Lis 28

Demonstracja solidarności z Polakami – przemówienie pod pomnikiem Bema w Budapeszcie

Budapeszt 26. 11. 2017

Drodzy moi [polscy] Przyjaciele!

Węgry i Polska to dwa wiekuiste dęby, każdy z nich wystrzelił pniem osobnym i odrębnym, ale ich korzenie, szeroko rozłożone pod powierzchnią ziemi i splątały się i zrastały niewidocznie. Stąd byt i czerstwość jednego jest drugiemu warunkiem życia i zdrowia”. Stanisław Worcel, przyjaciel Lajosa Kossutha dokładnie opisał sytuację.

Dwa są narody w Europie, które do głębi rozumieją czym są przyjaźń i wspólnota walki. Sojusz polsko-węgierski liczy sobie ponad tysiąc lat.

Małżeństwa władców, św. król Władysław, unie personalne, sojusze, węgierscy słuchacze Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Polacy w powstańczych szeregach Rakoczy`ego, polscy bohaterowie Powstania 1848/49, polscy uchodźcy przyjęci na Węgrzech po diabelskich grach wielkich potęg i oczywiście wspólna walka przeciw komunizmowi.

Zaledwie kilka przykładów z przebogatej i często bardzo trudnej wspólnej przeszłości. I choć dziś już chrzęstu broni, mimo to pod wieloma względami sytuacja jest dziś podobna: dziś napadają nas żołnierze politycznej poprawności i idei otwartego społeczeństwa.

Św. Jan Paweł II powiedział, że naród tylko wtedy może mieć nadzieję na lepszą przyszłość, gdy jego członkowie wspólnym wysiłkiem podejmą się odpowiedzialności za wspólne dobro.

My dziś dlatego się tu zebraliśmy [pod historycznym pomnikiem gen. Bema], bo wierzymy w narody i uważamy za poniżające, że – jeśli tak dalej pójdzie – ze strony Brukseli narody nie mogą się spodziewać lepszej przyszłości, lecz tylko zaszeregowanie. Stamtąd patrząc mocny naród to tyko przeszkoda, zbytni ciężar. My sądzimy inaczej.

Jedną z przyczyn naszej solidarnościowej akcji jest to, że w Parlamencie Europejskim uruchomiono procedurę 7 paragrafu, często określaną jako „bomba atomowa”. Końcem tej procedury może być odebranie krajowi członkowskiemu prawa głosu. Uważamy takie postępowanie za polityczną pałkę, którą Bruksela według własnego uznania może straszyć te państwa narodowe, które ośmielają się przeciwstawiać nieuprawnionemu przez nią rozszerzaniu swych kompetencji.

Kolejny atak na środkowo-europejskie demokracje, oparte na wartościach, odnoszące sukcesy. Procedurę uzasadniano zagrożeniem w Polsce, czy tu na Węgrzech podstawowych wartości Unii. Uważam, iż z pełnym spokojem możemy stwierdzić, iż wartości europejskie w Europie Środkowej maja się dobrze, a na Zachodzie są zagrożone.

Dziś na Zachodzie wykreśla się pojęcia kobiety i mężczyzny, zakazuje się krzyża i bożonarodzeniowej szopki, zaprzecza się normalności. Odnowa Europy jest w stanie wyjść z Europy Środkowej. To wielka odpowiedzialność, jest jednak w naszych narodach, dlatego tak ważne jest nasze zjednoczenie i solidarność.

My, Węgrzy i Polacy możemy być dumni: z naszego chrześcijańskiego dziedzictwa i takowej przyszłości, z tysiącletniej przyjaźni, z wzajemnego wspierania się, jak to było w przeszłości, jest i będzie. Gdyż my chcemy silnej Europy, ale mocnych narodowych państw, nie zaś tego, by przez nikogo nie wybrani biurokraci odbywali nad nami sądy. Europa wtedy będzie silna, gdy dowartościuje narody, nie zaś wtedy, gdy je zdusi.

Na szczęście u nas nie ma obowiązkowej mody na poprawną politycznie mowę, dlatego spokojnie mogę powiedzieć: niech Bóg błogosławi Polskę i Węgry, niech Bóg błogosławi nas wszystkich. Stajemy w obronie Polski, stajemy w obronie Polaków. Dziś tutaj, lecz gdy zajdzie potrzeba i jutro, i wiele razy, gdyż [po polsku] Polak Węgier, dwa bratanki.

Dziękuję za uwagę!

Nacsa Lőrinc – Prezes Chrześcijańsko-Demokratycznego Związku Młodzieży

za: http://klubmaciejakorwina.wroclaw.pl

 

 

Lis 01

Bójcie się Boga

W ostrej rywalizacji, jaka ma miejsce podczas kampanii przedwyborczej, każda rozmowa o sprawach osobistych jest jakby odkryciem samego siebie. Bo człowiek może szczerze rozmawiać wtedy, gdy znajdzie takie towarzystwo, gdzie będzie mógł swobodnie poruszyć problemy, które odsłonią i pozostawią bez obrony pewne sfery jego życia.

Tymczasem istotą kampanii przedwyborczych jest właśnie strzelanie w każde niezakryte miejsce. Dzisiejszy wieczór uważam więc za intelektualne wyzwanie – bo choć mam nadzieję, że nasze spotkanie okaże się bogate duchowo – to muszę uważać na wszystko, co powiem, żebyśmy z jednej strony dodali sobie wzajemnie odwagi, z drugiej jednak nie doprowadzili do naszego osłabienia. Károly Lakat, przed laty wybitny trener futbolowy, zaskoczył kiedyś swoich rozmówców następującym wyznaniem: „Jestem chrześcijaninem, Węgrem i kibicem Fradi. Każde z tych określeń już samo w sobie wystarczy, abym w tym kraju nie mógł nic więcej już zrobić”. Dlatego przyszłość oceni, czy jest rozsądne, aby w tym kraju premier mówił o swej chrześcijańskiej wierze.

Myślę jednak, że jest sens, aby polityk, czy w ogóle osoba publiczna, mówił otwarcie o swej wierze, o swym przywiązaniu do chrześcijaństwa. Chciałbym i życzę tego wszystkim, abyśmy mogli żyć w takim kraju. A są na świecie takie kraje, gdzie choć istnieją wrogie strzały i są ludzie, którzy tylko szukają odsłoniętych, możliwych do zranienia miejsc, to jednak nikt tam nie boi się mówić o swej wierze. Niektórzy myślą, że każde odkryte miejsce można zranić. Ja myślę inaczej. Za właściwe, a nawet konieczne uważam pytanie o te sprawy ludzi, którym mamy okazać nasze zaufanie i złożyć w ich ręce decyzje, które będą miały wpływ na nasz los.

O wierze

Urodziłem się w rodzinie chrześcijańskiej. Oprócz imienia Viktor, które Państwo znają, w mojej metryce chrztu widnieje także imię Michał. To chyba niezła kombinacja. To, że zostałem ochrzczony i przyjęty do chrześcijańskiej wspólnoty, było przede wszystkim zasługą determinacji moich dziadków. (…) Niestety, nie otrzymałem żadnego religijnego wychowania. Wraz ze starzeniem się dziadków z rodziny wyparowywała wiara, zanikały rozmowy o wierze. Wzrastałem więc w środowisku niereligijnym. Tak samo było też w szkole i do początku studiów – dopóki nie poznałem mojej przyszłej żony, która pochodzi z praktykującej rodziny katolickiej. Od tego czasu zaszły w naszym życiu wielkie zmiany. Osobiście przeszedłem dość długą drogę, bym mógł wypowiedzieć zdanie: jestem człowiekiem wierzącym, jestem chrześcijaninem.

Nadszedł w moim życiu moment, kiedy poczułem, że muszę nadrobić to, co pominąłem, że muszę pewne rzeczy naprawić, poustawiać na swoim miejscu. A ponieważ byłem ochrzczony w Kościele ewangelicko-reformowanym, dlatego kiedy nadszedł ten moment – przyjąłem konfirmację. Konfirmacja to przyrzeczenie, to ślubowanie na całe życie, to chwila, w której człowiek jasno się deklaruje, że chce być chrześcijaninem. Kiedy nadszedł moment konfirmacji, wówczas stwierdziłem, że choć nie zawsze wiedziałem, to jednak zawsze czułem – a dziś wiem to na pewno – że Bóg był cały czas ze mną, nawet wtedy, gdy nie zwracałem na Niego uwagi i nie miałem świadomości tego. Dlatego teraz składam to ślubowanie, aby to bycie razem nigdy się nie skończyło. Niech On pozostanie ze mną, i nie tylko ze mną, ale także z tymi, którzy są mi drodzy, i których kocham. Tak doszedłem do konfirmacji. Od tego czasu staram się postępować w duchu zadania, żeby żyć na chwałę Boga i dla dobra ludzi, co na język zawodowego polityka przetłumaczyłbym w następujący sposób: budować ojczyznę, tę przez małe „o”, czyli kraj narodu węgierskiego, tu na tej ziemi, ale też budować ojczyznę przez wielkie „o” – Ojczyznę Niebieską, Królestwo Boże, i to jest wyższy sens i cel tego, co robię. To jest sens wyższego rzędu, ponad i poza wszelkimi kalkulacjami politycznymi. Coraz mocniej czuję, że ten właśnie sens daje mi siłę, by się temu posługiwaniu poświęcić. Zaczynam też powoli odczuwać, że siła niekoniecznie zależy od potęgi fizycznej. Siła niekoniecznie oznacza wielkość mięśni czy zawsze wyprostowaną sylwetkę. Powoli zaczynam rozumieć, choć jestem kalwinem, że człowiek jest najmocniejszy wtedy, gdy klęczy.

O pokusach

Nasz zawód jest niebezpiecznym zajęciem. W tym zawodzie wszystko, co w świecie może być pomyślane jako pokusa, co rusz spotyka człowieka. Zwłaszcza jeśli odnosi sukcesy, bo jeśli nie, to wiele pokus go omija. Ale to, co nazywa się sukcesem tego świata, samo w sobie przynosi pokusy. Można przecież rządzić drugimi, wydawać dyspozycje, decydować o rozporządzeniach, które mogą postawić na nogi nawet cały kraj. Ego człowieka może w jednym momencie się przez to rozrosnąć. To jest pokusa władzy. Jest też pokusa pieniędzy, kiedy człowiek może postawić się ponad ustawami, normami moralnymi czy zasadami kodeksu prawa, by wykorzystać swoją pozycję dla osobistych korzyści. (…) W sumie jest to zajęcie niebezpieczne, ale dlatego właśnie zawsze zachęcam młodych, by próbowali w nim swoich sił. (…) Jestem jednak pewien, że jeśli ktoś nie ma mocnego kręgosłupa, to zawód ten przywali go do ziemi. Trzeba umieć to wytrzymać. Nie ataki trzeba umieć przetrzymać i przeżyć – to jest łatwiejsze, to jest walka tego świata – ale pokusy, które przychodzą razem z sukcesami; to jest prawdziwe wyzwanie.

