Viktor Orbán w programie „180 minut” w Radiu Kossuth

Featured

Kocsis Éva: W studiu premier Viktor Orbán. Dzień dobry!

Dzień dobry!

Co powiedziano, kiedy w Brukseli  położył Pan na stół  ankiety konsultacji narodowej?

Fama wyprzedziła na nas. Wcześniej plan był taki  na grudniowe spotkanie premierów, które  jest już za nami, podejmiemy podstawowe decyzje dotyczące przyszłej polityki Unii Europejskiej w sprawie polityki imigracyjnej. Zgodnie z planami zawierałyby one także wzór matematyczny  rozłożenia imigrantów, którzy napłynęli, tudzież zostali przetransportowani do  UE,  pomiędzy kraje członkowskie Unii, nawet wtedy, kiedy nie chcą tego kraje członkowskie. To nie byłby stały, mechanizm, działający cały czas, ale w przypadku, jeśli ilość imigrantów byłaby wysoka – widzieliśmy w poprzednich latach, że do tego może łatwo dojść – wtedy zastosowano by system rozdzielania. Trzeba było temu zapobiec. Dlatego poprosiliśmy o udział w konsultacjach – za co i tu chcieliśmy podziękować ponad dwu milionom trzystu tysiącom osób – dlatego, że na tym spotkaniu premierów potrzebowaliśmy nadać wagę, musieliśmy nadać wagę na naszym stanowisku, abyśmy mogli zapobiec podjęcia tej decyzji. To udało się, tak więc wykonaliśmy 50% pracy. Drugie 50% planuję  w taki sposób, że kiedy tylko ponowią się te dyskusje, ponieważ to była któraś z kolei taka dyskusja, i wielokrotnie mieliśmy możliwość do wyrażenia naszego stanowiska, wielu naszych przeciwników, lub naszych dysputantów jestem w stanie przekonać do naszego punku widzenia i sprawić aby przeszli na naszą stronę. No, pod tym względem nie osiągnąłem sukcesów, tak więc w tym momencie mamy tyle samo osób po naszej stronie, jak i wcześniej. Może nasz zapał, a także błysk prawdziwej wiary w naszych oczach co nieco zmalał, ale nasza liczba dlatego się nie zmienia, bo obstajemy przy tym, i po tym jak nie udało się teraz w grudniu podjąć decyzji na następne spotkanie, które odbędzie się w okolicach 21 marca, znów się tym zajmiemy, i tam spróbujemy podjąć decyzję, co oznacza, że czeka nas nowy atak, ponieważ ci, którzy chcą wprowadzenia obowiązkowych  kontyngentów imigracyjnych i osiedleńczych, ci w marcu znów spróbują. Zyskaliśmy czas, a ten, kto zyskuje czas – tak jak mówi o tym i węgierski język – zyskuje życie.

Ale dlaczego myśli Pan, że jeśli nie udało się przez dwa lata ich przekonać, to wtedy uda się to w następnych miesiącach?

Ponieważ w międzyczasie w Europie nastąpiły zmiany. I widzę, że wszyscy, którzy argumentują za pomieszaniem ludów Europy z  ludźmi z obcych krajów, tudzież chcą Europy mieszanej pod względem ludności, którzy utrzymują, że jest to droga postępu i rozwoju, jeśli teraz przestaną istnieć społeczeństwa oparte na podstawach narodowych i chrześcijańskich, i zamiast nich mamy żyć w pomieszanych, multikulturowych społeczeństwach, ci, którzy reprezentują ten pogląd, cały czas tracą podczas wyborów narodowych. I mówię to dlatego, że ten, kto zyskuje czas, zyskuje życie, bo w końcu europejczycy – nawet jeśli z trudem, zgrzytaniem zębów, z wątpliwościami, ale na końcu – będą mogli wcielić swoją wolę. Proszę przypatrzeć się wyborom, które w ostatnich miesiącach były organizowane. Myślę, że ten proces będzie się wzmacniał. Tak więc musimy wytrzymać aż do tego momentu, w którym po europejczykach ze środkowej Europy, europejczycy z Europy Zachodniej będą dostatecznie silni do tego, aby swoje narzędzia demokratyczne, wybory umieli wykorzystać do tego, aby zmusić swoich przywódców, aby prowadzili oni politykę, która podoba się ludziom, i którą wspierają, tj. Prowadzili politykę odrzucającą imigrację. Ja w ostatnich dwóch latach postępowałem według tej strategii i nie myślę, abym się mylił.

