prawnicy, pisarze, lekarze, inżynierowie, rzemieślnicy, chłopi i robotnicy o narodowych uczuciach.

Nie ma śladu nieudanych wizji nieudanych filozofów czy intelektualistów. Rewolucjoniści z 1848 z kamieni po zburzonym absolutyzmie nie chcieli zbudować świątyni nowej tyranii. Pieśni węgierskiej rewolucji nie pisano na ostrze gilotyny ani na struny szubienicy. Nasze pieśni nie śpiewa tłum linczujący, przemieniony w kata, poematy nie są poświęcone zemście ani krwi. Pełnym godności momentem rewolucji z 1848, kiedy znów rozkwitały rany węgierskiego narodu. Żądano uzyskanie i odzyskanie praw konstytucyjnych, zabranych narodowi.

Szanowni Państwo!

A wy co robicie? – pyta się Sándor Petőfi w ostatnim liście do Jánosa Aranya trzy tygodnie przed swoją śmiercią. Pyta się też nas. A wy co robicie? Co robicie z dziedzictwem? Czy Węgrzy są godni swego wielkiego imienia? Czy znacie prawo dawnych Węgrów, że to co czynicie, musicie mierzyć nie tylko miarą pożyteczności, lecz też miarą absolutu, ponieważ te czyny muszą zająć swoje miejsce w wieczności.

Szanowni Świętujący!

Dziedzictwo jest, Węgrzy żyją, Buda stoi. Jesteśmy kim byliśmy, będziemy kim jesteśmy. Znają nas, jesteśmy szanowani przez mądre narody. Zachowujemy dawne prawa. Czy odniesiemy sukces, czy powstanie niezależna, poszanowana na świecie ojczyzna, o którą walczyli w 1848, jeszcze nie wiemy. Wiemy, że gwiazdy Europy są chwiejne, więc czekają nas próby. Obecne czasy zadają nam pytanie, czy mamy być niewolnikami, czy wolni? Los Węgrów jest powiązany z narodami Europy, dziś żaden naród nie może być wolny, jeżeli Europa nie jest wolna. Europa jest bezsilna, jest jak więdnący kwiat zjadany przez tajne robactwo. 168 lat po wiośnie ludów, nasza wspólna ojczyzna, Europa, nie jest wolna.

Szanowni Świętujący!

Europa nie jest wolna, wolność zaczyna się wypowiedzeniem prawdy. Dziś w Europie zakazane jest powiedzieć prawdę. Kaganiec jest kagańcem, nawet z jedwabiu. Jest zakazane powiedzieć, że dziś nie przybywają uchodźcy, lecz Europie zagraża wędrówka ludów. Jest zakazane powiedzieć, że dziesięciomilionowe tłumy czekają w gotowości, żeby ruszyć w naszym kierunku. Jest zakazane powiedzieć, że migracja przynosi przestępstwo i terror do naszych krajów.

Jest zakazane powiedzieć, że tłumy innej cywilizacji są zagrożeniem dla naszego stylu życia, kultury, zwyczajów, tradycji chrześcijańskich. Jest zakazane powiedzieć, że ci co wcześniej przybyli zamiast integracji zbudowali własny świat, z własnymi prawami, ideami, które rozwierają tysiącletnie ramy Europy. Jest zakazane powiedzieć, że to nie łańcuch przypadkowych i nieumyślnych konsekwencji, lecz zaplanowana akcja, tłum ludzi prowadzonych na nas.

Jest zakazane powiedzieć, że w Brukseli dziś pracują nad tym, żeby jak najszybciej przywieźli i zasiedlili u nas obcych. Jest zakazane powiedzieć, że celem zasiedlenia jest przerysowanie wzorów religijnych i kulturalnych Europy i przebudowanie etnicznych podstaw, usuwając ostatnie bariery internacjonalizmu, czyli państwa narodowe. Jest zakazane powiedzieć, że Bruksela zabiera kawałki naszej narodowej suwerenności, że w Brukseli pracują nad planem Stanów Zjednoczonych Europy, do czego nikt, nigdy ich nie uprawnił. Dzisiejszy przeciwnicy wolności są inni niż dawni władcy, czy władcy systemu sowieckiego. Innymi metodami zmuszają do poddania się. Dziś nie zamykają w więzieniach, nie zabierają do łagrów, nie okupują czołgami państwa przywiązane do własnej wolności. Dziś wystarczą ataki prasy światowej, stygmatyzacja, straszenie i szantaż. Czy raczej wystarczało. Do tej pory.
Narody Europy obudziły się, uporządkowują się i niedługo wstaną. Narody Europy zrozumiały, że chodzi o ich przyszłość. Nie tylko dobrobyt i wygodne życie, praca, ale nasze bezpieczeństwo i pokój jest zagrożony. Śpiące w dobrobycie narody Europy wreszcie zrozumiały, że zagrożone są zasady, na których Europa została zbudowana.
Europa to chrześcijaństwo, wspólne życie wolnych i niezależnych narodów, równouprawnienie kobiet i mężczyzn, wyścig fair, solidarność, honor, pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To niebezpieczeństwo nie atakuje nas jak wojny i katastrofy nagle. Wędrówka ludów to cicha woda, która wytrwale rwie brzegi. Pokazuje się, jako sprawa humanitarna, lecz jej prawdziwa natura, to zajęcie przestrzeni. To co dla nich jest zajęciem przestrzeni, dla nas jest utratą przestrzeni.

Wojownicy praw człowieka czują potrzebę, aby nas pouczać i oskarżać. Ponoć jesteśmy wykluczający i wrodzy. Prawda jest taka, że nasza historia, to historia przyjmowań i łączenia kultur. Kto zgłaszał się jako nowy członek rodziny, sojusznik, czy przybysz uciekający aby przeżyć, tego wpuściliśmy i znalazł u nas nową ojczyznę. Kto przybył, aby zmienić nasz kraj, uformować nasz naród na własną modłę, kto przybył z agresją i wbrew naszej woli, zawsze spotkał sprzeciw.

za: http://niezalezna.pl/77671-dzis-w-europie-nie-mozna-mowic-prawdy-cale-przemowienie-orbana

Mar 07

Przemówienie podsumowujące rok (18. Raport o stanie państwa) – całość

Budapeszt, 28 lutego 2016

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Szanowny Panie Prezydencie [János Áder]!
Szanowny Panie Prezydencie Pálu Schmitt z małżonką!
Szanowny Panie Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego [László Kövér]!

Życzę pięknej niedzieli wszystkim zebranym tu, w Budapeszcie, a także przed ekranami, w kraju i poza jego granicami. Z książki pt. Mała węgierska pornografia [z 1984] (śmiech na widowni) – młodym podpowiadam, autorem jest [Péter] Esterházy – dowiadujemy się, jakie winno być dobre polityczne przemówienie. Dobre wystąpienie polityczne, twierdzi w tej książce towarzysz Gerő1 – młodym mówię, że chodzi o lata 50. – powinno traktować o programie, który nie kosztuje zbyt wiele, wzbudza wielkie zaskoczenie, a i ludowi sprawia radość. Na to Tibor Déry2 odpowiada mu, aby na jednym słupie mostu nad Dunajem powiesił Mihálya Farkasa3, a na drugim siebie samego. To nie będzie wiele kosztować, będzie wielkim zaskoczeniem, a ludowi sprawi radość. (śmiech, oklaski)

Dziś, oczywiście, sprawy nie są już takie proste. Nie da się już przeciąć węzła gordyjskiego, jakim jest zadanie napisania dobrego przemówienia politycznego, jednym frapującym żartem. Dziś już nie wystarczy postawić nieśmiertelne pytanie, jak się pozbyć komunistów. Już choćby dlatego, że wprawdzie od czasów „przedziurawienia” państwowej partii komunistycznej upłynęło 26 lat, wciąż nie ma powszechnej zgody co do tego, czy uwolniliśmy się od komunistów. Więcej, nie wiemy tak naprawdę, czym miałoby być to uwolnienie się. I nie ma ostatecznego rozstrzygnięcia tezy filozofa Gáspára Miklósa Tamása, czy z mąki komunistów da się upiec demokratyczny chleb.

Mało tego, nie wiemy nawet, czy te pytania są w ogóle racjonalne, a jeśli tak, to czy mają jeszcze znaczenie?Albowiem, Szanowni Panie i Panowie, 2 600 000 młodych obywateli naszego kraju urodziło się po epoce systemu komunistycznego, a wliczając również tych, którzy w 1990 roku mieli najwyżej 15 lat, czyli byli jeszcze dziećmi, widzimy, że spośród żyjących dziś na Węgrzech 10 milionów obywateli 4,8 miliona nie posiada własnych wspomnień politycznych o komunizmie.

Pomyślmy też o tym, że miejsce męczącego nas kiedyś dylematu „czy uciekać za granicę?” zajął dylemat „czy podjąć pracę za granicą?”. Zamiast pytań o politykę przemysłową kraju żelaza i aluminium, pochłania nas kwestia informatycznej rewolucji. Zamiast trapić się postępami państwowej gospodarki planowej, zastanawiamy się, jak przezwyciężyć neoliberalną politykę gospodarczą.