Jak się wobec tego traktować sukces? Zwykle mówimy, że jest on darem. Trzeba na niego zasłużyć. Nie znaczy to oczywiście, że mogę siedzieć spokojnie w domu i czekać aż sukces sam zapuka do moich drzwi, ze wszystkich sił muszę na ten sukces pracować. W naszym zawodzie bardzo dużą rolę odgrywa wola. Trzeba jednak uważać, aby nie wywyższać woli kosztem pokory. Pewne cele, które sobie wyznaczyliśmy, trzeba bardzo chcieć osiągnąć. Tym celem nie może być jednak pozycja. Trzeba wyznaczać sobie cele wyższego rzędu i bardzo mocno chcieć je osiągać. Trzeba zgromadzić do tego wszelkie potrzebne środki. Bez tego się nie uda. Dlatego trzeba wygrywać wybory. Nie dlatego, że jest to dobre samo w sobie, ale dlatego, by móc uruchomić pewne mechanizmy na rzecz osiągnięcia wspólnie wyznaczonych celów.

Tak więc z jednej strony sukces jest darem, ale z drugiej nie dojdzie do niego bez woli. Nie osiągnie się go również bez pracy. Jeśli ktoś nie wierzy, że sukces jest darem i bez tej wiary wyznacza sobie cel, to przecenia samego siebie, myśląc, że wszystko zależy od niego, także końcowy sukces. A to nie jest tak. Końcowy sukces jest darem. Ale dar ten nie przyjdzie, jeśli się na niego nie zapracuje, jeśli się danej sprawie całkowicie nie poświęci. Nie przeciwstawiam sobie woli, pokory, celów politycznych i sukcesu. Raczej próbuję, patrząc na swoje życie i działania, ułożyć je w logicznym porządku, w którym nie obrócą się one przeciwko sobie, ale będą się nawzajem wspierać. Wiara wspiera wolę. Wola wspiera osiągnięcie celu. Cel oznacza służbę sprawie wyższego rzędu. Próbuję to jakoś sobie poukładać i niekiedy kusi mnie myśl, że być może zbyt dużo oczekuję od woli, ale zrezygnować z niej nie mogę.

O bojaźni Bożej

O bojaźni Bożej Czy obywatele powinni wiedzieć, jakimi wartościami w życiu kieruje się polityk, który podejmuje decyzje dotyczące ich życia? To jest chyba ten moment, kiedy powinienem powiedzieć, że podstawowym pytaniem jest pytanie o bojaźń Bożą. Niech dobry Bóg zachowa nas od polityków, którzy nie boją się Boga! Nie mówię teraz o tym, o czym zwykle słychać podczas kampanii przedwyborczych, że ktoś nie reprezentuje żadnych wartości, albo że jego wartości nie są na poziomie albo że nie wytrzymują próby. Nie chcę poetyzować. Podstawowe pytanie jest zupełnie inne: o granice władzy.

Oczywiście, władza jest dzisiaj ograniczona. Mamy trójpodział władz. Parlament ogranicza rząd itd. Jednak władza pozostaje władzą, I podstawowe pytanie brzmi: co stanowi końcową, ostateczną granicę tej władzy? Otóż ostateczną granicą jest tylko bojaźń Boża. Dość dużo rozmyślałem na ten temat. Jeśli polityk odczuwa bojaźń Bożą, wtedy rozważy, kogo w rzeczywistości się boi, kogo uważa za ostateczną instancję. Przecież pozornie ma wszystkie instrumenty władzy w swoich rękach, a Bóg nie pojawi się przed nim w zbroi, aby go straszyć. Jeśli człowiek to przemyśli, to odkryje, że kluczową sprawą jest to, czy wierzy, iż kiedyś – nie wiem dokładnie, w jakich okolicznościach, nie mam teraz przed sobą żadnej dramatycznej wizji – nadejdzie taki moment, że będzie musiał za wszystko zapłacić, ze wszystkiego się rozliczyć.

Czy polityk wierzy, że może uniknąć tego momentu? Jeśli wierzy, że taki moment nadejdzie, wtedy wszyscy możemy się czuć bardziej bezpieczni. Bo przecież – jeśli się w to dobrze wmyślimy – ten, kto rozumie bojaźń Bożą, nie boi się jakiejś nieznanej sobie potęgi jakiegoś pana, którego natury nie zna, jakiegoś tyrana, który postąpi z człowiekiem według swego widzimisię. Nie – boimy się, że otrzymamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy. Boimy się konfrontacji z naszymi uczynkami. I to jest ostateczna granica – ponad wszelkimi przepisami, podziałami władzy i konstytucjami – tego niebezpiecznego zajęcia, jakim jest sprawowanie władzy.

O Kościele

W naszym zawodzie nauka historii jest przedmiotem obowiązkowym. Kierowanie Węgrami nie jest misją oderwaną od czasu i miejsca, ale oznacza prowadzenie tu i teraz narodu o określonej historii. Dlatego rozliczać się powinniśmy nie przed międzynarodowym kapitałem czy obcymi potęgami, nie przed Moskwą czy Waszyngtonem, ale przed tym narodem, którego członkom mamy służyć. Dlatego musimy znać historię. Nie tyle jej szczegóły, ile raczej ducha historii tego ludu. (…) Historia Węgier niesie też pewną bezlitosną naukę dla przywódców. Jednym z najmocniejszych historycznych doświadczeń, które żyje w narodzie węgierskim i odciska się na jego instynktach, jest fakt, że przywódcy często go zdradzali.

Od czasów króla Mátyása, od jakichś 300-400 lat, jest to stale powracające doświadczenie tego narodu, rodzące poczucie, że wcześniej czy później przywódcy nas opuszczą. Albo wykorzystają swoją władzę niewłaściwie, albo sprzedadzą z powodów osobistych ten lub inny kawałek kraju, albo uciekną w czasie trudności, podczas gdy ich obowiązkiem jest przewodzenie. Właściwie im większe pojawiają się trudności, tym bardziej oni powinni przewodzić, gdyż to jest ich zadaniem.

Świadomość tego umacniała mnie w najtrudniejszych chwilach. Nawet wtedy, gdy zarówno przyjaciele, jak i przeciwnicy mówili mi, żebym dał sobie spokój, a życie ma tak wiele innych uroków. Ale mi w głowie grała ta muzyka historii. Każdy polityk widzi też rolę Kościoła w historii naszego narodu. To jeden z najważniejszych uczestników naszych dziejów. To powoduje szacunek i przyjacielskie intencje w stosunku do Kościołów. Szacunek ze strony polityka oznacza, że nie chce on wtrącać się w sprawy Kościoła. Nie może myśleć o wydawaniu mu poleceń lub rozkazów czy choćby o formułowaniu wobec niego mocnych pragnień. Gdy patrzę na Kościół nie okiem polityka z zewnątrz, ale spoglądam nań od środka jako ktoś należący do Kościoła – to widzę, że Kościół to nie tylko instytucja, a więc oznacza nie tylko duchownych i świątynie, ale jest to przede wszystkim wspólnota. Kościół oznacza lud Jezusa Chrystusa, przez Niego wybrany i powołany, i warto do tego ludu należeć. Konfirmacja utwierdza nas w tym, że zostaliśmy do tej wspólnoty powołani.

Patrząc od środka, widzę też, że Kościół posiada pewną zdolność, niezwykle ważną ze względu na politykę i świecką przyszłość narodu. Kościół bowiem uwalnia ducha z więzów ciała. To bardzo ważne. Bo jeśli się sobie przyjrzymy, to zobaczymy, że każdy człowiek, każde indywiduum znajduje się w osobnym ciele, żyje jako osobne ciało. A przecież istotą narodu jest to, że może on jednoczyć ludzi w sprawie osiągnięcia wielkich, wspólnych celów. Lecz jak można jednoczyć, jeśli istniejemy w formie oddzielnych ciał? Do tego potrzeba uwolnienia dusz z ciał. Według mnie, to właśnie oznacza zawołanie sursum corda, gdy mówimy, że podnosimy w górę nasze serca. Kościół jest głównym – nie jedynym, ale najmocniejszym – wyrazicielem tej idei. Jest on zdolny powiedzieć nam: unieś w górę swe serce i tu, ponad swoją głową możesz zjednoczyć się z tymi, z którymi przynależysz do jednej wspólnoty, z pozostałymi członkami Kościoła.

Tego rodzaju wspólnotę ludzi uniesionych serc widzę w Kościele. Z punktu widzenia naszego zawodu bez trudu można dostrzec, że wspólnota znajdująca się w takim stanie ducha, żyjąca w takim zjednoczeniu, zawsze jest zdolna do większych osiągnięć niż zgromadzenie osób znajdujących się osobno, zamkniętych w swych ciałach i myślących tylko o własnej przyszłości. Z tych samych powodów jako polityk wspieram kulturę i – co może według niektórych zabrzmi dziwnie – sport. Sztuka, kultura czy sport potrafią wyzwolić ducha, unieść serca i w ten sposób pomagają, byśmy stawali się jedno. To nie przypadek, że właśnie przez te zjawiska najbardziej czujemy, że stanowimy część jakiejś większej sprawy. Czujemy to na nabożeństwie w świątyni, czujemy, gdy dotknie nas mocno jakieś dzieło sztuki, gdy widzimy tego biedaka, który biegnie na bieżni – przecież on nie biegnie tam sam, on biegnie dla nas, jego zwycięstwo jest także naszym zwycięstwem. Patrząc z punktu widzenia zawodowego polityka, widzę, że Kościół i wiara mogą w najwyższym stopniu wspierać twórcze zdolności narodu.