Powiedział Pan wcześniej, o tym, o czym  mówił Pan teraz, że to będzie rok buntu, myślę, że odnosił się Pan do Marcona we Francji popierającego imigrantów, nadal trwającej solidarności wobec Angeli Merkel, wspierania migracji. Południowe kraje na próżno walczą z presją migracji, nadal popierają kontyngenty.. Rok buntu?

Najpierw we Francji zmieciono całą polityczną elitę. Nie ma już partii socjalistycznej, są tylko jej gruzy. A nasza bratnia partia, Francuska Partia Republikanów, na czele której wcześniej stał pan Sarkozy, a następnie premier Fillon, a my też dostaliśmy policzek i nas też wyprosili z głównych sal władzy rządowej. Tak więc tradycyjną francuską elitę zaalarmował francuski lud, zbuntował się  wobec niej. Co dokładnie wybrał za nią, tego nie wie nikt, tego my sami dowiadujemy się tego teraz, w miarę jak prezydent przedstawia swoje plany w stosunku do Francji i Europy. Ale pewne jest to, że niezadowolenie było siłą, która wprowadziła go na fotel prezydencki. W Austrii sytuacja jest całkowicie jednoznaczna. Kiedy po raz pierwszy byłem premierem była próba tego, aby w Austrii powstał prawicowy rząd, wtedy wrogość wobec imigracji nie była aż tak ważna, ale pod kierownictwem kanclerza Schüssel próbowano stworzyć prawicowy rząd reprezentujący wartości konserwatywne, opierające się na narodowych podstawach. Zrobił się z tego skandal na skalę światową. Poza nami niewielu pozostało solidarnymi z Austriakami i z austriackim rządem. Teraz były jedne wybory, powstała ta sama kombinacja. W Austrii działalność rozpoczęła partia opierająca się na chrześcijańskich wartościach, odrzucająca imigrację, powstał konserwatywny rząd, i wygląda na to, że był mniejszy hałas, w sumie świat przyjął do wiadomości, że to jest nowy porządek życia w Austrii. I w Niemczech kwestia imigracji zmieniła siły polityczne. Po wrześniowo–październikowych niemieckich wyborach, zbliżając się do świąt Bożego Narodzenia, nadal nie ma tam rządu. Co z tego będzie nie wie nikt. Tak więc nie mówię, że Europejczycy wygrali już wojnę dotyczącą imigracji, walki dotyczące imigracji, nie mówię, że udało im się naprawić demokrację,  nie mówię, że udało im się uwzględnić wolę ludu, dlatego że liderzy w wielu miejscach jeszcze nie akceptują tego, ale proces zachodzi przed naszymi oczami i prowadzi w tym kierunku.

Kiedy kraje Czwórki Wyszehradzkiej wypowiedziały się w jaki sposób należy wzmocnić południowe kraje, w jaki sposób należy chronić libijską granicę, a Angela Merkel na to, że dobrze, że to dobry pomysł, ale ona nadal obstaje przy tym, że bez wewnętrznej solidarności nie będzie to działało, to  wtedy jakiego argumentu użył Pan  kierując go do  Angeli Merkel?