Już nie to nas gnębi, jak tu się wyrwać z RWPG [Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej], lecz jak obronić nasze narodowe interesy w Unii Europejskiej. Czas przeleciał. Wiele wody upłynęło w Dunaju. A my, posiwiali uczestnicy transformacji systemowej, ciągle stajemy wobec problemów do rozwiązania. Trudno się dziwić, że pojawiają się wciąż dociekania dotyczące zmiany warty i pokoleń.

Istnieje już nawet partia opozycyjna domagająca się od nas, którzy obaliliśmy stary system, byśmy ustąpili młodszemu pokoleniu. Déjà vu. Stare piękne, junackie czasy! Nasz słynny winiarz Ferenc Takler – chyba myśląc o sobie – powiedział, czy też zacytował: zanim przekażemy sztandar kolejnemu pokoleniu, potrzymajmy go jeszcze trochę. (śmiechy)

Dziś, Szanowni Państwo, w pierwszym rzędzie mam mówić o czasie. Dokonujemy oceny minionego roku, zastanawiamy się, co nas czeka w nadchodzących miesiącach, dlatego najpierw musimy znaleźć odpowiedź na pytanie, w jakim punkcie się dziś znajdujemy? W jakim stanie są dziś Węgry, w jakim położeniu Węgrzy, żyjący w Basenie Karpat?

Możemy cieszyć się wolnością i niepodległością w stopniu, jaki rzadko bywał nam dany w ciągu minionych stu lat. Nie ciąży nam tyrania czy okupacja, sami wybieramy własne rządy. Ustawa Zasadnicza gwarantuje równowagę naszych jednostkowych i wspólnotowych wolności i obowiązków, określa ich granice. Prawa ustanawiane są przez deputowanych, których naród wybrał w sposób wolny. Nieskrępowanie można korzystać z wolności poglądów i słowa, zaś gromadzić się i stowarzyszać nie tylko można, ale jest to korzystne, a nawet pożyteczne.

Trudniejszym pytaniem jest, gdzie dziś znajdują się Węgry na historycznej osi czasu? My, którzy połowę swego życia przeżyliśmy w komunizmie, a połowę w wolnej Ojczyźnie – osobiście 26 lat przeżyłem tam, a 26 tu – skłonni jesteśmy ulegać pewnemu złudzeniu. Czasem łapiemy się na tym, że przeżywamy dni tak, jak byśmy jeszcze ciągle żyli w XX wieku lub w jakimś jego przedłużeniu, a przecież przekroczyliśmy już jedną siódmą XXI wieku. Jeśli XXI wiek wyobrazimy sobie jako tydzień, to jesteśmy przy wtorku. Przed nami jeszcze długi tydzień, ale on już na dobre się rozpoczął. Albo czy uświadamiamy sobie, że od pierwszych wolnych wyborów, od końca komunizmu i obcej okupacji, czyli od roku 1990 upłynęło już więcej czasu, niż wynosił okres pomiędzy dwoma wojnami światowymi? Czy uświadamiali sobie Państwo, że okres od zmiany ustroju już jest dłuższy od okresu rządów Horthyego, a jeszcze tylko 7 lat, i przekroczy długość rządów Kádára. Duża liczba przeżytych lat żąda, byśmy powiedzieli sobie coś o dzisiejszej sytuacji Węgier w wymiarze historycznym.

Jestem jednym z czterech deputowanych, którzy biorą udział w życiu publicznym Węgier od roku 1990, czyli ponad trzydzieści lat „wiosłuję na galerach” krajowej i międzynarodowej polityki. Daje to już pewien dystans i chyba uprawnia oraz wystarcza do tego, bym mówił o historycznych wymiarach.

Występuje tu jednak pewna okoliczność, z którą trzeba się zmierzyć. Gdy w polityce lub w życiu naszego narodu stawiamy sobie za cel zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego, musimy się liczyć z tym, że taki cel nie jest czymś takim jak obiekt w terenie. Dlatego nie ma tu jakichś wymiernych odległości, trudno, wręcz niemożliwe jest określenie, jaką część drogi już pokonaliśmy.

Możemy stwierdzić, że jesteśmy w połowie trzeciej kadencji naszych rządów, ale nie możemy powiedzieć, jaką część okresu społeczeństwa obywatelskiego stanowi tych dziesięć lat. Nawet Kolumb, będąc na środku Oceanu Atlantyckiego, nie wiedział, że jest w połowie drogi. My też nie wiemy, i chyba nie warto zaprzątać sobie głowę tym, czy pokonaliśmy piątą część czy już połowę naszej drogi. Pamiętam, że podobnie było w połowie lat osiemdziesiątych, w ostatnich latach ustroju komunistycznego. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa agonia ustroju kádárowskiego, ile czasu zajmie nam dotarcie do świata wolności i niepodległości. Wiedzieliśmy tylko jedno: że teraz można. Teraz można, teraz ma sens odważna walka, teraz można działać – wszystko inne jest w rękach Pana historii.

Jak uczył Bismarck, kanclerz – twórca Niemiec: człowiek czeka, aż w kłębowisku wydarzeń usłyszy odgłos kroków Boga, a wtedy musi skoczyć i złapać się skraju Jego szaty, to wszystko, co możemy zdziałać. Tak to widzę także dziś. Dziś można działać, można tworzyć, teraz bycie odważnym ma sens, warto wytrwale stawiać kroki, iść do przodu, ze świadomością celu i ufnością, pewnością siebie. Gdyż teraz powstaje, teraz można budować to, co uważamy za obywatelskie Węgry, ustrój obywatelski, epokę narodowo-chrześcijańską, państwo Węgrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Jeśli odważymy się spojrzeć wstecz na ostatnie 150 lat, aż do ugody [austriacko-węgierskiej z 1867r.], zobaczymy, iż potrzeba nam było prawie 50 lat, byśmy mogli zostać zaliczeni do tych krajów europejskich, które odniosły sukces. W ciągu 50 lat dokonaliśmy cudu. Z Budapesztu – serdecznie pozdrawiam jego nadburmistrza – stworzyliśmy miasto, które przyjeżdżali podziwiać ludzie z całego świata. Przemysł przeżywał rozkwit, rolnictwo swój złoty wiek, ludność pochodzenia węgierskiego przekroczyła 50 proc. liczby mieszkańców ówczesnych wielonarodowych Węgier, pomimo wszelkich trudności byliśmy silni, wykształceni i zasobni. I kto wie, czego jeszcze moglibyśmy byli dokonać tu, w środku Europy, gdyby wiedeński dwór nie upadł na głowę i nie wciągnął nas w wojnę. W naszym tu wywodzie ważne jest tylko to, że w ciągu 50 lat udało się nam osiągnąć najlepszą formę. Jeśli przyrównamy do tego naszą obecną pozycję, trzeba stwierdzić, że takiej formy jeszcze nie osiągnęliśmy, gdyż nie dysponowaliśmy dotąd 50 latami, a tylko 26.

Dzisiejsze nasze położenie moglibyśmy też określić miarą rządów Horthyego. To zaś jest pole grząskie, podmokłe, bagniste i niebezpieczne, a takie lepiej omijać. Możemy jednak stwierdzić, że pomimo wojennej przegranej, pomimo znacznego okrojenia kraju i pomimo światowego kryzysu gospodarczego zdołaliśmy stanąć na nogi, a nasze drzewo, choć przepiłowane na pół, wydało nowe pędy, wypracowaliśmy wybitne osiągnięcia na polu dyplomacji, wojskowości i gospodarki. Nasz produkt narodowy brutto mierzony na głowę przekroczył hiszpański, irlandzki, fiński czy portugalski, nie mówiąc o polskim, jugosłowiańskim czy rumuńskim. I choć wojna światowa przerwała ten okres i pogrzebała go, tyle możemy powiedzieć, że 21 lat pokoju okazało się za mało na spożytkowanie naszych talentów i mocy, do czego czuliśmy się zdolni na podstawie poprzedniego okresu.