Dlatego uważam, że rozsądnie myślący i odpowiedzialny rząd powinien popierać współpracę z Kościołem. Nie chodzi o wydawanie mu poleceń, bo tego robić nie wolno. O co więc chodzi? Po pierwsze, trzeba umożliwić, by tego rodzaju naród uniesionych dusz mógł się narodzić. Po drugie, władza powinna przyjąć coś, co trudno jest zaakceptować. Musi mieć ona kogoś, kogo będzie mogła zapytać, czy idzie w dobrym kierunku. Czy moja polityka ma jeszcze kierunek? Czy to, co robię, prowadzi do celu, który sobie obrałem, zaczynając pracę polityka? Im człowiek jest wyżej postawiony, tym trudniej mu jest – co sam przyznaję – przyjąć lustro, w którym będzie mógł się przejrzeć, ale tym bardziej potrzebuje on takiego lustra. Musimy umieć przyjąć Kościół jako uczestnika życia społecznego, ale uczestnika apartyjnego, który może w pewnym momencie powiedzieć: „Drogi przyjacielu, być może wyznaczyłeś sobie dobre cele, ale obserwuję cię od dawna i widzę, że jeśli nie zmienisz kierunku, to swego celu nigdy nie osiągniesz”. Do tej rewizji kompasu, do tego trzymania lustra Kościół ma nie tylko prawo, ale i obowiązek. (…) Kościół wyznacza miarę, ustawia na pewnej wysokości poprzeczkę dla świeckiej władzy wszystkich czasów.

Dobrze robimy, jeśli się do tego przymierzamy. Ja tak patrzę na Kościół. Nie da się oczywiście zaprzeczyć faktowi, że wierni Kościołów chrześcijańskich mogą wyznawać różne poglądy polityczne. Jednak im więcej jest wspólnot w danej miejscowości czy regionie, im są one silniejsze, tym stanowią one bardziej sprzyjające zaplecze dla świeckich sił, także partyjnych, prowadzących politykę zorientowaną na budowanie wspólnoty. Z drugiej strony im bardziej świat, województwo czy miejscowość są zindywidualizowane, tym bardziej otwiera się pole dla myślenia egocentrycznego, dla sił, które głoszą: „Zajmuj się wyłącznie sobą, miej na względzie tylko swoje cele”. Często więc duchowa gleba, na której prowadzona jest walka polityczna, bardzo mocno wpływa, a niekiedy wręcz decyduje o wynikach tej walki. Dlatego bywa, że czasami zwyciężają tacy chrześcijańscy demokraci, którzy na to nie zasłużyli.

O nienawiści

Czy kiedy nienawidzę, jestem jeszcze chrześcijaninem? Myślę, że nienawiść jest tam, gdzie nie ma już Boga. To stan bez chrześcijaństwa. Staram się jak mogę unikać nienawiści, ale nie zawsze mi się to udaje. W człowieku czasami otwierają się takie rany, że nawet, gdy mocno się stara, by nienawiść nie uderzyła mu do głowy, to nie zawsze może powiedzieć, że udało mu się tego uniknąć. Moim największym osiągnięciem jak dotąd jest ograniczenie tego uczucia, gdy się pojawia, do minimum. W języku węgierskim o człowieku, o którym źle myślimy, często mówimy: ty nędzniku!

Przecież człowiek, który grzeszy przeciwko nam, jest w gruncie rzeczy nędznikiem, biedakiem, nieszczęśnikiem. Trzeba próbować rozdzielić człowieka od jego czynów. Zły czyn trzeba nienawidzić, ale sprawcy nienawidzić nie wolno. Zanim więc wpadniesz w przepaść, gdzie nie ma już Boga, możesz zawrócić: „Rzeczywiście, biedaku, nędzniku, nie ciebie nienawidzę, tylko to, co wyprawiasz”. Wtedy czujesz, że uwolniłeś się od wielkiego ciężaru, nie zalewa cię już żółć, nie zalewa krew, nie wybuchasz, ale próbujesz rozwiązać problem. Kiedy człowiek z nienawiści chce sądzić drugiego, wtedy przywłaszcza sobie prawo do sądzenia, które mu nie przysługuje. To jakbyś usiadł na chwilę na tronie Boga – i wtedy błądzisz. Jeśli natomiast oddzielisz czyny od złoczyńcy, to czujesz, że nędznik zasługuje na pomoc, chociaż przeciw jego grzechowi występujesz w sposób zdecydowany. W naszym zawodzie jest to nieodzowne. Nasi przeciwnicy wykorzystują to przeciwko nam, gdy chcą udowodnić, że ich nienawidzimy. Tymczasem nie chodzi o nienawiść, ale o zdecydowane zdanie o złym czynie. Jeśli w naszym zawodzie pewnych czynów nie osądzimy, jeśli nie zajmiemy stanowiska, nie powiemy, czy według nas coś jest dobre, czy złe – to wtedy następuje paraliż, bo przestaje być jasne, jakiej sprawie służymy. W nasz zawód wpisane są spory.

Człowiek spiera się z samym sobą, z przeciwnikami, z pytaniami, które do niego przychodzą. Jaka będzie dobra odpowiedź, a jaka zła? Czy uczynię dobrze, czy źle, dając taką, a nie inną odpowiedź? Z tego nie można zrezygnować, to napędza nasze życie, utrzymuje w ruchu nasz zawód, nasz umysł i ducha. Bez tego nie można dobrze rządzić krajem, chyba że tylko podejmować decyzje rutynowo, z przyzwyczajenia. Bez tego nie będziemy rozumieć nowych wyzwań. Prędzej czy później taki kraj osłabnie. Dlatego potrzebujemy sporów i dyskusji. Spory najczęściej dotyczą działań, czynów, projektów. Ważne, byśmy mieli o nich swoje zdanie. Jeśli chcemy nie tylko zarządzać państwem, ale prowadzić kraj w stronę dobra – a intencją chrześcijanina jest dążenie do Królestwa Bożego – to musimy wypowiadać sądy nad czynami lub decyzjami: czy służą dobrym celom, czy złym, czy są pożyteczne, czy szkodliwe. Tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Dlatego jesteśmy wystawieni na zarzuty faryzeuszów, którzy twierdzą, że żywimy wobec naszych przeciwników politycznych bezlitosne uczucia, że rządzi nami nienawiść. Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Za moimi często bardzo zdecydowanymi słowami w ostrych sporach nie stoi nienawiść do drugiego człowieka. Nawet jeśli tak się niektórym wydaje lub chcą w ten sposób przedstawić sprawę. Musimy bowiem umieć odróżniać człowieka od jego czynu.

O porażce i sukcesie

Wielu ludzi uważa chrześcijan za słabeuszy, bo nie umiemy się mścić, rozpychać łokciami, zdobywać tego, co w danym momencie da się zdobyć, bo później może nie być na to szansy. Nie zachowujemy się tak, jak dzisiejszy świat zwykł myśleć o ludziach sukcesu, o zwycięzcach. Jedynym ratunkiem dla nas, jak sądzę, jest jasne określenie, co uważamy za sukces, a co za porażkę. Trzeba to koniecznie określić, zarówno dla naszych dzieci, jak i dla nas samych. Jeśli nie będziemy potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest w naszym życiu zwycięstwem, a co przegraną, wtedy rzeczywiście możemy okazać się słabeuszami. To jest bardzo ważne także przy okazji wyborów parlamentarnych. Problem polega na tym, że zdobycie większości jednoznacznie oznacza zwycięstwo. Ale jeśli większość jest przeciwna prawdzie, wtedy być może jest w stanie wygrać wybory, ale w rzeczywistości przegrywa. W życiu społecznym Europy jest to zresztą największy problem chrześcijańskich demokratów – relacja między prawdą a większością. Ważne jest więc, jak rozumiemy zwycięstwo.

Dla młodych, którzy dopiero co wkraczają w dorosłe życie, jest to trudniejsze. My, którzy jesteśmy już w drugiej połowie życia i mamy przed sobą bliżej niż dalej, widzimy chyba ten problem lepiej. Widzimy, że prawdziwe zwycięstwo jest wtedy, gdy niezależnie od materialnych warunków i okoliczności, człowiek jest w stanie żyć w miłości, zachować pokój, harmonię i duchową równowagę. To jest największy sukces. Zwycięstwo polega na tym, że nie damy sobie tego odebrać. Jeśli to mamy, to wszystko inne przyjdzie później. A nawet jeśli nie przyjdzie, to nawet wtedy nasze życie będzie wartościowe. Jeśli my, chrześcijanie, potrafimy zachować ten sposób życia, wtedy okażemy się zwycięzcami. Natomiast w przypadku ludzi pozornego sukcesu, którzy szybko wszystko zgarnęli i urządzili się, wyjdzie na jaw, że są na pozycji straconej, że przegrali.

Poniższe wypowiedzi pochodzą z publicznej dyskusji Viktora Orbána z katolickim ordynariuszem diecezji Kaposvár, biskupem Bélą Balásem, oraz kalwińskim pastorem Zoltanem Balogiem, która odbyła się w grudniu 2005 roku.

za: http://www.fronda.pl

Wrz 10

Odpowiedź na list szefa Komisji Europejskiej Jeana Claudea Junckera

Szanowny Panie Prezydencie

Odpowiadając na Pański list z 5 września 2017 roku, chciałbym Pana poinformować o stanowisku węgierskiego rządu w sprawach poruszonych w Pańskim liście.

Przede wszystkim chciałbym wyrazić zadowolenie, że docenia Pan wysiłek Węgier przy ochronie granic. W ciągu ostatnich dwóch lat Węgry chroniły nasze wspólne granice przeznaczając na to środki z własnego budżetu, budując ogrodzenia i mobilizując tysiące strażników granicznych.

Chciałbym również przypomnieć moje stanowisko przedstawione na Radzie Europejskiej spotkaniu szefów rządów i przywódców państw, że Węgry zawsze postępowały jak państwo należące do strefy Schengen, ale z przyczyn geograficznych imigranci mogą dostać się na Węgry, jeśli przekroczyli granice Unii w innym państwie członkowskim; głównie w Grecji. Z tego powodu Węgry nie brały udziału i nie chcą brać udziału w projektach które nie rozwiązują tego problemu.

W imieniu rządu węgierskiego chciałbym również jasno powiedzieć, iż w naszej opinii Pańska interpretacja zasady solidarności nie stoi w zgodzie z prawami Unii. Nie jest także zgodna z tradycją historyczną Węgier. Węgry, w przeciwieństwie do innych państw Unii,  nie mają przeszłości kolonialnej. Te państwa mają politykę imigracyjną wynikającą z zobowiązań wobec dawnych kolonii.