Najpierw zawsze zalecam także i Niemcom, ale i innym krajom Europy, aby byli solidarni z nami. Oni mówią o solidarności, ale nie są solidarni z nami, w tym że Węgry  przy południowych granicach broni nie tylko Węgier, ale i całą Europę. Pomogły nam kraje Czwórki Wyszehradzkiej, Austriacy, wysłali żołnierzy, policjantów, różne jednostki mundurowe, ale inni nie, nikt nie wysłał pomocy. Nikt też nie przyjął części z obciążenia finansowego, całe koszty ochrony spoczywają na nas, musieliśmy powołać do służby kilka tysięcy policjantów i funkcjonariuszy straży granicznej, musieliśmy wybudować fizyczną granicę, i to wszystko tylko i wyłącznie z pieniędzy węgierskich podatników, z ich podatku i budżetu. Unia daje pieniądze tylko na takie rzeczy, które w wątpliwy sposób my możemy spożytkować, głównie na programy praw człowieka, na wprowadzenie postępowania chroniącego migrantów, i tak dalej, tak więc wspiera odwrotne procesy, niż te, które my, Węgrzy, chcielibyśmy widzieć na Węgrzech. Tak więc pozostawili nas samym sobie, my ich chronimy, oni dlatego mogą siedzieć w relatywnej wygodzie i spokoju, w środku kontynentu, bo my tu, na granicy ich bronimy. Tak więc po tym wszystkim mieć żądania w stosunku do Węgier nie jest solidarną rzeczą. Tak więc ja zwykle podaję te argumenty. I aby nadać im wagi, trzeba powiedzieć, że ten punkt widzenia nie jest tylko punktem widzenia Węgier, ale krajów Czwórki Wyszehradzkiej, Polaków, Słowaków, Czechów, i teraz zdecydowaliśmy w ten sposób, że udzielimy większego wsparcia Włochom, który to kraj walczy z tym w jaki sposób może zatrzymać przy swoich morskich granicach odnawiające się fale migrantów. Każda analiza, instytuty badawcze Unii Europejskiej, ekspertów NATO mówi o tym, że w następnych latach – tak więc nie mówię tu o dekadach – ruszy lub nadal będzie trwała fala dziesiątek milionów, wzmocni się z kierunku Afryki w kierunku Europy i nie jedyną, ale jedną z tras będzie trasa prowadząca przez Włochy do Europy. Tą trasę należy zamknąć, należy ochronić Włochy. Jeśli nie ochronimy Włoch, wtedy nie będziemy mogli obronić Europy, ponieważ tak jak było to prawą, że jeśli nie możemy obronić Węgier, to nie obronimy Europy, to jest to też prawdą w ich przypadku. Dlatego też kraje Czwórki Wyszehradzkiej dały znaczące wsparcie finansowe Włochom.

Czy liczy Pan na to, że w decyzjach następnego okresu prócz Czwórki Wyszehradzkiej dołączy do Czwórki na przykład Austria?

Tak więc, jak powiedziałem liczę na to. Zawsze moje stanowisko było takie, że o Europie – niezależne od tego, w którym kraju, w jakim stanie jest duch demokracji – możemy mówić w sumie jako o demokratycznym kontynencie. I dlatego wola liderów i wola ludu nie może przez długi czas odstawiać od siebie. Rok temu był pomiędzy nimi większy dystans. Tak więc rok czasu temu liderzy byli bardziej przyjaźni imigracji, niż myśleli ludzie. Ten dystans się zmniejszył. Nie ludzie zbliżyli się do liderów, a liderzy musieli zauważyć, że mogą się zbierać do drogi jeśli będą kontynuować to, co do tej pory zrobili. Ten proces dzieje się przed naszymi oczyma. Jestem pewien, że prędzej czy później wola ludzi Europy i polityka liderów musi się spotkać. Taki jest porządek demokracji. Od czasu do czasu może pojawiać się pewien dystans może nawet pozostać pomiędzy wolą ludu a zamiarami liderów, ale przez długi czas duży dystans nie może pozostać.

W przypadku Polaków widać, że ten dystans pozostał. Ponieważ partię rządzącą popiera ponad 40 procent ludzi w kraju, w międzyczasie zmniejsza się poparcie dla opozycji, i w międzyczasie ta bomba atomowa UE, o której mówiliśmy z milion razy w związku w Węgrami, artykuł numer 7, ruszyła. Oczywiście do tego czasu wiele rzeczy stanie się, do kiedy odbędzie się w tej sprawie głosowanie, ale myślę, że Węgry nie udzielą swojego poparcia.