W epoce komunizmu nie byliśmy ani wolni, ani niepodlegli, żyliśmy jak przygięci do ziemi, osiągnięte wtedy wyniki, do których dochodziliśmy siłą instynktu przetrwania, chęcią przeżycia, nie mogą stanowić wykładni dla dzisiejszych wolnych i suwerennych Węgier. Reżim komunistyczny może nam teraz pomóc w określeniu naszej obecnej pozycji tylko jednym nowym pytaniem. Chodzi tu o najważniejszą, śmiertelnie poważną zagadkę naszego życia: jeśli przez 45 lat idzie się wciąż w głąb lasu, to ile potrzeba lat, aby z tego lasu wyjść całkowicie?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Co się tyczy naszych 26 lat po roku 1990, musimy rozpocząć od zaskakującego faktu, że na początku lat 90, zaczęliśmy coraz bardziej odstawać od Europy Zachodniej, bardziej niż poprzednio, pomimo że Węgry stały się demokracją i przyjęły gospodarkę rynkową. Podobnie zadziwiającym faktem historii naszej gospodarki jest to, że wszystkie kraje naszego regionu, które w 2004 przystąpiły do Unii, wykorzystały gospodarcze możliwości tego akcesu, wszystkie, z wyjątkiem Węgier. Trudno zrozumieć, jak to możliwe, że my, Węgrzy byliśmy takimi ciamajdami. W czasie gdy inni się rozwijali, u nas panoszyły się zadłużenie, kredyty dewizowe, dziura budżetowa, inflacja, deficyt bilansu płatniczego, bezrobocie. W końcu nastąpił krach finansowy, obroża i smycz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, niewolnictwo zadłużenia.

Jeśli Państwo pozwolą, nie będę znów przytaczał tego, o czym wiele razy mówiłem, w jaki sposób obywatelski i chrześcijański rząd w ciągu trzech lat wyprowadził kraj z tej beznadziejnej i pogmatwanej sytuacji, stosując nową politykę gospodarczą i nową politykę narodową. Wystarczy fakt, iż w ciągu trzech lat dokonaliśmy konsolidacji budżetu, ustabilizowaliśmy gospodarkę, uniknęliśmy bankructwa państwa, zahamowaliśmy inflację, ograniczyliśmy bezrobocie w stopniu nie byle jakim: z 11,5 proc. do 6,2 procenta. Odesłaliśmy do domu MFW, prze upływem terminu spłaciliśmy ich kredyt, a w tym roku spłacimy co do grosza kredyt z Unii Europejskiej. (oklaski) Summa summarum: w 2014 roku zamknęliśmy okres stabilizacji naszej gospodarki 3,7 procentowym wzrostem i otworzyliśmy nowy etap. Wzięliśmy rozpęd i  zainicjowaliśmy etap konwergencji gospodarczej. Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy obecnie w fazie odzyskania szansy kolejnego historycznego wyrównania poziomu.

Szanowni Państwo!
Proszę jednak nie wierzyć, że gospodarcze „doganianie” innych to rzecz prosta, łatwa i powszechna. Przeciwnie! To rzadkość jak biały kruk. W minionym pięćdziesięcioleciu do grona najbardziej rozwiniętych udało się doszlusować mniej niż dziesięciu krajom. Mniej niż dziesięć krajów w ciągu minionego półwiecza! Cokolwiek stanie się dalej, już możemy powiedzieć, że udało nam się wytyczyć przed sobą nową trasę. W przeciągu pięciu lat zmniejszyliśmy podatek dochodowy od osób fizycznych z 35 proc. do 15. W ciągu pięciu lat pozostawiliśmy w rodzinnych budżetach 1.300 mld forintów. O 25 proc. zmniejszyliśmy koszta opłat komunalnych. Również w ciągu pięciu lat najniższa płaca na Węgrzech wzrosła półtorakrotnie. (oklaski) Dokonaliśmy tego razem, państwo i rynek, rząd i sektor biznesowy, pracodawcy i pracobiorcy, węgierskie firmy mikro, małe i średnie oraz krajowe filie globalnych korporacji. Dokonaliśmy tego razem i wspólnie możemy być z tego dumni. Węgierskie reformy są skuteczne. Tej wspólnej walki i współpracy potrzeba będzie w następnych latach, a nawet w następnych dwóch dekadach. Jeśli będzie praca, inwestycje, zaufanie i wsparcie, Węgry będą mogły się rozwijać po torze wznoszącym się.

Dlatego, Szanowni Państwo, wszelka polityka oparta na walce klas ma ograniczone pole widzenia i jest pozbawiona sensu / głupia. Na próżno idee rodem z Manifestu Komunistycznego, Kapitału Marxa czy z modnych, lewackich uniwersyteckich ław występują pod nowymi płaszczykami, trzeba je odpierać w sposób jak najbardziej zdecydowany i zjednoczonymi siłami zwolenników trzeźwego myślenia trzymać z daleka od władzy. (oklaski) Zamiast dziecinnych marzeń, romantyki walki klasowej, przeciwstawiania sobie i wzajemnego podżegania pracodawców i pracobiorców, małych przedsiębiorstw i korporacyjnych potęg, potrzebujemy jednoczenia interesów, współpracy, synchronizacji. Do tego zaś trzeba dużej, silnej, stabilnej partii ludowej oraz takiego samego rządu, służącego interesom obywateli.

Gdzież więc się dziś znajdujemy? Wiele już się wydarzyło, ale wiele musi się jeszcze wydarzyć. Mamy już za sobą większość reform gospodarczych, administracyjnych, szkolnictwa, służby zdrowia, kultury i ustroju agrarnego. Obroniliśmy emerytury i emerytów, wspieraliśmy rodziny ponad nasze siły. Przywróciliśmy porządek publiczny, a policji poczucie własnej godności, zbudowaliśmy też system antyterrorystyczny i zarządzania w obliczu katastrofy. Ocaliliśmy nasze szkoły i szpitale, ponieważ samorządy utrzymujące szkoły i szpitale w roku 2010 zbankrutowały. To prosty ekonomiczny fakt, by go pojąć nie trzeba być fizykiem jądrowym: jeśli bankrutuje ten, kto utrzymuje daną instytucję, bankrutuje również ta instytucja. Ten fakt pozostaje faktem również wtedy, gdy dzieje się tak bez winy nauczycieli czy lekarzy. Rząd zdjął z bark upadłych samorządów długi o łącznej wartości 1.264 mld forintów. Ci, którzy dziś ogłaszają koniec świata z powodu kilku miliardowego zadłużenia KLIKu – centralnego urzędu szkolnictwa, nie muszą się martwić. Skoro daliśmy sobie radę z kredytem z MFW, skoro poradziliśmy sobie z 1.200 mld długu samorządów, to dług tego urzędu też nas nie przygniecie. (oklaski) W sferze służby zdrowia na podstawową opiekę zapewniliśmy o 40 proc. więcej środków w porównaniu z rokiem 2010. O połowę skróciliśmy listy oczekujących. Na rozwój szpitali przeznaczyliśmy ponad 500 mld forintów. Trudno znaleźć podobne osiągnięcia w naszej historii. Szpitale na prowincji w znaczącej większości przyjmują chorych w warunkach odpowiadających XXI. wiekowi. Problem mamy w Budapeszcie, musimy zbudować nowy, duży szpital stołeczny.

Ogólnie rzecz biorąc mogę powiedzieć, że jesteśmy wdzięczni nauczycielom i pracownikom służby zdrowia i doceniamy ich pracę. Mają oni rację, że choć wzrost płac jest sukcesywny i znaczący, lecz wciąż niesatysfakcjonujący. Marna pociecha w tym, że dziś na Węgrzech podobnie jest w prawie każdym zawodzie. Węgry mogą dziś udźwignąć z czystym sumieniem i trzeźwym umysłem tylko tyle, żeby każdego roku każdy mógł postąpić o krok do przodu. Ramy długości i tempa tych kroków określają każdorazowe wyniki gospodarki. Również ja cenię jasne stawianie sprawy. Popieram tylko taki wzrost płacy – czy to w sektorze budżetowym czy prywatnym – ale wówczas usilnie go wspieram, który ma pokrycie w gospodarce, za którym stoi wzrost ekonomiczny.

I w ten sposób, Szanowni Państwo, dotarliśmy do najważniejszych pytań nadchodzących lat. Obecne tempo wzrostu gospodarczego nie jest zadowalające, a jego trwałość nie jest zabezpieczona. Jest tak dlatego, ponieważ węgierska gospodarka wciąż nie jest wystarczająco konkurencyjna. Weźmy za przykład węgierskie rolnictwo, z którego tak jesteśmy dumni, a które w ostatnich latach biło historyczne rekordy. Nawet dziś nasza wydajność z hektara stanowi 48 proc. unijnej. Moglibyśmy przytoczyć wiele podobnych przykładów, również z dziedziny przemysłu. Dlatego jeszcze wiele musi się zmienić w kwestii konkurencyjności naszej gospodarki. Obniżanie podatków, redukcja biurokracji, bardziej życiowe szkolnictwo zawodowe, szybsze orzecznictwo sądowe, informatyzacja, poprawa organizacji, innowacyjność technologiczna, wyższa kultura przedsiębiorczości i biznesu. Czeka nas jeszcze ogrom pracy w tej kadencji.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!
Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Węgrzy tylko wtedy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier. Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!
Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!
A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi? Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.
W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!
Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej zachodnioeuropejskich fabryk.

Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.

Szanowni Panie i Panowie!
Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu. Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.

Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. (oklaski) Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.

Szanowni Państwo!
Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. (śmiechy, oklaski) To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

Moi Drodzy Przyjaciele!
Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet takiej intencji.

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu jest martwa. Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z którego chcieliśmy się wyrwać.