Z drugiej zaś strony Węgry nie są państwem imigrantów, nie chcą nim być i nie zaakceptują tego, by ktokolwiek je do tego zmuszał. Interpretacja zasady solidarności przedstawiona w Pańskim liście w swej istocie sprowadza się do tego by Węgry zmieniły się w państwo imigranckie wbrew woli Węgrów. W mojej ocenie to nie jest solidarność, ale przemoc.

Chciałbym Pana poinformować, że jesteśmy zakłopotani tą częścią Pańskiego listu, w której opisuje Pan związek pomiędzy problemem imigrantów, a funduszami spójności. Takiego związku nie ma i nie jest on dozwolony przez unijne prawodawstwo. Według węgierskiego rządu znaczna część środków uzyskanych z Funduszu Spójności ląduje w kieszeniach firm pochodzących z krajów, które finansują fundusz. Gospodarki głównych krajów UE mocno zyskały na środkach spójności, podobnie jak z otwarcia rynków w innych krajach członkowskich.

Na koniec chciałbym podkreślić, że byłem zaskoczony i zdziwiony czytając, że Pan i Komisja Europejska odmawia przyznania funduszu na budowę ogrodzeń. Jestem przekonany, że ci którzy nie wspierają budowy ogrodzeń nie mogą i nie chcą chronić obywateli Unii. To jest niemożliwe, by chronić się przed nielegalnymi imigrantami próbującymi przekroczyć granicę bez postawienia na niej fizycznych przeszkód i barier. Zamiast chronić nasze granice Komisja Europejska chce finansować tylko rozwiązania i organizacje, których celem jest ułatwianie imigracji, przez co tylko zachęca setki tysięcy imigrantów, którzy chcą przedostać się do Europy.

Wobec tego chciałbym jeszcze raz powtórzyć prośbę rządu węgierskiego, by Unia Europejska sfinansowała połowę wydatków jakie ponoszą Węgry na ochronę naszej wspólnej granicy Schengen, w tym koszt budowy ogrodzenia. Ta suma – 270 miliardów forintów została wydatkowana tylko przez węgierskich podatników, a ogrodzenie i węgierska straż graniczna chronią nie tylko Węgrów, ale także Austriaków, Niemców i obywateli innych państw Unii Europejskiej.

Z poważaniem

Viktor Orbán

za: http://nczas.com/

 

Lip 05

Po prostu brak słów…

Wejście Węgrów na Jasną Górę

Opublikowany przez Krzysztof Wierus na 30 czerwca 2017

Modlitwa Węgierskich Pielgrzymów pod Epitafium Smoleńskim

Opublikowany przez Krzysztof Wierus na 30 czerwca 2017

Mar 13

Ponowny wybór Tuska był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy

Doniesienie korespondenta Węgierskiej Agencji prasowej MTI, Artúra Bajnoka:

Bruksela, 10 marca 2017 r., piątek (MTI) – ponowny wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej w dzień poprzedni był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy a nie jednego czy drugiego państwa członkowskiego – oświadczył Premier Viktor Orbán w piątek w Brukseli po spotkaniu na szczycie przywódców państw członkowskich Unii.

Należy przyjąć do wiadomości, że polityka europejska funkcjonuje w opraciu o politykę partyjną, a węgierskie partie rządzące – Fidesz a także Chrześcijańscy Demokraci  – należą do Europejskiej Partii Ludowej (EPP), w związku z tym Węgry udzieliły poparcia jedynemu kandydatowi tej partii – mówił Viktor Orbán.

Premier mówił o tym, że nie mógł dotrzymać obietnicy złożonej szefowi polskiej partii rządzącej, Jarosławowi Kaczyńskiemu, ponieważ kontrkandydat Warszawy, deputowany do Parlamentu Europejskiego Jacek Saryusz-Wolski wystąpił z Partii Ludowej jeszcze przed posiedzeniem i w związku z tym pozostał tylko jeden kandydat EPP w osobie Tuska.

Dodał, że o sytuacji poinformował listownie swoją koleżankę, panią Beatę Szydło kilka dni przed spotkaniem na szczycie unijnych szefów państw i rządów, „więc nic nie było dla nikogo  zaskoczeniem”.

Podkreślił, „zrobiliśmy wszystko dla osiągnięcia racjonalnego kompromisu, ale jeśli chodzi o dycyzje w sprawach personalnych to bardzo trudno wypracować kompromis, a szczególnie racjonalny  kompromis.”

Zdaniem Premiera była to bitwa nie do wygrania przez stronę polską, ale należy pogodzić się z decyzją nawet wówczas, gdy istnieje takie państwo członkowskie, dla którego jest ona nie do zaakceptowania.

Ta obecna decyzja nie wpływa na sojusz węgiersko-polski, nadal twardo stoimy obok Polski we wszystkich sprawach, które oznaczają niesprawiedliwe ataki przeciwko Polsce, a takich jest sporo tu  w Unii Euroepjskiej” – stwierdził Premier. Niezależnie od tego Polska może więc liczyć na solidarność Węgier, „nasz szacunek do Polaków i nasze przyjacielskie uczucia wobec Pana Prezesa Kaczyńskiego nie uległy zmianie” – powiedział.

W piątek pozostali w Brukseli już tylko przywódcy 27 krajów – krajów unijnych po wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa, by na nieformalnych naradach dokonać uzgodnień o przyszłości zawężonej unii oraz w sprawie przygotowań do spotkania pod koniec marca w Rzymie z okazji 60 rocznicy Traktatu Rzymskiego, ustanawiającego  organizacje poprzedzające Unię Europejską.

Odnosząc się do tego, Viktor Orbán podkreślił, że należy zdefiniować, gdzie będzie miejsce Europy w nowym porządku światowym po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię, co dla nas to wszystko znaczy, jakie będą tego skutki.

Wbrew wszystkim trudnościom Europa jest nadal najlepszym miejscem na świecie i zachowanie tej pozycji jest celem. Europejska kultura, cywilizacja i gospodarka osiągnęły w okresie po drugiej wojnie światowej bezprecedensowe wyniki. Europa ma dobre szanse wygrać konkurs o tytuł, gdzie można żyć najlepiej i najszczęśliwiej na świecie – mówił.

Mówiąc o przyszłości UE stwierdził jednocześnie, że należy jasno wyrazić: prawa państw członkowskich nie mogą być odebrane.

Koncepcja Europy kilku prędkości również znalazła się wśród tematów spotkania. Odnosząc się do tego Viktor Orbán podkreślił: „Nie może powstać Europa dwóch prędkości, więc nie ma Europy pierwszej klasy i drugiej klasy, nie ma jądra i peryferii, w ogóle, ta Europa dwóch prędkości to dla nas należy do najbardziej antypatycznych pomysłów, natomiast my – wykorzystując instrumentarium zintensyfikowanej współpracy – nie jesteśmy przeciw temu, by niektóre kraje w różnych sprawach szły bardziej do przodu, robiły większe postępy, niż inne.”

Pozwalajmy sobie, by każdy, zgodnie ze swoim interesem, w pewnych ramach mógł robić większe postępy niż reszta” – dodał.

 

Mar 15

Przemówienie z 15 marca 2016 roku

„Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!”

Panie i Panowie! Rodacy! Węgrzy na całym świecie!

Z uszytą przez żonę kokardą na swoim sercu, z tomikiem poezji w kieszeni, z myślami o strasznych wrażeniach z rewolucji w głowie witał Sándor Petőfi 15 marca w swoim dzienniku. „Bądź pozdrowiona węgierska wolność, w dniu twych urodzin!” Dziś po 168 latach z radością i wiosennym optymizmem, z wielkimy nadziejami i podniesioną duszą świętujemy w całym Basenie Karpat. Od Beregszász po Szabadkę, od Rimaszombat po Kézdivásárhely. Każdy Węgier, z jednym sercem, jedną duszą, jedną wolą.

Węgierskie serca radują się również tym, że jak w decydujących bitwach powstania węgierskiego, obecnie też jest z nami legion polski. Witam rozentuzjazmowanych potomków generała Bema. Witamy przedstawicieli wielkiego narodu polskiego. Jak zawsze podczas wspólnej tysiącletniej historii, tak teraz też jesteśmy z Wami w walce, którą prowadzicie za wolność i niepodległość Waszej ojczyzny! Razem z Wami zawiadamiamy Brukselę: więcej szacunku dla Polaków, więcej szacunku dla Polski! Bóg Was tu przyprowadził! xxx polsko-węgierskiej wspólnoty losów, jest to, że 60 lat temu nasza druga chwalebna rewolucja w ’56 urodziła się pomiędzy pomnikiem Bema a placem Kossutha. Powstała z wielką siłą chwalebnych przodków i na wieczór wyrwała wielkiego generalissimus Sowietów.

Szanowni Państwo! Szanowni Świętujący!

Węgier występuje w obronie swojej prawdy, kiedy trzeba. Jak musi, nawet walczy. Nie szuka bez powodu problemów. Wie, że lepiej zachować spokój, niż wyciągać szable. Dlatego, rzadko bierzemy się za rewolucję. Podczas 170 lat dwa razy tak postąpiliśmy. Mieliśmy powody. Czuliśmy, że nie wytrzymamy dalej. Europa zachowała nasze rewolucje z 1848 i 1956 wśród chwały świata.

Chwała bohaterom! Szacunek dla odważnych! Historycy zapisali rewolucję z 1918-19, ale nie na stronach chwalebnych, lecz w leksykonie o bolszewickim zamieszaniu z którego wybuchła rewolucja anty-węgierska dla celów i interesów obcych. My Węgrzy mamy dwie tradycje rewolucyjne. Jedna prowadzi od 1848, przez 1956 i zmiany ustroju do nowej Konstytucji i obecnego porządku konstytucyjnego. Druga wywodzi się od jakobinów, przez 1919 do komunizmu powojennego. Dzisiejszy porządek urządzili spadkobiercy rewolucji z 1848 i 1956.
Ta tradycja kieruje dzisiejszym światem polityki, gospodarką i życiem intelektualnym narodu. Równość przed prawem, odpowiedzialne ministerstwa, bank narodowy, wspólny podział obciążenia, wolność, odpowiedzialność, szacunek ludzkiej godności, zjednoczenie narodu. Bądźmy za to wdzięczni, że tak się stało. Soli Deo gloria!

Szanowni Państwo!

Nawet wyniosłość święta nie pozwala nam zapomnieć, że tradycja 1919 nadal żyje z nami, na szczęście już tylko osłabiona, ale jeszcze tu się snuje. Jeżeli nie dostanie wsparcia z zagranicy, to uschnie w węgierskiej ziemi, która nie przyjmuje internacjonalizmu. Tak jest dobrze.