Najpierw w Polsce, w związku z listami imigracyjnymi widzę harmonię pomiędzy premierem kraju, liderami, a Polakami. Znaczna większość Polaków w taki sam sposób myśli, jak Węgrzy, większość z nich chrześcijaństwo – które teraz nie jest kwestią wiary, tylko usytuowaniem kulturalnym – chce ochronić, Polacy chcą pozostać, tak jak i my, Węgrzy, chcą bronić tożsamości narodowej, oni chcą powiedzieć, kto może przebywać na obszarze kraju, a kto nie, nie chcą pozwalać, aby w ważnych kwestiach niezależności polskiej lub węgierskiej,  aby nie w Warszawie lub w Budapeszcie, tylko gdzieś indziej,  powiedzmy w Brukseli, podejmowano decyzje. Nie akceptujemy tego. Tak więc Polacy, jeśli wolno mi tak powiedzieć, są w takim stanie intelektualnym, umysłowym, jak my. To, przykładając do tego europejską miarę, można ocenić jako dobre. Polskę dotykają mocne ataki. To, czego doświadczamy, jest niegodne. Głęboko niesprawiedliwe. Polska osiąga dobre wyniki w kwestii uchodźców, w sprawie migracji, imigrantów też, tylko ma obowiązki innej natury, niż południowe państwa Europy. Nie zapominajmy, że migranci liczeni są na dziesiątki tysięcy, przybyli z byłych sowieckich terenów. Polska nie otrzymuje żadnej pomocy do ich obsługi, w tym momencie w Polsce przebywa ponad jeden milion obywateli Ukrainy. Tak więc kraj ten dotyka duża presja z wschodniej strony. Tego w żaden sposób nie bierze pod uwagę Unia Europejska. Unia chce przyporządkować wszystko według jednego schematu, i myśli, że na świecie istnieją tylko te problemy, których możemy doświadczyć w zachodnich krajach, naszych własnych problemów po prostu nie chcą zaakceptować. Polska jest ofiarą tego sposobu myślenia. Tak więc Polsce należy się więcej szacunku i godności. Z drugiej strony  nie możemy chować głowy w piasek. Prawda, Polska jest statkiem flagowym Środkowej Europy, bez Polski nie ma Środkowej Europy, bez silnej Polski nie ma Środkowej Europy. Wszyscy, którzy żyją na tym obszarze, nawet jeśli nie są to Polacy, a na przykład Węgrzy, interesem wszystkich jest to, aby Polska była krajem odnoszącym sukcesy. Bez niej nie możemy działać osiągając odpowiednie efekty. Prawdziwy wkład w siłę współpracy środkowoeuropejskiej dają właśnie Polacy. Kiedy więc ktoś atakuje Polskę, tak jak się to stało w Brukseli, wtedy atakuje całą Europę Środkową. Tak więc musimy być solidarni z Polakami. Jestem przekonany, że to jest węgierski interes narodowy. Teraz mówię nie tylko o przyjaźni i sprawiedliwości, choć to też jest argumentem dużej wagi, ale o interesie narodowym Węgier. Naszym interesem jest to, abyśmy w pełni stanęli w obronie Polski, i jasno określili, że żadna europejska decyzja karająca Polskę nie może zaistnieć, ponieważ Węgry skorzystają z tej możliwości, aby zablokować ją. Ja osobiście też reprezentuję to stanowisko.

Czy nie należałoby, zamiast pozostawać solidarnym i w pełni obstawać przy Polsce, raczej siedzieć cicho? Pytam tylko dlatego, bo pośród rentitentów my jesteśmy dobrym przykładem. W tym znaczeniu, bo zwykliśmy mówi, że Polacy są tacy, Węgrzy są tacy, ale przynajmniej czasem słuchają, kiedy ich się prosi.

Ja bardzo się nie przejmuję tym, co mówią inni. Nie pragnę ich akceptacji, i nie dlatego to robię, co robię, aby ludzie z zachodu pogłaskali mnie po główce, tylko dlatego, że zgodnie z moim przekonaniem leży to w interesie Węgier i należy to wspierać. Bez wątpienia trzeba walczyć, i trzeba robić to mądrze, tak więc delikatnie, ale zawsze w niezachwiany sposób, bo inaczej w tej wielkiej przepychance zdeptają człowieka, w tej przepychance stanowiącej konkurencję pomiędzy narodami świata. Tak więc należy stanąć w obronie naszych interesów, i jeszcze raz powiem: mądrze, delikatnie, ale w twardy sposób. Trzeba mówić wtedy, kiedy ma to znaczenie, a teraz właśnie ma. Teraz trzeba jasno opowiedzieć się w stosunku do Unii, że  jeszcze nie warto wszczynać postępowania w stosunku do Polski, ponieważ nie ma żadnej szansy na to, aby mogli je zrealizować, bo będą Węgry, które stanowią przeszkodę nie do ominięcia.