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy byli solidarni i pomagali.

Drodzy moi Przyjaciele!
To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też kamiennych mózgów. (śmiechy, oklaski) Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. (oklaski) Zamiast to zrozumieć, z Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle. (śmiechy)

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło lewicowych liberałów z Sojuszu Wolnych Demokratów – SzDSz]. (śmiechy, oklaski) To zaś oznacza, że prawdziwy problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony imigrantów. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!
Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!
Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej. Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.] Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało. Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!
Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim. Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!
Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.
Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!
Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę. Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.
W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości. Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim w wersji 2.0.

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [ur. w Krakowie z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, jak potop zbliżającym się masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku, Panie Prezydencie!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok!
Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

tł. HPA

Gru 13

Przemówienie na Kongresie FIDESZ

Szanowny Kongresie! Drodzy moi Przyjaciele, nasi Sprzymierzeńcy z kraju i z Basenu Karpat! Szanowni Goście, Panie i Panowie!

Gdy wczoraj mój przyjaciel László Kövér [przewodniczący Parlamentu] zapytał, o czym dziś będę mówił, odpowiedziałem, że o wszystkim, a nawet między innymi o wszystkim. Rzecz jasna, sytuacja nie jest aż na tyle krytyczna. Będę więc mówił tylko o kraju, o Europie i o nas.

Dwadzieścia siedem lata temu, jesienią roku 1988 przeżywaliśmy pierwszy kongres Fideszu. Jest tu sporo ludzi, z którymi od prawie trzydziestu lat szlifujemy nasze miejsca pracy i siebie nawzajem w dobrej i złej doli. Lecz nawet po tych trzech dekadach najwspanialszym uczuciem jest to, że widzi się starych towarzyszy walk, z którymi razem siwiejemy, a jednocześnie widzi się nowszych, z którymi staliśmy się coraz to silniejsi.

Żargon partyjny mówi tylko tyle: kongres, kongres Fideszu, ale w rzeczywistości to są najpiękniejsze chwile naszego wspólnotowego życia. Być razem, spotykać się, wspominać przebytą drogę, oceniać teraźniejszość i planować przyszłość. Nie można jednak z czystym sumieniem świętować w cieniu powodzi czy terrorystycznego ataku. Nie może być mowy o świętowaniu, gdy zagrożone jest życie innych lub owoc pracy całego życia. Dlatego przesunęliśmy nasz kongres na dzisiaj i choć już jesteśmy w Adwencie, to była to dobra decyzja.

Pamiętam, jak 27 lat temu, gdy zbieraliśmy się w Teatrze Jurta, jeszcze na dobre stacjonowały tu sowieckie jednostki, roiło się od milicji i agentów, ale my już czuliśmy w powietrzu wiatr zmian, którego nie sposób było zatrzymać. A dokładniej, raczej czuliśmy, że to my stanowimy tę przemianę.

Wielu uśmiechało się, gdy młodzieńczą głową dwudziestolatków postanowiliśmy stworzyć partię polityczną i wystartować w pierwszych wolnych wyborach do parlamentu. Nie byliśmy profesjonalistami, jedynie zapał nas napędzał, ale przecież wiecie, że Titanica budowali specjaliści, a Barkę Noego – laik.   Dziś zaś przeżywamy nasz XXVI. Kongres, który przypada w czasie trzeciej kadencji naszych rządów. Razem z naszymi sprzymierzeńcami stanowimy najstarszą i największą partię w Europie Środkowej, nasza wspólnota jest największą i odniosła największe sukcesy. Gdybyśmy wtedy nie zdecydowali się rozpocząć, dziś by nas nie było. Z nami tak zawsze było. Przychodzimy z czymś, mówią, to niemożliwe, wyśmiewają nas, później, gdy mimo wszystko już to zrobimy, tylko rozdziawiają buzie, jak karp w reklamówce.

Mówią, że Fidesz to partia, która nie tyle ma rację, co rację będzie miała. Inną sprawą jest to, co w polityce należy się takiej partii, która ma rację przed czasem, zbyt wcześnie. Dziękuję Wam, że mogę być częścią takiej fantastycznej wspólnoty, takiej zwycięskiej drużyny. Dziękuję za niezachwiane zaufanie. Iść na czele takiej politycznej wspólnoty podnosi na duchu i jest zaszczytem. Tak, jakkolwiek by to było niewiarygodne, Fidesz w Europie Środkowej jest partią najstarszą i największą w liczbie i sukcesach.

Nie dlatego jesteśmy partią sukcesu, że zwykliśmy zwyciężać w wyborach, choć skromnie możemy wspomnieć, iż w ostatnich dziewięciu latach wszystkie krajowe wybory wygraliśmy z olbrzymią przewagą. Wygrać wybory to dobra rzecz, ale to dopiero bilet do zwycięstwa, upoważnienie, by przemieniać słowa w czyn. Stara zasada mówi: w ostateczności zawsze mówią czyny, a my, Fidesz, znamy tę zasadę.   Chyba dlatego nasza historia może być tak długa i udana, że ludzie wiedzą, iż jesteśmy tymi, którzy działają, którzy wypełniają to, do czego się zobowiązali. Wielu uważa, że w tym kryje się klucz do sukcesu. Być może, ale tak samo ważne jest i to, że dobrze znamy tych, których reprezentujemy.

Dobrze znamy nasz własny gatunek ludzi, jego cnoty, błędy, mocne strony i słabości, dlatego też możemy wierzyć w tych ludzi. Albowiem my wierzymy w Węgry i wierzymy w Węgrów. Wierzymy, że Węgrzy w każdym czasie pomimo wszelkich przeciwności potrafią podnieść swój kraj nawet z najgorszej sytuacji.

Dlatego my, którym powierzono odpowiedzialność za rządy, jedno tylko musimy zapewnić – szansę i możliwość tego, by ludzie mogli pracować, kreować, tworzyć wartości i by swoją pracą, swoimi siłami mogli odnosić sukcesy.

Gdy czytałem słowa Oscara Wilde’a o Irlandczykach, rozpoznawałem w nich nas samych, Węgrów. Wilde pisał: „Uczciwi ludzie, bo nigdy nie mówią dobrze o sobie nawzajem”. Rzeczywiście, my też jesteśmy ludźmi dumnymi, znającymi swoją wartość, czasami krnąbrnymi, którzy do wszystkiego chcą dojść o własnych siłach. Jesteśmy narodem, który nigdy innych nie błaga, nie żebrze o ich pieniądze, nie chce być innym narodom ani panem, ani ich poddanym, nie chce ich utrzymywać ani być przez nie utrzymywanym.

Na takim fundamencie trzeba było i na takim tylko można było budować w roku 2010, gdy wyborcy powierzyli nam kraj balansujący na krawędzi bankructwa. Objęliśmy państwo, na które wszyscy w świecie machnęli już ręką, a i wielu w kraju. Cnota wyblakła, siła życia wyparowała, poczucie własnej wartości upadło, duch węgierski ledwie się tlił. Już byliśmy zaksięgowani jako gotowi do wrzucenia do gara, razem z Grekami. Więcej, my jeszcze przed Grekami.

W istocie spisano nas na straty, aczkolwiek zrobiono dla nas jeszcze tyle, że przysłano Międzynarodowy Fundusz Walutowy, by zadać cios łaski. Do tego momentu udało się nam przejąć władzę i dobrze, że to my ją przejęliśmy, gdyż w domu nauczono nas pierwszej zasady dołka: jeśli w nim jesteś, przestań dalej kopać. Wystarczająco głęboki był dół Gyurcsányego i Bajnaiego; brakowało nam tylko tego, by na kark zwaliła nam się jeszcze jedna koparka. Cóż, Fundusz pięknie odesłaliśmy z kwitkiem.

Moi Przyjaciele!

Od tamtego czasu minęło zaledwie pięć lat i dziś osiągnęliśmy to, że jednym z najpewniejszych punktów Europy są właśnie Węgry. Wielu by się cieszyło, gdyby ich finanse miały tak mocne podstawy jak nasze i gdyby mieli takiego ministra finansów jak nasz. Nie przypadek, że wybrano go najlepszym ministrem. Brawo, Michale [Varga]!

Biorąc wszystko pod uwagę, większość krajów Europy z wielką radością pogodziłaby się z faktem posiadania takiego wzrostu gospodarczego jak węgierski, cieszyłaby się naszymi wskaźnikami bezrobocia i zatrudnienia. Wielu odetchnęłoby z ulgą, gdyby tak jak nam udało im się ograniczyć dług publiczny, zlikwidować kredyty walutowe, obciąć podatki, podnieść płace, w tym samym czasie zachować wartość emerytur i znaczącymi sumami wspierać rodziny.