Szanowni Państwo!

Porządny, wychowujący dzieci i pracujący obywatel raczej nie zostaje rewolucjonistą. Osoba myśląca i pewna siebie wie, że z zamieszania rzadko wynikają dobre rzeczy. Osoba pogodna i pragnąca rozwoju wie, że nie można na raz robić dwa kroki, bo się potknie o własne nogi. Jednak właśnie tacy mieszczanie z Pesztu zostali zwolennikami rewolucji i maszerowali w pierwszych rzędach, tuż za młodymi studentami.
To oni dali większość rewolucji i walk wolnościowych, za honor Węgrów zapłaciliśmy ich krwią. Każda rewolucja jest taka, jak ci, którzy ją robią. Naszą rewolucję robili porządni mieszczanie, oficerowie, prawnicy, pisarze, lekarze, inżynierowie, rzemieślnicy, chłopi i robotnicy o narodowych uczuciach.

Nie ma śladu nieudanych wizji nieudanych filozofów czy intelektualistów. Rewolucjoniści z 1848 z kamieni po zburzonym absolutyzmie nie chcieli zbudować świątyni nowej tyranii. Pieśni węgierskiej rewolucji nie pisano na ostrze gilotyny ani na struny szubienicy. Nasze pieśni nie śpiewa tłum linczujący, przemieniony w kata, poematy nie są poświęcone zemście ani krwi. Pełnym godności momentem rewolucji z 1848, kiedy znów rozkwitały rany węgierskiego narodu. Żądano uzyskanie i odzyskanie praw konstytucyjnych, zabranych narodowi.

Szanowni Państwo!

A wy co robicie? – pyta się Sándor Petőfi w ostatnim liście do Jánosa Aranya trzy tygodnie przed swoją śmiercią. Pyta się też nas. A wy co robicie? Co robicie z dziedzictwem? Czy Węgrzy są godni swego wielkiego imienia? Czy znacie prawo dawnych Węgrów, że to co czynicie, musicie mierzyć nie tylko miarą pożyteczności, lecz też miarą absolutu, ponieważ te czyny muszą zająć swoje miejsce w wieczności.

Szanowni Świętujący!

Dziedzictwo jest, Węgrzy żyją, Buda stoi. Jesteśmy kim byliśmy, będziemy kim jesteśmy. Znają nas, jesteśmy szanowani przez mądre narody. Zachowujemy dawne prawa. Czy odniesiemy sukces, czy powstanie niezależna, poszanowana na świecie ojczyzna, o którą walczyli w 1848, jeszcze nie wiemy. Wiemy, że gwiazdy Europy są chwiejne, więc czekają nas próby. Obecne czasy zadają nam pytanie, czy mamy być niewolnikami, czy wolni? Los Węgrów jest powiązany z narodami Europy, dziś żaden naród nie może być wolny, jeżeli Europa nie jest wolna. Europa jest bezsilna, jest jak więdnący kwiat zjadany przez tajne robactwo. 168 lat po wiośnie ludów, nasza wspólna ojczyzna, Europa, nie jest wolna.

Szanowni Świętujący!

Europa nie jest wolna, wolność zaczyna się wypowiedzeniem prawdy. Dziś w Europie zakazane jest powiedzieć prawdę. Kaganiec jest kagańcem, nawet z jedwabiu. Jest zakazane powiedzieć, że dziś nie przybywają uchodźcy, lecz Europie zagraża wędrówka ludów. Jest zakazane powiedzieć, że dziesięciomilionowe tłumy czekają w gotowości, żeby ruszyć w naszym kierunku. Jest zakazane powiedzieć, że migracja przynosi przestępstwo i terror do naszych krajów.

Jest zakazane powiedzieć, że tłumy innej cywilizacji są zagrożeniem dla naszego stylu życia, kultury, zwyczajów, tradycji chrześcijańskich. Jest zakazane powiedzieć, że ci co wcześniej przybyli zamiast integracji zbudowali własny świat, z własnymi prawami, ideami, które rozwierają tysiącletnie ramy Europy. Jest zakazane powiedzieć, że to nie łańcuch przypadkowych i nieumyślnych konsekwencji, lecz zaplanowana akcja, tłum ludzi prowadzonych na nas.

Jest zakazane powiedzieć, że w Brukseli dziś pracują nad tym, żeby jak najszybciej przywieźli i zasiedlili u nas obcych. Jest zakazane powiedzieć, że celem zasiedlenia jest przerysowanie wzorów religijnych i kulturalnych Europy i przebudowanie etnicznych podstaw, usuwając ostatnie bariery internacjonalizmu, czyli państwa narodowe. Jest zakazane powiedzieć, że Bruksela zabiera kawałki naszej narodowej suwerenności, że w Brukseli pracują nad planem Stanów Zjednoczonych Europy, do czego nikt, nigdy ich nie uprawnił. Dzisiejszy przeciwnicy wolności są inni niż dawni władcy, czy władcy systemu sowieckiego. Innymi metodami zmuszają do poddania się. Dziś nie zamykają w więzieniach, nie zabierają do łagrów, nie okupują czołgami państwa przywiązane do własnej wolności. Dziś wystarczą ataki prasy światowej, stygmatyzacja, straszenie i szantaż. Czy raczej wystarczało. Do tej pory.
Narody Europy obudziły się, uporządkowują się i niedługo wstaną. Narody Europy zrozumiały, że chodzi o ich przyszłość. Nie tylko dobrobyt i wygodne życie, praca, ale nasze bezpieczeństwo i pokój jest zagrożony. Śpiące w dobrobycie narody Europy wreszcie zrozumiały, że zagrożone są zasady, na których Europa została zbudowana.
Europa to chrześcijaństwo, wspólne życie wolnych i niezależnych narodów, równouprawnienie kobiet i mężczyzn, wyścig fair, solidarność, honor, pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To niebezpieczeństwo nie atakuje nas jak wojny i katastrofy nagle. Wędrówka ludów to cicha woda, która wytrwale rwie brzegi. Pokazuje się, jako sprawa humanitarna, lecz jej prawdziwa natura, to zajęcie przestrzeni. To co dla nich jest zajęciem przestrzeni, dla nas jest utratą przestrzeni.

Wojownicy praw człowieka czują potrzebę, aby nas pouczać i oskarżać. Ponoć jesteśmy wykluczający i wrodzy. Prawda jest taka, że nasza historia, to historia przyjmowań i łączenia kultur. Kto zgłaszał się jako nowy członek rodziny, sojusznik, czy przybysz uciekający aby przeżyć, tego wpuściliśmy i znalazł u nas nową ojczyznę. Kto przybył, aby zmienić nasz kraj, uformować nasz naród na własną modłę, kto przybył z agresją i wbrew naszej woli, zawsze spotkał sprzeciw.

za: http://niezalezna.pl/77671-dzis-w-europie-nie-mozna-mowic-prawdy-cale-przemowienie-orbana

Lut 28

Raport o stanie Węgier – przemówienie premiera Viktora Orbána – fragment

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!

Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej zachodnioeuropejskich fabryk.

Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.

Szanowni Panie i Panowie!

Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu.

Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.

Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. (oklaski) Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.

Szanowni Państwo!

Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. (śmiechy, oklaski) To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet takiej intencji.

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu jest martwa.

Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z którego chcieliśmy się wyrwać.

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy byli solidarni i pomagali.

Drodzy moi Przyjaciele!

To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też kamiennych mózgów. (śmiechy, oklaski) Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. (oklaski) Zamiast to zrozumieć, z Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle. (śmiechy)

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło lewicowych liberałów ze Związku Wolnych Demokratów – SzDSz]. (śmiechy, oklaski) To zaś oznacza, że prawdziwy problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony imigrantów. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.]

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!

Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim 2.0

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

za: http://wpolityce.pl

Gru 13

Przemówienie na Kongresie FIDESZ

Szanowny Kongresie! Drodzy moi Przyjaciele, nasi Sprzymierzeńcy z kraju i z Basenu Karpat! Szanowni Goście, Panie i Panowie!

Gdy wczoraj mój przyjaciel László Kövér [przewodniczący Parlamentu] zapytał, o czym dziś będę mówił, odpowiedziałem, że o wszystkim, a nawet między innymi o wszystkim. Rzecz jasna, sytuacja nie jest aż na tyle krytyczna. Będę więc mówił tylko o kraju, o Europie i o nas.

Dwadzieścia siedem lata temu, jesienią roku 1988 przeżywaliśmy pierwszy kongres Fideszu. Jest tu sporo ludzi, z którymi od prawie trzydziestu lat szlifujemy nasze miejsca pracy i siebie nawzajem w dobrej i złej doli. Lecz nawet po tych trzech dekadach najwspanialszym uczuciem jest to, że widzi się starych towarzyszy walk, z którymi razem siwiejemy, a jednocześnie widzi się nowszych, z którymi staliśmy się coraz to silniejsi.

Żargon partyjny mówi tylko tyle: kongres, kongres Fideszu, ale w rzeczywistości to są najpiękniejsze chwile naszego wspólnotowego życia. Być razem, spotykać się, wspominać przebytą drogę, oceniać teraźniejszość i planować przyszłość. Nie można jednak z czystym sumieniem świętować w cieniu powodzi czy terrorystycznego ataku. Nie może być mowy o świętowaniu, gdy zagrożone jest życie innych lub owoc pracy całego życia. Dlatego przesunęliśmy nasz kongres na dzisiaj i choć już jesteśmy w Adwencie, to była to dobra decyzja.

Pamiętam, jak 27 lat temu, gdy zbieraliśmy się w Teatrze Jurta, jeszcze na dobre stacjonowały tu sowieckie jednostki, roiło się od milicji i agentów, ale my już czuliśmy w powietrzu wiatr zmian, którego nie sposób było zatrzymać. A dokładniej, raczej czuliśmy, że to my stanowimy tę przemianę.

Wielu uśmiechało się, gdy młodzieńczą głową dwudziestolatków postanowiliśmy stworzyć partię polityczną i wystartować w pierwszych wolnych wyborach do parlamentu. Nie byliśmy profesjonalistami, jedynie zapał nas napędzał, ale przecież wiecie, że Titanica budowali specjaliści, a Barkę Noego – laik.   Dziś zaś przeżywamy nasz XXVI. Kongres, który przypada w czasie trzeciej kadencji naszych rządów. Razem z naszymi sprzymierzeńcami stanowimy najstarszą i największą partię w Europie Środkowej, nasza wspólnota jest największą i odniosła największe sukcesy. Gdybyśmy wtedy nie zdecydowali się rozpocząć, dziś by nas nie było. Z nami tak zawsze było. Przychodzimy z czymś, mówią, to niemożliwe, wyśmiewają nas, później, gdy mimo wszystko już to zrobimy, tylko rozdziawiają buzie, jak karp w reklamówce.