Jeśli wspominał już Pan o środkowoeuropejskiej gospodarce, to teraz prowadzone są rozmowy, wyobrażenia z Europejskim Funduszem Walutowym, w związku ze strefą euro. Mówią, że kraje, które nie używają teraz euro otrzymały propozycję akcesyjną nie do odrzucenia. Czy propozycja jest nie do odrzucenia?

Ja też słyszałem coś takiego, my nie otrzymaliśmy. To co znamy w tym momencie to słabe o nędzne, i na dodatek gorsze od tego, co było do tej pory. Tak więc patrząc na to jest propozycja, aby ci, którzy dołączają do strefy euro, otrzymali pomoc do reform wewnętrznych, ale ja uważam to za zasłonę dymną. Jeśli przypatrzymy się historii ekonomii ostatnich dekad, wtedy zobaczymy następujące rzeczy. Do tego, aby ktoś dołączył do Unii Europejskiej, co jest kwestią finansową, ponieważ wprowadzamy wspólne pieniądze, do tego ekonomia musi być rzeczywistą ekonomią, jak mówią gospodarką realny – gospodarką rolną, przemysłową, usługową – musi zbliżyć się do średniej Unii Europejskiej, do której chcemy dołączyć. Specjaliści mówią o realnej konwergencji. Pytaniem jest więc, jakie narzędzia pomagają krajom znajdującym się poza strefą euro w tym, aby jak najszybciej zbliżyły się, względem stopnia rozwoju, średnią krajów znajdujących się w strefie euro, i ostatnie kilkanaście lat pokazuje, że najbardziej skutecznym narzędziem jest działanie tych funduszy, które opisywane są jako fundusze kohezyjne, które właśnie powołane są do wspierania realnej konwergencji. Tak więc nie potrzebujemy nowych narzędzi, ale powinniśmy dalej wzmacniać dotąd najmocniejsze narzędzia. Nowe narzędzia jest sens wprowadzać wtedy, jeśli jest ono bardziej efektywne, niż te dotąd sprawdzone. Niemniej mówię, że oczywiście eksperymentujemy z nowymi narzędziami, ale nie możemy w żadnym razie rezygnować ze starych, należy je wzmocnić, zwiększyć ich zasoby finansowe, i zbliżyć kraje, które wkroczyły do UE, podciągnąć do średniego stopnia rozwoju krajów strefy euro. Tak więc pod tym względem nie widzę żadnej nowej sytuacji. Zastanawianie się, prezentacja wizji oczywiście ma miejsce, ale jest to bardzo dalekie od tego, aby została podjęta jakakolwiek decyzja.

Nie widzi Pan w tym nowej sytuacji, że z zasobami Unii, z pieniędzmi Unii w następnym cyklu unijnym spróbują zrealizować to, o czym kilka razy już wspominano, że dystrybucję środków unijnych będą wiązać z państwem prawa?

Myślę, że te pomysły są już martwe zanim się urodzą. Unia Europejska stoi na podstawie dokumentu Umowy, w której nie ma żadnej takiej możliwości, na dodatek budżet na siedem lat trzeba jednogłośnie przyjąć, tak więc musi go przyjąć każde państwo członkowskie, tak więc Węgry też mają duże możliwości, aby realizować swoje interesy. Będę tak robił i po kwietniu to będzie jeszcze moim zadaniem.

Pomówmy jeszcze o gospodarce. Dane Narodowego Ministerstwa Gospodarki pokazują, że zaliczkowanie pewnych unijnych środków zwiększa deficyt budżetowy. Nie boi się Pan tego, że z powodu wyborów zostaną wstrzymane te unijne środki z powodu wszczętych procedur?