Dziś już, moi Drodzy Przyjaciele, nie balansujemy na bagnie, zbudowaliśmy mocne fundamenty, pod nogami mamy twardy grunt, znaczy to, że mamy od czego się odbić do skoku. Wiemy i widzimy, że nasz kraj czekają jeszcze twarde i ciężkie boje, a więc i nas, lecz mamy skąd czerpać siłę. Jedno słowo, warte stu innych, Drodzy moi Przyjaciele, jesteśmy tu 30 lat. Dobra wiadomość dla naszych zwolenników, zła dla naszych przeciwników: przez następne 30 lat też tu będziemy.

Szanowni Delegaci!

Skąd czerpaliśmy do tego siły? Jeśli przyjrzymy się ostatnim pięciu latom, możemy dostrzec, że nasza siła generalnie kryje się w tym, iż odważnie wyznaczyliśmy sobie takie cele, które inni uważali za niemożliwe. Najczęściej były to rzeczy, których każdy by pragnął, ale nikt by ich nie uważał za możliwe do zrealizowania.

Już na tej podstawie widać, że być może odwaga jest w życiu najważniejszą cechą. Mówi się, że każdy może być szczęśliwy, czy to piękny czy brzydki, mądry czy głupi, nawet i pracowity, i leniwy, ale tylko lękliwy nie może być szczęśliwy. Jeśli tak patrzymy, to wolność właściwie jest prawem do odwagi, a my, fideszowcy, skorzystaliśmy z tego przysługującego nam prawa.

Wypowiedzieliśmy rzeczy dotąd uważane za tabu, uczyniliśmy je naszym programem, później wraz ze zdobyciem władzy podniesione one zostały do rangi interesów narodowych. Powiedzieliśmy o zjednoczeniu narodu i o podwójnym obywatelstwie, na rok 2010 uczyniliśmy je programem i stały się one sprawą narodu, i prawie cały Parlament zagłosował za nimi.

Kto by pomyślał, że koszty komunalne można nie tylko podwyższać, ale i obniżać? Powiedzieliśmy to, umieściliśmy to w naszym programie partyjnym, później rządowym, w końcu stało się to sprawą narodową. Dziś nawet socjaliści skradają się do ciepła bijącego od tej obniżki. Mógłbym powiedzieć, że ludzie w końcu to im zawdzięczają, przecież gdyby nie było Ildikó Lendvai i jej towarzyszy, to nie byłoby czego obniżać.

Kto by pomyślał, że można uwolnić kraj od kredytów walutowych, a nawet rozliczyć banki? Mieliśmy odwagę to wypowiedzieć, uczynić programem partii, wnieść do programu rządu, w końcu stało się to sprawą narodową. Tę drogę do osiągnięcia rangi narodowej przeszły sprawy przywrócenia porządku, wzmocnienia policji, wspierania rodzin, uczestnictwa banków i koncernów międzynarodowych w ponoszeniu kosztów publicznych.

Doszliśmy do tego, że politycy opozycji bez najmniejszego zmieszania zachowują się tak, jakby te kwestie od zawsze należały do spraw narodowych. Nie zapominajmy – obok pokornie wspomnianych naszych zasług – że o tym, co stanie się sprawą narodową, decydują wyłącznie obywatele, poprzez swoje poparcie, poprzez przekonanie do niej polityki, czasem poprzez wymuszenie tego wprost.

Tu jest okazja, byśmy podziękowali Węgrom za to, że naszą Ojczyznę uczynili krajem, w którym na nowo interesy narodowe zyskały prawo istnienia; krajem, w którym ponownie istnieje możliwość podążania w jednym kierunku.

Szanowny Kongresie!

Polityka jest jak katarynka, której nie wolno się zatrzymać. Z radością zauważyłem, że kręgi inteligencji chrześcijańskiej zainicjowały publiczną debatę, głośne myślenie o tym, jak Węgry powinny się rozwijać w ciągu dekady, dwóch. Tej pracy nie możemy zaoszczędzić i trudno znaleźć ludzi bardziej odpowiednich do tego zadania. Dziękujemy im, że podjęli się tego.

Możemy być dumni, że Węgry wciąż są krajem – gdzie indziej to już wyszło z mody – w którym ludzie o narodowych odczuciach, myśliciele, naukowcy, artyści, inżynierowie, lekarze i duchowni podejmują ten wielki ciężar, który zwykło się nazwać odpowiedzialnością ludzi ducha, inteligencji. Celem jest spokojne i dogłębne przedyskutowanie obywatelskiego systemu, stworzenie dokładnego obrazu teraźniejszości i przyszłości, z którego zrodzą się nowe myśli i nowe narodowe interesy.

Szanowni Delegaci!

System obywatelski ma nie tylko program i treść, ale też swoją politykę, czyli sposób, drogę i praktykę, którymi tamte można zrealizować. Każdy wie, odczuwa to na własnej skórze, że nasza wspólnota polityczna inaczej zabrała się do dzieła, inaczej uprawia politykę, niż to było tu w zwyczaju przed rokiem 2010. Inaczej też uprawiamy politykę, niż jest to w zwyczaju obecnie w Europie.

Najważniejsze jest to, że my wysłuchujemy ludzi. Dlatego ich słuchamy, gdyż chcemy tworzyć punkty porozumienia pomiędzy ludźmi a rządem. W przypadku spraw ważnych bez takiego porozumienia nie da się demokratycznie rządzić. Pomyślcie choćby o kwestii imigrantów. Nie jesteśmy gnuśni, leniwi, nie zamykamy się w naszych biurach, nie obserwujemy życia z siedziby partii, lecz konsultujemy się, pytamy, słuchamy ludzi.   

Również i to należy do naszych własnych atrybutów – i jest nowością szczególnie w stosunku do socjalistów – że w każdych okolicznościach reprezentujemy interesy Węgier, nigdzie nie zbaczamy. Znamy układy sił, wiemy, jaka jest siła bicepsów innych i naszych, ale nie damy się szantażować i nikomu automatycznie nie przyznajemy racji, tylko z tego powodu, że ma mocniejszy głośnik.

Gdy trzeba, idziemy na zwarcie, gdy trzeba, wracamy, gdy trzeba, zawieramy porozumienie, ale zawsze cel jest ten sam: nasza polityka jest wyłącznie polityką przyjazną Węgrom. Jeśli my nie bronimy i nie reprezentujemy węgierskich interesów, nikt inny tego nie zrobi, dlatego tu, w Fideszie, zasadą życia jest codzienny patriotyzm.  

W dzisiejszym świecie już i to jest czymś odbiegającym od normy, że na ziemi stoimy na dwóch nogach, że punktem wyjścia jest rzeczywistość, a nie ideologia, że szukamy rozwiązań problemów ludzi, że ich szczęście, bezpieczeństwo są najważniejszymi sprawami rządu. Dla nas jedyną miarą politycznego sukcesu jest to, czy nasze decyzje dobrze służą interesom Węgrów, czy też nie.   I w końcu, Drodzy moi Przyjaciele, nasza polityka jest polityką działania. Obserwuję, że paraliż, kunktatorstwo, pozorowanie działań są niebezpiecznymi chorobami współczesnej polityki europejskiej. Potrzeba odwagi i siły, abyśmy mieli męstwo do podejmowania decyzji i siłę do działania.   

Drodzy moi Przyjaciele!

W następnych latach dalej będziemy pracować na rzecz systemu obywatelskiego. Polityka systemu obywatelskiego ma jasne cele. To są odważne cele. Wyznaczamy wobec kraju takie cele, których wcześniejsze rządy nie miały siły, a może nawet odwagi wyznaczyć.

Po pierwsze: mniej podatków i więcej pracy. Chcemy, aby na Węgrzech każdy, kto potrafi i chce, mógł pracować. Chcemy też, by każdemu opłacało się pracę podejmować. Chcemy, by ten, kto uczciwie pracuje, mógł się też ze swej pracy utrzymać, a według jej wydajności, mógł żyć w dobrobycie. Dziś pracuje o 550 tysięcy ludzi więcej, niż wtedy, gdy obejmowaliśmy rządy.

To piękne, a nawet bezprzykładne osiągnięcie, ale jesteśmy dopiero w połowie drogi, gdyż celem jest pełne zatrudnienie, dlatego rozwijamy przemysł narodowy, rolnikom zapewniamy dostęp do ziemi i z całą siłą dusimy biurokrację. Mniej podatków, więcej przedsiębiorstw, narodowy przemysł, węgierscy gospodarze, państwo wolne od biurokracji – to stworzy dalszych kilkaset tysięcy miejsc pracy.  

Naszym celem na dużą skalę jest wspieranie węgierskich rodzin. Wyznajemy, że bez silnych i zdrowych rodzin nie ma silnego i zdrowego kraju, nie ma sukcesu. Bez takich rodzin nie można odwrócić trendu wymierania społeczeństwa. Dlatego dla nas rodziny i dzieci, które mają się narodzić, oznaczają przyszłość Węgier i Europy. Chcemy, by każda rodzina miała dach nad głową.