Mówią, że Fidesz to partia, która nie tyle ma rację, co rację będzie miała. Inną sprawą jest to, co w polityce należy się takiej partii, która ma rację przed czasem, zbyt wcześnie. Dziękuję Wam, że mogę być częścią takiej fantastycznej wspólnoty, takiej zwycięskiej drużyny. Dziękuję za niezachwiane zaufanie. Iść na czele takiej politycznej wspólnoty podnosi na duchu i jest zaszczytem. Tak, jakkolwiek by to było niewiarygodne, Fidesz w Europie Środkowej jest partią najstarszą i największą w liczbie i sukcesach.

Nie dlatego jesteśmy partią sukcesu, że zwykliśmy zwyciężać w wyborach, choć skromnie możemy wspomnieć, iż w ostatnich dziewięciu latach wszystkie krajowe wybory wygraliśmy z olbrzymią przewagą. Wygrać wybory to dobra rzecz, ale to dopiero bilet do zwycięstwa, upoważnienie, by przemieniać słowa w czyn. Stara zasada mówi: w ostateczności zawsze mówią czyny, a my, Fidesz, znamy tę zasadę.   Chyba dlatego nasza historia może być tak długa i udana, że ludzie wiedzą, iż jesteśmy tymi, którzy działają, którzy wypełniają to, do czego się zobowiązali. Wielu uważa, że w tym kryje się klucz do sukcesu. Być może, ale tak samo ważne jest i to, że dobrze znamy tych, których reprezentujemy.

Dobrze znamy nasz własny gatunek ludzi, jego cnoty, błędy, mocne strony i słabości, dlatego też możemy wierzyć w tych ludzi. Albowiem my wierzymy w Węgry i wierzymy w Węgrów. Wierzymy, że Węgrzy w każdym czasie pomimo wszelkich przeciwności potrafią podnieść swój kraj nawet z najgorszej sytuacji.

Dlatego my, którym powierzono odpowiedzialność za rządy, jedno tylko musimy zapewnić – szansę i możliwość tego, by ludzie mogli pracować, kreować, tworzyć wartości i by swoją pracą, swoimi siłami mogli odnosić sukcesy.

Gdy czytałem słowa Oscara Wilde’a o Irlandczykach, rozpoznawałem w nich nas samych, Węgrów. Wilde pisał: „Uczciwi ludzie, bo nigdy nie mówią dobrze o sobie nawzajem”. Rzeczywiście, my też jesteśmy ludźmi dumnymi, znającymi swoją wartość, czasami krnąbrnymi, którzy do wszystkiego chcą dojść o własnych siłach. Jesteśmy narodem, który nigdy innych nie błaga, nie żebrze o ich pieniądze, nie chce być innym narodom ani panem, ani ich poddanym, nie chce ich utrzymywać ani być przez nie utrzymywanym.

Na takim fundamencie trzeba było i na takim tylko można było budować w roku 2010, gdy wyborcy powierzyli nam kraj balansujący na krawędzi bankructwa. Objęliśmy państwo, na które wszyscy w świecie machnęli już ręką, a i wielu w kraju. Cnota wyblakła, siła życia wyparowała, poczucie własnej wartości upadło, duch węgierski ledwie się tlił. Już byliśmy zaksięgowani jako gotowi do wrzucenia do gara, razem z Grekami. Więcej, my jeszcze przed Grekami.

W istocie spisano nas na straty, aczkolwiek zrobiono dla nas jeszcze tyle, że przysłano Międzynarodowy Fundusz Walutowy, by zadać cios łaski. Do tego momentu udało się nam przejąć władzę i dobrze, że to my ją przejęliśmy, gdyż w domu nauczono nas pierwszej zasady dołka: jeśli w nim jesteś, przestań dalej kopać. Wystarczająco głęboki był dół Gyurcsányego i Bajnaiego; brakowało nam tylko tego, by na kark zwaliła nam się jeszcze jedna koparka. Cóż, Fundusz pięknie odesłaliśmy z kwitkiem.

Moi Przyjaciele!

Od tamtego czasu minęło zaledwie pięć lat i dziś osiągnęliśmy to, że jednym z najpewniejszych punktów Europy są właśnie Węgry. Wielu by się cieszyło, gdyby ich finanse miały tak mocne podstawy jak nasze i gdyby mieli takiego ministra finansów jak nasz. Nie przypadek, że wybrano go najlepszym ministrem. Brawo, Michale [Varga]!

Biorąc wszystko pod uwagę, większość krajów Europy z wielką radością pogodziłaby się z faktem posiadania takiego wzrostu gospodarczego jak węgierski, cieszyłaby się naszymi wskaźnikami bezrobocia i zatrudnienia. Wielu odetchnęłoby z ulgą, gdyby tak jak nam udało im się ograniczyć dług publiczny, zlikwidować kredyty walutowe, obciąć podatki, podnieść płace, w tym samym czasie zachować wartość emerytur i znaczącymi sumami wspierać rodziny.

Dziś już, moi Drodzy Przyjaciele, nie balansujemy na bagnie, zbudowaliśmy mocne fundamenty, pod nogami mamy twardy grunt, znaczy to, że mamy od czego się odbić do skoku. Wiemy i widzimy, że nasz kraj czekają jeszcze twarde i ciężkie boje, a więc i nas, lecz mamy skąd czerpać siłę. Jedno słowo, warte stu innych, Drodzy moi Przyjaciele, jesteśmy tu 30 lat. Dobra wiadomość dla naszych zwolenników, zła dla naszych przeciwników: przez następne 30 lat też tu będziemy.

Szanowni Delegaci!

Skąd czerpaliśmy do tego siły? Jeśli przyjrzymy się ostatnim pięciu latom, możemy dostrzec, że nasza siła generalnie kryje się w tym, iż odważnie wyznaczyliśmy sobie takie cele, które inni uważali za niemożliwe. Najczęściej były to rzeczy, których każdy by pragnął, ale nikt by ich nie uważał za możliwe do zrealizowania.

Już na tej podstawie widać, że być może odwaga jest w życiu najważniejszą cechą. Mówi się, że każdy może być szczęśliwy, czy to piękny czy brzydki, mądry czy głupi, nawet i pracowity, i leniwy, ale tylko lękliwy nie może być szczęśliwy. Jeśli tak patrzymy, to wolność właściwie jest prawem do odwagi, a my, fideszowcy, skorzystaliśmy z tego przysługującego nam prawa.

Wypowiedzieliśmy rzeczy dotąd uważane za tabu, uczyniliśmy je naszym programem, później wraz ze zdobyciem władzy podniesione one zostały do rangi interesów narodowych. Powiedzieliśmy o zjednoczeniu narodu i o podwójnym obywatelstwie, na rok 2010 uczyniliśmy je programem i stały się one sprawą narodu, i prawie cały Parlament zagłosował za nimi.

Kto by pomyślał, że koszty komunalne można nie tylko podwyższać, ale i obniżać? Powiedzieliśmy to, umieściliśmy to w naszym programie partyjnym, później rządowym, w końcu stało się to sprawą narodową. Dziś nawet socjaliści skradają się do ciepła bijącego od tej obniżki. Mógłbym powiedzieć, że ludzie w końcu to im zawdzięczają, przecież gdyby nie było Ildikó Lendvai i jej towarzyszy, to nie byłoby czego obniżać.

Kto by pomyślał, że można uwolnić kraj od kredytów walutowych, a nawet rozliczyć banki? Mieliśmy odwagę to wypowiedzieć, uczynić programem partii, wnieść do programu rządu, w końcu stało się to sprawą narodową. Tę drogę do osiągnięcia rangi narodowej przeszły sprawy przywrócenia porządku, wzmocnienia policji, wspierania rodzin, uczestnictwa banków i koncernów międzynarodowych w ponoszeniu kosztów publicznych.

Doszliśmy do tego, że politycy opozycji bez najmniejszego zmieszania zachowują się tak, jakby te kwestie od zawsze należały do spraw narodowych. Nie zapominajmy – obok pokornie wspomnianych naszych zasług – że o tym, co stanie się sprawą narodową, decydują wyłącznie obywatele, poprzez swoje poparcie, poprzez przekonanie do niej polityki, czasem poprzez wymuszenie tego wprost.

Tu jest okazja, byśmy podziękowali Węgrom za to, że naszą Ojczyznę uczynili krajem, w którym na nowo interesy narodowe zyskały prawo istnienia; krajem, w którym ponownie istnieje możliwość podążania w jednym kierunku.

Szanowny Kongresie!

Polityka jest jak katarynka, której nie wolno się zatrzymać. Z radością zauważyłem, że kręgi inteligencji chrześcijańskiej zainicjowały publiczną debatę, głośne myślenie o tym, jak Węgry powinny się rozwijać w ciągu dekady, dwóch. Tej pracy nie możemy zaoszczędzić i trudno znaleźć ludzi bardziej odpowiednich do tego zadania. Dziękujemy im, że podjęli się tego.

Możemy być dumni, że Węgry wciąż są krajem – gdzie indziej to już wyszło z mody – w którym ludzie o narodowych odczuciach, myśliciele, naukowcy, artyści, inżynierowie, lekarze i duchowni podejmują ten wielki ciężar, który zwykło się nazwać odpowiedzialnością ludzi ducha, inteligencji. Celem jest spokojne i dogłębne przedyskutowanie obywatelskiego systemu, stworzenie dokładnego obrazu teraźniejszości i przyszłości, z którego zrodzą się nowe myśli i nowe narodowe interesy.

Szanowni Delegaci!

System obywatelski ma nie tylko program i treść, ale też swoją politykę, czyli sposób, drogę i praktykę, którymi tamte można zrealizować. Każdy wie, odczuwa to na własnej skórze, że nasza wspólnota polityczna inaczej zabrała się do dzieła, inaczej uprawia politykę, niż to było tu w zwyczaju przed rokiem 2010. Inaczej też uprawiamy politykę, niż jest to w zwyczaju obecnie w Europie.