Więcej, pragniemy i tego, by ten dach był ich własny, czyli by każda węgierska rodzina miała swój dom, który będzie ich własnością. Dlatego jutro złożymy w Parlamencie projekt, zgodnie z którym w następnych 4 latach VAT w budownictwie mieszkaniowym zostanie ograniczony z 27 do 5 proc., w harmonii z unijnymi przepisami.

Trzecim naszym wielkim celem jest to, by Węgrzy nie musieli żyć w strachu. Bezpieczeństwo i prawny porządek, surowe, ale sprawiedliwe przepisy, silna, przygotowana, młoda policja, stanowcze jednostki antyterrorystyczne, pewna siebie ochrona przed klęskami żywiołowymi. W ten sposób zdołamy ochronić kraj. Obronimy nasze granice, obronimy Węgrów przed przestępcami, terrorystami, nielegalnymi imigrantami.

Szanowny Kongresie!

Nie można dziś mówić w sposób poważny o sytuacji naszej Ojczyzny bez mówienia o sytuacji Europy. Widzimy, że zostaliśmy zalani. Europa jest w stanie inwazji, wygląda jak pole bitwy, a to, co dotąd zobaczyliśmy, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Ilu jeszcze wyruszy, ilu jeszcze szykuje się do Europy?

Myślę, że miliony, a nawet dziesiątki milionów. A widzimy też, że Unia dryfuje, jest słaba, niepewna, bezradna, miota się zamiast działać. Lewicowe elity Europy i przywódcy licznych krajów zamiast w końcu podjąć kroki w celu zatrzymania potopu imigrantów, zastanawiają się, jak rozwiązać problem ich masowego przyjęcia.

Jedna konferencja warta drugiej, znamy to, doświadczyliśmy tego, konferencja to zebranie takich ważnych ludzi, którzy sami nic nie mogą uczynić, ale razem zawsze potrafią stwierdzić, że w rzeczywistości nic nie trzeba robić. Adenauer powiedział kiedyś, że „Dziesięć przykazań Bożych dlatego są tak jednoznaczne, gdyż nie postanowiono ich na konferencji”.

Sytuacja zaś jest prosta i jasna: każdy trzeźwo myślący człowiek rozumie, że Europa nie udźwignie tylu ludzi, nie jest w stanie tylu ludziom dać pracy, zapewnić mieszkań, ochrony socjalnej i zdrowotnej, edukacji, wyszkolenia zawodowego, transportu. Gospodarka Europy i jej system zaopatrzenia padną pod takim ciężarem. Wcześniej, niżby dziś ktokolwiek to przypuszczał.   Lecz oprócz tego wszystkiego, na horyzoncie zbierają się jeszcze czarniejsze chmury. Wędrówki ludów zagrażają bezpieczeństwu Europejczyków, gdyż oznaczają spotęgowanie zagrożenia terrorem. A z terrorystami jest tak, że już nawet jeden to stanowczo za dużo. Tysiącami, dziesiątkami i setkami tysięcy przybywają do Europy ludzie, o których nic nie wiemy.

Skąd w rzeczywistości przychodzą, kim są, czego chcą, czy przeszli przeszkolenie, czy mają broń, czy są członkami jakiejś organizacji? Wędrówka ludów dodatkowo wzmacnia przestępczość. O tym w Europie nie wolno mówić, to nie jest politycznie poprawne, mimo to jest faktem: gdzie w Europie osiedliła się duża liczba imigrantów, tam z miejsca wzrosła liczba przestępstw.

Więcej jest kradzieży, więcej przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, więcej gwałtów. Czy to się podoba, czy nie, Przyjaciele, takie są fakty. Nie możemy przejść do porządku dziennego również ponad tym, że wędrówka ludów, masowy napływ osadniczy ludzi innych cywilizacji oznacza zagrożenie dla naszej kultury, sposobu życia, zwyczajów, tradycji. W zawrotnym tempie powstają równoległe społeczności.

Tylko zarozumiały Europejczyk uważa, iż inni również uznają nasz europejski sposób życia za bardziej wartościowy i upragniony od ich własnego. Jest właśnie na odwrót! Oni swoją formę życia uważają za wartościowszą, silniejszą i bardziej życiową od naszej. Nawet przez myśl im nie przeszło, by odrzucić swój styl życia, a przejąć nasz i się zasymilować.   Jeśli nawet na powierzchni panuje cisza – a do obecnych czasów tak było – to pod powierzchnią powstaje świat społeczności równoległych, który powoli, lecz zdecydowanie, krok po kroku, zgodnie z porządkiem natury wypycha nasz świat i spycha go do mniejszości, a w nim i nas, nasze dzieci i wnuki.

Jeśli tak dalej pójdzie, stracimy Europę. Mimo to europejscy przywódcy wysyłają kolejne, coraz to nowe zaproszenia, zamiast wysłać w końcu w sposób zdecydowany i uczciwie wiadomość, że na przybyszów nie czeka tu nic z tego, na co tak liczą. 

Szanowni Delegaci!

Jak mogło do tego dojść? Widać wyraźnie, że wydarzenia te nie są przypadkowe, to nie wypadek, to nie jakiś łańcuch niezamierzonych skutków, lecz zaplanowany i sterowany proces. Powstała dziwaczna wielka koalicja, koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrońców praw człowieka i brukselskich biurokratów.

Koalicja ta nie pracuje nad tym, by zakończyć wędrówki ludów, lecz wręcz przeciwnie, stara się sprowadzić tutaj imigrantów w sposób bezpieczny, szybki i prawny, i osiedlić ich między nami. Wątpliwa chwała, że pośród pomysłodawców oraz tych, którzy pociągają za sznurki, otwarcie przyznając się do tego jako programatorzy, reprezentowana jest i nasza Ojczyzna, w osobie pewnego znanego i niesławnego swego syna.

Drodzy moi Przyjaciele!

Jak doszliśmy

do tego? Dlaczego i w jaki sposób Europa stała się bezbronna? Dlaczego nie potrafi rodzących się kryzysów przewidywać i omijać? Dlaczego nie jest zdolna przynajmniej bronić się wobec kryzysów finansowego, gospodarczego, demograficznego, imigracyjnego?

Wiemy, ze gospodarka europejska jest zwapniała. Wiemy też, że znajdujemy się na demograficznej równi pochyłej. Mamy również świadomość ciężkich aberracji europejskiego superpaństwa. To oczywiście kłopoty, wielkie kłopoty, ale nie problemy śmiertelne, można się z nich wyleczyć. Prawdziwie śmiertelna choroba, która zagraża Europie, ma naturę raczej duchową.

U korzeni problemów kryje się jedna wspólna przyczyna: Europa już nie akceptuje samej siebie, swej tożsamości. Duchowość europejska i jej ludzie wierzą dziś w rzeczy powierzchowne i wtórne, w prawa człowieka, w postęp, w otwartość, w nowe formy rodziny, w tolerancję. To piękne i miłe rzeczy, ale w rzeczywistości drugorzędne, bo tylko wtórne.

Tak, dziś Europa wierzy w rzeczy wtórne, a nie wierzy w to, skąd i z czego te rzeczy się wywodzą. Nie wierzy w chrześcijaństwo, nie wierzy w trzeźwy rozum, nie wierzy w żołnierskie cnoty i nie wierzy w dumę narodową. Nie wierzy w to, co ją stworzyło, w to, co kiedyś stanowiło ją samą, nie wierzy w to, nie staje w obronie tego, nie argumentuje, nie walczy, a już w żaden sposób nie chce za to się poświęcać.

Europa nawet myśleć nie chce, ani mówić o tym, kim jest w rzeczywistości, a ponieważ nie akceptuje swej własnej tożsamości, nie akceptuje też różnorodności. A przecież bez odróżnienia siebie od innych, w konsekwencji nieuchronnie zatraca samą siebie. A przecież jaśniejsze to niż słońce, że Europa to starożytna Hellada, a nie Persja, to Rzym a nie Kartagina, to chrześcijaństwo a nie kalifat. Wyliczam tu bez żadnego wartościowania.

Fakt, że istnieje europejska cywilizacja jeszcze nie oznacza, że jest ona lepsza lub gorsza od innych. To oznacza tyle, że my jesteśmy tacy, a wy tacy. Rozróżnić, rozgraniczyć i przyznać się do europejskiej cywilizacji nie znaczy, że trzeba się zamykać. To znaczy tylko tyle – ale takie jest tego znaczenie – że nasza otwartość nie może prowadzić do naszej dezintegracji, do rozpłynięcia się w zetknięciu z obcymi, których przyjmiemy.  

Drodzy Przyjaciele!

Europa jest starym, lecz płodnym kontynentem. Przeżyła już wiele przerażających poglądów. Z niektórych pochodziły problemy, wręcz tragedie, niektóre do tego nie prowadziły. Problemy i tragedie wtedy się z nich rodziły, gdy Europa okazywała się słaba i nie była zdolna przeciwstawić się szalonym myślom.

Nie potrafiła na przykład przeciwstawić się wtedy, gdy powstawała idea dzielenia ludzi według ras, wartościowania ich według genetyki. W ten sposób Europa stała się domem rasizmu i narodowego socjalizmu.

Także wtedy Europa nie była zdolna się przeciwstawić, gdy zarażała ją myśl wartościowania ludzi według ich przynależności klasowej i przerabiania każdego na jedną formę homo sovieticus. Tak stała się Europa domem teorii walki klas i komunizmu.

Dziś to wszystko wydaje się absurdem, ale, moi Przyjaciele, wtedy to tak nie wyglądało. Mało tego, poważni ludzie o poważnych twarzach, w niezbitym przekonaniu o swojej moralnej wyższości napisali o tym całe biblioteki.

Dziś ponownie widzę armię poważnych ludzi, którzy z poważnymi twarzami, z przekonaniem o swej moralnej wyższości w nawias chcą zamknąć narody Europy i agitują na rzecz Stanów Zjednoczonych nowej Europy. To się źle skończy!   Europejska lewica – znów lewica – jest przekonana, iż Europa wtedy będzie szczęśliwa, gdy sprawimy, że znikną z niej narody – wspólnoty, które dają jej ducha, a w ich miejsce stworzymy europejskie superpaństwo. W Brukseli wielu podoba się ten plan i wielu też pracuje nad rzecz jego cichej realizacji.

Jednak ta Europa i taka Unia, którą my kochamy i do której naszą wspólną wolą wstąpiliśmy, Europa narodów – opiera się na solidarności narodów, na wzajemnym poszanowaniu i wspólnych poglądach, a nie na przychodzących z góry dyktatach i brukselskich rozporządzeniach. Teraz, na przykład, chcą narzucić nam, Węgrom, z kim tutaj razem mamy żyć.

Dobrze znamy sytuację, gdy inni, spoza Węgier chcą nam dyktować naszą przyszłość i nie chcemy tego więcej. Dlatego Węgry zaskarżyły obowiązkowe kwoty imigrantów do Europejskiego Trybunału, a widzę, że nie jesteśmy w tym osamotnieni. Nie cierpimy na pomieszanie ról, nie tęsknimy za pozycją europejskich potęg, wiemy, kim jesteśmy i gdzie nasze miejsce.

Wiemy, że o losach Europy decydują postanowienia europejskich potęg, również wtedy, gdy jak obecnie, chowają się pod unijnym płaszczykiem. Musimy jednak jasno powiedzieć, że osiedlanie imigrantów z nakazu Węgrom się nie podoba.

Z tego powodu zebrano w proteście przeciw kwotowemu systemowi półtora miliona podpisów. Dlatego dziękuję, że pomogliście dotrzeć z tym do wszystkich, gdyż widzicie, że tylko w jedności i solidarności możemy powstrzymać ten bezrozumny i bezprawny dyktat.

Stąd chcemy wszystkim uświadomić, że kto pragnie żyć w wolnej i bezpiecznej Europie, niech podpisze petycję przeciw kwotom, kto nie chce wzrostu zagrożenia terroryzmem, niech ją podpisze. Kto nie chce pogarszającego się bezpieczeństwa, niech podpisze. Kto odczuwa odpowiedzialność za swoje dzieci i wnuki, niech ją podpisze. Kto chce, by także następne pokolenie miało pracę, własne europejskie i węgierskie życie, niech ją podpisze i innych do tego namówi.

Pamiętajcie też o tym, jakim osądom poddano nas za węgierską ustawę o mediach. A dziś w związku ze sprawą imigrantów na Zachodzie otwiera się na naszych oczach sterowana medialna rzeczywistość. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mi tu stanąć i powiedzieć, że wolność myśli, słowa i prasy na Węgrzech jest bardziej kolorowa, szersza i głębsza niż na zachód od nas.  

Drodzy moi Przyjaciele!

Europa w swoich korzeniach to koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów, to wspólnota życia oparta na wspólnych wartościach, na wspólnej historii, na geograficznej, geopolitycznej współzależności. Mamy wspólne idee, jak wolność i odpowiedzialność, konkurencyjność na zasadach fair play, honor i szacunek, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie.

W ten sposób wypełniłem zadanie Józsiego Szájera [europosła, jednego z twórców węgierskiej Konstytucji], gdyż zdołałem powiedzieć kilka pozytywów na temat Unii Europejskiej. Przyjaciele moi, jest zasada, że tylko wtedy możesz przetrwać, jeśli się odnowisz. Dziś zaś Europa woła o odnowę, europejskie narody tylko wspólnie mogą tego dokonać. My jesteśmy gotowi. Jeśli wielcy zdecydują się, jeśli i inni się zgłoszą, my, Węgrzy, nie będziemy wlec się na końcu ogona.   Tak, lecz cóż znaczy odnowić się? Podstawowa zasada mówi, że jakich rozmiarów jest problem, przynajmniej tak głęboka powinna być odnowa. Dziś to oznacza tyle, że musimy zamknąć pewien okres i musimy spróbować otworzyć nowy. Dwadzieścia pięć ostatnich lat naszego życia to był w Europie wielki okres liberalizmu.

Miał on piękne etapy, dobre owoce, miał swe wielkie chwile i doniosłe postaci, możemy się cieszyć, że dane nam było poznać je osobiście. Na dzisiaj jednak polityka liberalna straciła swą siłę przyciągania, ponosi porażkę za porażką, brak jej tchu, wyczerpała się. Przyczyny tego są tu mniej ważne, ważny jest rezultat.

Już niczego nie możemy się po niej spodziewać, niczego, co potrzebne Europejczykom. Polityka liberalna nie wie, co począć z problemami gospodarczymi, jest bezradna wobec kryzysu demograficznego, nie jest zdolna obronić ludzi przed wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami, ani przed przybyszami, ani przed terroryzmem, ani przed przestępczością.

Stała się skostniała i obsesyjna, wszędzie węszy wrogów, wścieka się, gdy jej dogmaty poddawane są w wątpliwość, jest rozdrażniona, gdy słyszy o nowych ideach i agresywna, jeśli ktoś przeciw niej powołuje się na opinie ludzi. Utraciła kontakt z rzeczywistością, zamiast debaty ograniczać chce dyskurs publiczny, dlatego rozwinęła listę tablic z zakazami politycznej poprawności i zasadami kodeksu drogowego.

Mam nadzieję, że nie wchodzę tu w merytoryczny spór z moim przyjacielem Józsefem Szájerem, stwierdzam tylko tyle, że doszliśmy do tego, iż polityka liberalna obróciła się przeciw wolności, sprzeciwia się wolności myśli, słowa i prasy, dlatego musiała się zwrócić przeciw ludziom i demokracji.

Z liberalnej kiedyś demokracji zrodził się niedemokratyczny liberalizm. Papier to wytrzyma, ale ludzie nie. Coraz bardziej skomplikowane przepisy pętają Europę, gaszą wolnego europejskiego ducha i rozsądnego, twórczego europejskiego człowieka. Takie jest wyjaśnienie, taka przyczyna tego, że kontynent stracił swe podstawowe, życiowe instynkty.   My zaś proponujemy powrót do Europy demokracji. Zamiast słabej Europy dzisiejszych przywódców powróćmy do silnej Europy ludzi. Następny okres Europy albo będzie demokratyczny, albo nie będzie go wcale.

Unia Europejska również potrzebuje nowych zasad. Starania Brytyjczyków, by na nowo przedyskutować warunki swego członkostwa, nie są przypadkowe. Czas przeminął, żyjemy w innym świecie. Dwadzieścia osiem krajów nie jest w stanie współpracować według tych samych zasad, co sześć krajów.

Nie to jest więc zadaniem, Drodzy Przyjaciele, by kilka rzeczy robić w sposób bardziej sprawny lub by działać po prostu więcej. Należę do tych, którzy pragną, byśmy kolejne tysiąc lat mogli jako Węgrzy przeżyć w chrześcijańskiej Europie. W tym celu zaś, niezależnie od tego, jak bardzo to boli niektórych polityków w Brukseli, trzeba zamknąć pewien okres, zarówno w sensie politycznym, jak i duchowym, intelektualnym.

Budapeszt, 13 grudnia 2015

za: http://wpolityce.p

Gru 23

Orbán przywraca normalność

Viktor OrbanMający wejść w życie w 2015 roku obowiązek pracy dla węgierskich osadzonych, to kolejna istotn reforma premiera Viktora Orbána. To, co do tej pory było przywilejem, już wkrótce stanie się narzuconą normą i trzeba będzie znaleźć zajęcie dla przebywających w 28 więzieniach na Węgrzech około 12 000 skazanych (liczba zdolnych, by podjąć pracę). Oznacza to dla kraju olbrzymie zyski, gdyż więźniowie sami zapracują na swoje utrzymanie.