Najważniejsze jest to, że my wysłuchujemy ludzi. Dlatego ich słuchamy, gdyż chcemy tworzyć punkty porozumienia pomiędzy ludźmi a rządem. W przypadku spraw ważnych bez takiego porozumienia nie da się demokratycznie rządzić. Pomyślcie choćby o kwestii imigrantów. Nie jesteśmy gnuśni, leniwi, nie zamykamy się w naszych biurach, nie obserwujemy życia z siedziby partii, lecz konsultujemy się, pytamy, słuchamy ludzi.   

Również i to należy do naszych własnych atrybutów – i jest nowością szczególnie w stosunku do socjalistów – że w każdych okolicznościach reprezentujemy interesy Węgier, nigdzie nie zbaczamy. Znamy układy sił, wiemy, jaka jest siła bicepsów innych i naszych, ale nie damy się szantażować i nikomu automatycznie nie przyznajemy racji, tylko z tego powodu, że ma mocniejszy głośnik.

Gdy trzeba, idziemy na zwarcie, gdy trzeba, wracamy, gdy trzeba, zawieramy porozumienie, ale zawsze cel jest ten sam: nasza polityka jest wyłącznie polityką przyjazną Węgrom. Jeśli my nie bronimy i nie reprezentujemy węgierskich interesów, nikt inny tego nie zrobi, dlatego tu, w Fideszie, zasadą życia jest codzienny patriotyzm.  

W dzisiejszym świecie już i to jest czymś odbiegającym od normy, że na ziemi stoimy na dwóch nogach, że punktem wyjścia jest rzeczywistość, a nie ideologia, że szukamy rozwiązań problemów ludzi, że ich szczęście, bezpieczeństwo są najważniejszymi sprawami rządu. Dla nas jedyną miarą politycznego sukcesu jest to, czy nasze decyzje dobrze służą interesom Węgrów, czy też nie.   I w końcu, Drodzy moi Przyjaciele, nasza polityka jest polityką działania. Obserwuję, że paraliż, kunktatorstwo, pozorowanie działań są niebezpiecznymi chorobami współczesnej polityki europejskiej. Potrzeba odwagi i siły, abyśmy mieli męstwo do podejmowania decyzji i siłę do działania.   

Drodzy moi Przyjaciele!

W następnych latach dalej będziemy pracować na rzecz systemu obywatelskiego. Polityka systemu obywatelskiego ma jasne cele. To są odważne cele. Wyznaczamy wobec kraju takie cele, których wcześniejsze rządy nie miały siły, a może nawet odwagi wyznaczyć.

Po pierwsze: mniej podatków i więcej pracy. Chcemy, aby na Węgrzech każdy, kto potrafi i chce, mógł pracować. Chcemy też, by każdemu opłacało się pracę podejmować. Chcemy, by ten, kto uczciwie pracuje, mógł się też ze swej pracy utrzymać, a według jej wydajności, mógł żyć w dobrobycie. Dziś pracuje o 550 tysięcy ludzi więcej, niż wtedy, gdy obejmowaliśmy rządy.

To piękne, a nawet bezprzykładne osiągnięcie, ale jesteśmy dopiero w połowie drogi, gdyż celem jest pełne zatrudnienie, dlatego rozwijamy przemysł narodowy, rolnikom zapewniamy dostęp do ziemi i z całą siłą dusimy biurokrację. Mniej podatków, więcej przedsiębiorstw, narodowy przemysł, węgierscy gospodarze, państwo wolne od biurokracji – to stworzy dalszych kilkaset tysięcy miejsc pracy.  

Naszym celem na dużą skalę jest wspieranie węgierskich rodzin. Wyznajemy, że bez silnych i zdrowych rodzin nie ma silnego i zdrowego kraju, nie ma sukcesu. Bez takich rodzin nie można odwrócić trendu wymierania społeczeństwa. Dlatego dla nas rodziny i dzieci, które mają się narodzić, oznaczają przyszłość Węgier i Europy. Chcemy, by każda rodzina miała dach nad głową.

Więcej, pragniemy i tego, by ten dach był ich własny, czyli by każda węgierska rodzina miała swój dom, który będzie ich własnością. Dlatego jutro złożymy w Parlamencie projekt, zgodnie z którym w następnych 4 latach VAT w budownictwie mieszkaniowym zostanie ograniczony z 27 do 5 proc., w harmonii z unijnymi przepisami.

Trzecim naszym wielkim celem jest to, by Węgrzy nie musieli żyć w strachu. Bezpieczeństwo i prawny porządek, surowe, ale sprawiedliwe przepisy, silna, przygotowana, młoda policja, stanowcze jednostki antyterrorystyczne, pewna siebie ochrona przed klęskami żywiołowymi. W ten sposób zdołamy ochronić kraj. Obronimy nasze granice, obronimy Węgrów przed przestępcami, terrorystami, nielegalnymi imigrantami.

Szanowny Kongresie!

Nie można dziś mówić w sposób poważny o sytuacji naszej Ojczyzny bez mówienia o sytuacji Europy. Widzimy, że zostaliśmy zalani. Europa jest w stanie inwazji, wygląda jak pole bitwy, a to, co dotąd zobaczyliśmy, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Ilu jeszcze wyruszy, ilu jeszcze szykuje się do Europy?

Myślę, że miliony, a nawet dziesiątki milionów. A widzimy też, że Unia dryfuje, jest słaba, niepewna, bezradna, miota się zamiast działać. Lewicowe elity Europy i przywódcy licznych krajów zamiast w końcu podjąć kroki w celu zatrzymania potopu imigrantów, zastanawiają się, jak rozwiązać problem ich masowego przyjęcia.

Jedna konferencja warta drugiej, znamy to, doświadczyliśmy tego, konferencja to zebranie takich ważnych ludzi, którzy sami nic nie mogą uczynić, ale razem zawsze potrafią stwierdzić, że w rzeczywistości nic nie trzeba robić. Adenauer powiedział kiedyś, że „Dziesięć przykazań Bożych dlatego są tak jednoznaczne, gdyż nie postanowiono ich na konferencji”.

Sytuacja zaś jest prosta i jasna: każdy trzeźwo myślący człowiek rozumie, że Europa nie udźwignie tylu ludzi, nie jest w stanie tylu ludziom dać pracy, zapewnić mieszkań, ochrony socjalnej i zdrowotnej, edukacji, wyszkolenia zawodowego, transportu. Gospodarka Europy i jej system zaopatrzenia padną pod takim ciężarem. Wcześniej, niżby dziś ktokolwiek to przypuszczał.   Lecz oprócz tego wszystkiego, na horyzoncie zbierają się jeszcze czarniejsze chmury. Wędrówki ludów zagrażają bezpieczeństwu Europejczyków, gdyż oznaczają spotęgowanie zagrożenia terrorem. A z terrorystami jest tak, że już nawet jeden to stanowczo za dużo. Tysiącami, dziesiątkami i setkami tysięcy przybywają do Europy ludzie, o których nic nie wiemy.

Skąd w rzeczywistości przychodzą, kim są, czego chcą, czy przeszli przeszkolenie, czy mają broń, czy są członkami jakiejś organizacji? Wędrówka ludów dodatkowo wzmacnia przestępczość. O tym w Europie nie wolno mówić, to nie jest politycznie poprawne, mimo to jest faktem: gdzie w Europie osiedliła się duża liczba imigrantów, tam z miejsca wzrosła liczba przestępstw.

Więcej jest kradzieży, więcej przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, więcej gwałtów. Czy to się podoba, czy nie, Przyjaciele, takie są fakty. Nie możemy przejść do porządku dziennego również ponad tym, że wędrówka ludów, masowy napływ osadniczy ludzi innych cywilizacji oznacza zagrożenie dla naszej kultury, sposobu życia, zwyczajów, tradycji. W zawrotnym tempie powstają równoległe społeczności.

Tylko zarozumiały Europejczyk uważa, iż inni również uznają nasz europejski sposób życia za bardziej wartościowy i upragniony od ich własnego. Jest właśnie na odwrót! Oni swoją formę życia uważają za wartościowszą, silniejszą i bardziej życiową od naszej. Nawet przez myśl im nie przeszło, by odrzucić swój styl życia, a przejąć nasz i się zasymilować.   Jeśli nawet na powierzchni panuje cisza – a do obecnych czasów tak było – to pod powierzchnią powstaje świat społeczności równoległych, który powoli, lecz zdecydowanie, krok po kroku, zgodnie z porządkiem natury wypycha nasz świat i spycha go do mniejszości, a w nim i nas, nasze dzieci i wnuki.

Jeśli tak dalej pójdzie, stracimy Europę. Mimo to europejscy przywódcy wysyłają kolejne, coraz to nowe zaproszenia, zamiast wysłać w końcu w sposób zdecydowany i uczciwie wiadomość, że na przybyszów nie czeka tu nic z tego, na co tak liczą. 

Szanowni Delegaci!

Jak mogło do tego dojść? Widać wyraźnie, że wydarzenia te nie są przypadkowe, to nie wypadek, to nie jakiś łańcuch niezamierzonych skutków, lecz zaplanowany i sterowany proces. Powstała dziwaczna wielka koalicja, koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrońców praw człowieka i brukselskich biurokratów.

Koalicja ta nie pracuje nad tym, by zakończyć wędrówki ludów, lecz wręcz przeciwnie, stara się sprowadzić tutaj imigrantów w sposób bezpieczny, szybki i prawny, i osiedlić ich między nami. Wątpliwa chwała, że pośród pomysłodawców oraz tych, którzy pociągają za sznurki, otwarcie przyznając się do tego jako programatorzy, reprezentowana jest i nasza Ojczyzna, w osobie pewnego znanego i niesławnego swego syna.

Drodzy moi Przyjaciele!

Jak doszliśmy

do tego? Dlaczego i w jaki sposób Europa stała się bezbronna? Dlaczego nie potrafi rodzących się kryzysów przewidywać i omijać? Dlaczego nie jest zdolna przynajmniej bronić się wobec kryzysów finansowego, gospodarczego, demograficznego, imigracyjnego?

Wiemy, ze gospodarka europejska jest zwapniała. Wiemy też, że znajdujemy się na demograficznej równi pochyłej. Mamy również świadomość ciężkich aberracji europejskiego superpaństwa. To oczywiście kłopoty, wielkie kłopoty, ale nie problemy śmiertelne, można się z nich wyleczyć. Prawdziwie śmiertelna choroba, która zagraża Europie, ma naturę raczej duchową.