Przeciwnicy rządów Orbána wytykają mu kolejną ekstrawagancję i kontrowersyjną ustawę. To prawda, że reforma ta wydaje się dziwna, ale tylko dlatego, że właściwie powinna być normą. Nienaturalnym jest dla mnie dyskutowanie o czymś, co jest krokiem w stronę normalności i elementarnej sprawiedliwości. Bo niby dlaczego wszyscy uczciwi obywatele danego kraju mają składać się na pobyt tych nieuczciwych w zamkniętym zakładzie? Nasze podatki powinny być wykorzystywane w sposób bardziej roztropny i służący korzyściom ogółu. Oczywiście, trzeba zgodzić się z tym, że taką korzyścią jest na pewno izolowanie jednostek niebezpiecznych, czy zdegenerowanych. Ale skoro jednostki te, są w stanie same na siebie zapracować, to z całą stanowczością należy im taką możliwość zapewnić, odciążając z takiego obowiązku resztę obywateli. Już wkrótce z takiego odciążenia będą cieszyć się mieszkańcy Węgier.

Kwestia finansowa, to jedna strona medalu. Druga związana jest ze sprawiedliwością. Tajemnicą poliszynela jest, że w wielu przypadkach samo osadzenie w więzieniu jest dla skazanych zbyt łagodnym wymiarem kary. To taki niskiej klasy hotel, gdzie więzień ma prawo właściwie do wszystkiego tego, czego mógłby doświadczyć na wolności, z tą różnicą, że ma to najzupełniej za darmo. Jedynym mankamentem jest fakt niemożności swobodnego poruszania się po świecie widzianym zza więziennej kraty. Ale czy jest to aż tak wielki mankament? Dla wielu z pewnością nie. Dodając do tego możliwość pozostawania w stanie „bezrobocia” i jednoczesnego braku zmartwień o wikt i opierunek, przebywanie w zakładzie karnym zdaje się być całkiem nie najgorszą alternatywą dla życia na wolności. Tymczasem kara winna być jednak karą.

Zagadnienia związane z prawami i obowiązkami osadzonych regulują oczywiście odpowiednie przepisy. Żaden z nich nie wiąże pojęcia pozbawienia wolności z pozbawieniem praw do wygód. A szkoda. Prawa człowieka powinny dotyczyć tych ludzi, którzy ich przestrzegają. O mało którym skazanym można to powiedzieć. Głosy sprzeciwu płynące ze strony działaczy na rzecz owych praw są tu zupełnie nie na miejscu. Zatem dlaczego nie zabrać się za zmiany przywracające kwestiom więziennictwa pewien logiczny porządek? Dlaczego nie iść śladami Orbána, który stopniowo, metodycznie dąży ku przemianie Węgier i odnosi w tej dziedzinie widoczne już teraz sukcesy?

Reforma zaproponowana przez rządzącą na Węgrzech partię Fidesz, to kolejny ważny dla tego kraju krok. Po spadku bezrobocia, zmniejszeniu inflacji i długu publicznego, po przyczynieniu się do rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw, po wejściu w życie wielu istotnych ustaw, Viktor Orbán raz jeszcze pokazuje, że można skutecznie zarządzać państwem i dokonywać w nim przeobrażeń na lepsze. Raz jeszcze jednak idąc w stronę normalności, zyskuje nowych wrogów, którym z jakichś powodów nie jest po drodze z rosnącymi w siłę Węgrami, które mogłyby i powinny, stać się nie wrogiem i odszczepieńcem, ale wzorem do naśladowania, również dla rządzących Polską.

Mateusz Nować

Gru 03

Viktor Orbán na defiladzie wojsk litewskich w Wilnie

W ostatnią niedzielę (23 listopada) podczas defilady z okazji Dnia Odrodzenia Wojska Litewskiego w Wilnie na trybunie honorowej pojawił się premier Węgier Viktor Orbán. Uczestniczył w obchodach święta obchodzonego w rocznicę utworzenia w 1918 roku armii litewskiej. W defiladzie wojskowej na placu katedralnym w Wilnie wzięli udział także żołnierze węgierscy.

Obecnie na Litwie przebywają węgierscy żołnierze, którzy uczestniczyli w tym kraju w NATO-wskich manewrach pod nazwą „Iron Sword 2014”. We wtorek 18 listopada ministerstwo obrony Węgier zadecydowało, że nie wrócą oni do Budapesztu, lecz pozostaną na Litwie, by wziąć udział w kolejnych ćwiczeniach wojskowych NATO pod nazwą „Baltic Training 2014”.

Defilada wojskowa planowana w stolicy Litwy pomiędzy dwoma NATO-wskimi manewrami odbywającymi się w tym kraju potraktowana została przez komentatorów w Wilnie jako demonstracja gotowości obrony państw bałtyckich przed ewentualną agresją ze wschodu.

Obecność na niej Viktora Orbána przyjęta została przez litewskie elity z zaskoczeniem, ponieważ do tej pory wyłamywał się on z solidarnego stanowiska krajów Europy Środkowej wobec Rosji. Władze Litwy wydały nawet oświadczenie, że nie zapraszały premiera Węgier na uroczystości, a jego wizyta miała charakter prywatny. Z tego powodu nie przewidziano żadnych oficjalnych spotkań Orbána z litewskimi przywódcami.

Zdaniem litewskiego politologa Laurinasa Kaszcziunasa, nieoczekiwana wizyta Viktora Orbána w Wilnie była najprawdopodobniej chęcią publicznego zaprezentowania, że węgierska elita polityczna nie jest wcale prorosyjska i proputinowska. Mimo to premier Węgier spotkał się z chłodnym przyjęciem litewskich środowisk opiniotwórczych, nawet tych, które do niedawna były mu przychylne.

Według komentatorów w Budapeszcie, Orbán, który postanowił prowadzić swoją własną grę między Rosją a Zachodem, nie zdawał sobie sprawy, jak głęboki rów wykopie ta polityka między Węgrami a innymi krajami Europy Środkowej. Liczył, że Budapeszt wypełniając swoje sojusznicze zobowiązania wobec NATO będzie mógł prowadzić własną politykę wschodnią, nie tracąc zarazem zaufania krajów naszego regionu. Tak się jednak nie stało. O ile do tej pory miał głównie przeciwników w Europie Zachodniej, o tyle teraz dołączyli do nich także zdecydowani krytycy w naszej części kontynentu.

To spowodowało, że Orbán, choć nikt go nie zapraszał, pojawił się w Wilnie. Chciał, aby obecność jego oraz żołnierzy węgierskich na defiladzie odebrana została jako wyraz solidarności z krajami znajdującymi się w stanie zagrożenia ze strony Rosji.

Węgierscy publicyści zwracają uwagę na pewne znaczące korekty, jakie Orbán postanowił wprowadzić do swej polityki zagranicznej. Świadczy o tym choćby kilka wydarzeń z ubiegłego tygodnia.

W poniedziałek 17 listopada odbyła się rozmowa telefoniczna prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki z premierem Węgier Viktorem Orbánem. Obaj przywódcy porozumieli się w sprawie stworzenia nowej trójstronnej grupy, złożonej z Ukrainy, Węgier i Słowacji, w celu zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego regionu. Ustalono, że do końca roku uruchomiony zostanie interkonektor, dzięki któremu można będzie przesyłać rewersem gaz ziemny na Ukrainę. Podczas rozmowy Orbán oświadczył, że Węgry pozostają sojusznikiem Ukrainy i wspierają jej niezależność oraz integralność terytorialną.

We wtorek 18 listopada ministrowie obrony Węgier, Wielkiej Brytanii, Litwy i Łotwy podpisali czterostronne porozumienie, w ramach którego Londyn i Budapeszt zobowiązały się do udzielenia pomocy materialnej oraz szkoleniowej armiom krajów bałtyckich w celu podniesienia ich zdolności bojowej.

W związku z tym na stronie ministerstwa obrony Węgier zamieszczona została wypowiedź ministra obrony Litwy Juozasa Olekasa:

W przeszłości Litwę i Węgry łączyło wiele historycznych więzów, dlatego cieszę się, że Węgry jako pierwsze spośród krajów NATO zareagowały na zmiany geopolitycznej sytuacji oraz na decyzje podjęte podczas szczytu NATO w Walii. Cieszy mnie również to, że Węgry podjęły decyzję o swym udziale we wzmacnianiu sił lądowych NATO.

W środę 19 listopada Viktor Orbán wziął udział w IV Forum Węgierskiej Diaspory, gdzie przez 70 minut odpowiadał na pytania rodaków z całego świata. Jedno z nich dotyczyło polityki zagranicznej Budapesztu w kontekście konfliktu na Ukrainie i sankcji wobec Rosji. Premier zadeklarował, że Węgry pozostaną wierne sojusznikom z NATO i Unii Europejskiej, nawet gdyby to miało szkodzić ich interesom ekonomicznym. Na pytanie o przyjazną politykę wobec Moskwy, Orbán odpowiedział:

Mówienie, że Węgry są przyjacielem Rosji to ośla głupota. Węgry są przyjacielem Węgrów!

autor: Grzegorz Górny

Cze 06

III rząd…

 

Post użytkownika Orbán Viktor.