U korzeni problemów kryje się jedna wspólna przyczyna: Europa już nie akceptuje samej siebie, swej tożsamości. Duchowość europejska i jej ludzie wierzą dziś w rzeczy powierzchowne i wtórne, w prawa człowieka, w postęp, w otwartość, w nowe formy rodziny, w tolerancję. To piękne i miłe rzeczy, ale w rzeczywistości drugorzędne, bo tylko wtórne.

Tak, dziś Europa wierzy w rzeczy wtórne, a nie wierzy w to, skąd i z czego te rzeczy się wywodzą. Nie wierzy w chrześcijaństwo, nie wierzy w trzeźwy rozum, nie wierzy w żołnierskie cnoty i nie wierzy w dumę narodową. Nie wierzy w to, co ją stworzyło, w to, co kiedyś stanowiło ją samą, nie wierzy w to, nie staje w obronie tego, nie argumentuje, nie walczy, a już w żaden sposób nie chce za to się poświęcać.

Europa nawet myśleć nie chce, ani mówić o tym, kim jest w rzeczywistości, a ponieważ nie akceptuje swej własnej tożsamości, nie akceptuje też różnorodności. A przecież bez odróżnienia siebie od innych, w konsekwencji nieuchronnie zatraca samą siebie. A przecież jaśniejsze to niż słońce, że Europa to starożytna Hellada, a nie Persja, to Rzym a nie Kartagina, to chrześcijaństwo a nie kalifat. Wyliczam tu bez żadnego wartościowania.

Fakt, że istnieje europejska cywilizacja jeszcze nie oznacza, że jest ona lepsza lub gorsza od innych. To oznacza tyle, że my jesteśmy tacy, a wy tacy. Rozróżnić, rozgraniczyć i przyznać się do europejskiej cywilizacji nie znaczy, że trzeba się zamykać. To znaczy tylko tyle – ale takie jest tego znaczenie – że nasza otwartość nie może prowadzić do naszej dezintegracji, do rozpłynięcia się w zetknięciu z obcymi, których przyjmiemy.  

Drodzy Przyjaciele!

Europa jest starym, lecz płodnym kontynentem. Przeżyła już wiele przerażających poglądów. Z niektórych pochodziły problemy, wręcz tragedie, niektóre do tego nie prowadziły. Problemy i tragedie wtedy się z nich rodziły, gdy Europa okazywała się słaba i nie była zdolna przeciwstawić się szalonym myślom.

Nie potrafiła na przykład przeciwstawić się wtedy, gdy powstawała idea dzielenia ludzi według ras, wartościowania ich według genetyki. W ten sposób Europa stała się domem rasizmu i narodowego socjalizmu.

Także wtedy Europa nie była zdolna się przeciwstawić, gdy zarażała ją myśl wartościowania ludzi według ich przynależności klasowej i przerabiania każdego na jedną formę homo sovieticus. Tak stała się Europa domem teorii walki klas i komunizmu.

Dziś to wszystko wydaje się absurdem, ale, moi Przyjaciele, wtedy to tak nie wyglądało. Mało tego, poważni ludzie o poważnych twarzach, w niezbitym przekonaniu o swojej moralnej wyższości napisali o tym całe biblioteki.

Dziś ponownie widzę armię poważnych ludzi, którzy z poważnymi twarzami, z przekonaniem o swej moralnej wyższości w nawias chcą zamknąć narody Europy i agitują na rzecz Stanów Zjednoczonych nowej Europy. To się źle skończy!   Europejska lewica – znów lewica – jest przekonana, iż Europa wtedy będzie szczęśliwa, gdy sprawimy, że znikną z niej narody – wspólnoty, które dają jej ducha, a w ich miejsce stworzymy europejskie superpaństwo. W Brukseli wielu podoba się ten plan i wielu też pracuje nad rzecz jego cichej realizacji.

Jednak ta Europa i taka Unia, którą my kochamy i do której naszą wspólną wolą wstąpiliśmy, Europa narodów – opiera się na solidarności narodów, na wzajemnym poszanowaniu i wspólnych poglądach, a nie na przychodzących z góry dyktatach i brukselskich rozporządzeniach. Teraz, na przykład, chcą narzucić nam, Węgrom, z kim tutaj razem mamy żyć.

Dobrze znamy sytuację, gdy inni, spoza Węgier chcą nam dyktować naszą przyszłość i nie chcemy tego więcej. Dlatego Węgry zaskarżyły obowiązkowe kwoty imigrantów do Europejskiego Trybunału, a widzę, że nie jesteśmy w tym osamotnieni. Nie cierpimy na pomieszanie ról, nie tęsknimy za pozycją europejskich potęg, wiemy, kim jesteśmy i gdzie nasze miejsce.

Wiemy, że o losach Europy decydują postanowienia europejskich potęg, również wtedy, gdy jak obecnie, chowają się pod unijnym płaszczykiem. Musimy jednak jasno powiedzieć, że osiedlanie imigrantów z nakazu Węgrom się nie podoba.

Z tego powodu zebrano w proteście przeciw kwotowemu systemowi półtora miliona podpisów. Dlatego dziękuję, że pomogliście dotrzeć z tym do wszystkich, gdyż widzicie, że tylko w jedności i solidarności możemy powstrzymać ten bezrozumny i bezprawny dyktat.

Stąd chcemy wszystkim uświadomić, że kto pragnie żyć w wolnej i bezpiecznej Europie, niech podpisze petycję przeciw kwotom, kto nie chce wzrostu zagrożenia terroryzmem, niech ją podpisze. Kto nie chce pogarszającego się bezpieczeństwa, niech podpisze. Kto odczuwa odpowiedzialność za swoje dzieci i wnuki, niech ją podpisze. Kto chce, by także następne pokolenie miało pracę, własne europejskie i węgierskie życie, niech ją podpisze i innych do tego namówi.

Pamiętajcie też o tym, jakim osądom poddano nas za węgierską ustawę o mediach. A dziś w związku ze sprawą imigrantów na Zachodzie otwiera się na naszych oczach sterowana medialna rzeczywistość. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mi tu stanąć i powiedzieć, że wolność myśli, słowa i prasy na Węgrzech jest bardziej kolorowa, szersza i głębsza niż na zachód od nas.  

Drodzy moi Przyjaciele!

Europa w swoich korzeniach to koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów, to wspólnota życia oparta na wspólnych wartościach, na wspólnej historii, na geograficznej, geopolitycznej współzależności. Mamy wspólne idee, jak wolność i odpowiedzialność, konkurencyjność na zasadach fair play, honor i szacunek, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie.

W ten sposób wypełniłem zadanie Józsiego Szájera [europosła, jednego z twórców węgierskiej Konstytucji], gdyż zdołałem powiedzieć kilka pozytywów na temat Unii Europejskiej. Przyjaciele moi, jest zasada, że tylko wtedy możesz przetrwać, jeśli się odnowisz. Dziś zaś Europa woła o odnowę, europejskie narody tylko wspólnie mogą tego dokonać. My jesteśmy gotowi. Jeśli wielcy zdecydują się, jeśli i inni się zgłoszą, my, Węgrzy, nie będziemy wlec się na końcu ogona.   Tak, lecz cóż znaczy odnowić się? Podstawowa zasada mówi, że jakich rozmiarów jest problem, przynajmniej tak głęboka powinna być odnowa. Dziś to oznacza tyle, że musimy zamknąć pewien okres i musimy spróbować otworzyć nowy. Dwadzieścia pięć ostatnich lat naszego życia to był w Europie wielki okres liberalizmu.

Miał on piękne etapy, dobre owoce, miał swe wielkie chwile i doniosłe postaci, możemy się cieszyć, że dane nam było poznać je osobiście. Na dzisiaj jednak polityka liberalna straciła swą siłę przyciągania, ponosi porażkę za porażką, brak jej tchu, wyczerpała się. Przyczyny tego są tu mniej ważne, ważny jest rezultat.

Już niczego nie możemy się po niej spodziewać, niczego, co potrzebne Europejczykom. Polityka liberalna nie wie, co począć z problemami gospodarczymi, jest bezradna wobec kryzysu demograficznego, nie jest zdolna obronić ludzi przed wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami, ani przed przybyszami, ani przed terroryzmem, ani przed przestępczością.

Stała się skostniała i obsesyjna, wszędzie węszy wrogów, wścieka się, gdy jej dogmaty poddawane są w wątpliwość, jest rozdrażniona, gdy słyszy o nowych ideach i agresywna, jeśli ktoś przeciw niej powołuje się na opinie ludzi. Utraciła kontakt z rzeczywistością, zamiast debaty ograniczać chce dyskurs publiczny, dlatego rozwinęła listę tablic z zakazami politycznej poprawności i zasadami kodeksu drogowego.

Mam nadzieję, że nie wchodzę tu w merytoryczny spór z moim przyjacielem Józsefem Szájerem, stwierdzam tylko tyle, że doszliśmy do tego, iż polityka liberalna obróciła się przeciw wolności, sprzeciwia się wolności myśli, słowa i prasy, dlatego musiała się zwrócić przeciw ludziom i demokracji.

Z liberalnej kiedyś demokracji zrodził się niedemokratyczny liberalizm. Papier to wytrzyma, ale ludzie nie. Coraz bardziej skomplikowane przepisy pętają Europę, gaszą wolnego europejskiego ducha i rozsądnego, twórczego europejskiego człowieka. Takie jest wyjaśnienie, taka przyczyna tego, że kontynent stracił swe podstawowe, życiowe instynkty.   My zaś proponujemy powrót do Europy demokracji. Zamiast słabej Europy dzisiejszych przywódców powróćmy do silnej Europy ludzi. Następny okres Europy albo będzie demokratyczny, albo nie będzie go wcale.

Unia Europejska również potrzebuje nowych zasad. Starania Brytyjczyków, by na nowo przedyskutować warunki swego członkostwa, nie są przypadkowe. Czas przeminął, żyjemy w innym świecie. Dwadzieścia osiem krajów nie jest w stanie współpracować według tych samych zasad, co sześć krajów.

Nie to jest więc zadaniem, Drodzy Przyjaciele, by kilka rzeczy robić w sposób bardziej sprawny lub by działać po prostu więcej. Należę do tych, którzy pragną, byśmy kolejne tysiąc lat mogli jako Węgrzy przeżyć w chrześcijańskiej Europie. W tym celu zaś, niezależnie od tego, jak bardzo to boli niektórych polityków w Brukseli, trzeba zamknąć pewien okres, zarówno w sensie politycznym, jak i duchowym, intelektualnym.

Budapeszt, 13 grudnia 2015

za: http://wpolityce.p