Nie widzę tego w ten sposób.  Powiem jeszcze raz: w Europie jest jeden system prawny, który określa, co wolno, a czego nie. Węgry są bezpieczne, na dodatek nie uznaję źródeł unijnych i nigdy nie uważałem ich jako narzędzi cudotwórczych. Na Węgrzech dla jakiegoś powodu w potocznym dyskursie są przedstawiane w taki sposób. Węgry bardzo dużo pieniędzy wpłacają w Unię, i otrzymują stamtąd duże zasoby, a zachodnioeuropejskie firmy działające na Węgrzech otrzymują poważne możliwości gospodarcze na terenie Węgrzech, wytwarzają duże profity, których część zabierają do siebie. Specjaliści się zgadzają co do tego, że wygląda na to, że Unia korzysta na tym, że daje nam pieniądze. Państwa zachodnioeuropejskie, które dają zasoby krajom Środkowej Europy, tak naprawdę zarabiają na nas. Tak więc kiedy oni przedstawiają to w ten sposób, jakby dawali darowizny Środkowej Europie, to wtedy tylko dlatego się nie śmieją, bo szacunek nie pozwala im na to, ale tak naprawdę to oni zarabiają na nas. Tak więc nie warto, aby Węgrzy z kapeluszem w dłoni, przestępując z nogi na nogę na progu stali i obawiali się, i tak nie wydarzy się nic takiego, za co powinniśmy być wdzięczni. Cały system finansowy UE, włączając w to pieniądze napływające na Węgry, opiera się na wspólnych i wzajemnych interesach. Jest dobry także i dla tych, którzy dają. Swoją drogą gospodarka Węgier mogłaby działać także bez środków unijnych. Ja nie polecam…

Mówią, że motorem wzrostu są środki unijne.

Tak, ale nie jest tak. Motorem wzrostu jest praca Węgrów. Mamy pracowników na światowym poziomie, na Węgrzech działają fabryki na światowym poziomie i są to nie tylko dlatego, że są w nich technologie na światowym poziomie, i ale jest to prawda, bo węgierscy robotnicy potrafią je obsłużyć. Tak więc Węgry nie powinny być wystraszone, Węgry nie są zmuszone korzystać z pieniędzy kogokolwiek, bo Węgry stoją na własnych nogach, i nawet jeśli ewentualnie w Unii zmienią się procesy finansowe, wtedy węgierska polityka gospodarcza jest na tyle elastyczna, aby mogła przystosować się do tej sytuacji. Dziś, kiedy swoją drogą mamy do dyspozycji środki unijne, kiedy w ramach UE przepływają duże ilości pieniędzy, to wtedy to jest rozsądną polityką, którą teraz prowadzimy, ale gdyby tak nie było, gdyby nie napływałyby te kwoty, wtedy przystosowywalibyśmy się, dostosowalibyśmy naszą politykę do nowej sytuacji. Wtedy też stalibyśmy na własnych nogach i wtedy też byłby wzrost, wtedy też odnosilibyśmy sukcesy, tak więc chcę powiedzieć, że Węgry spokojnie mogą zaufać własnej sile. Węgry są takim krajem, którego sprawy finansowe są w porządku, a rynek pracy jest elastyczny. Mówimy o takim kraju, gdzie ludzie mogą i chcą pracować. W ostatnich latach zadaniem naszego rządu, aby dawał możliwości ludziom, aby otwierał jak najwięcej możliwości. Nigdy nie wierzyłem w to, że rząd jest w stanie rozwiązać kogokolwiek problemy w życiu, każdy musi rozwiązać własne, ale do tego potrzebne są możliwości. Naszym zadaniem jest to, abyśmy otwierali bramy, aby była taka możliwość, aby Węgrzy spróbowali korzystać z nich, i ja w ostatnich siedmiu-ośmiu latach nauczyłem się, że jeśli jest możliwość, to Węgrzy skorzystają z niej. Pracują coraz więcej, podejmują się coraz większej ilości przedsięwzięć, tak więc nie musimy się obawiać, bo siła, siła tego kraju jest w nas. Staniemy na własnych nogach także i wtedy, jeśli regulacje unijne będą przedstawiać się w ten czy inny sposób.

W weekend znaczną się święta Bożego Narodzenia, w końcu tygodnia zamkniemy rok, i w następnym roku rozpoczniemy rok wyborów. Kiedy na ostatnim posiedzeniu kabinetu rozmawiał Pan z ministrami, o czym Pan mówił, że to było dobre w tym roku, należy to kontynuować, a co było tym, o czym Pan mówił, że to się nie podoba i trzeba to zmienić?

Tutaj bym tego nie powtarzał, bo jeśli jest mowa o pracy jestem urodzonym krytykantem. To wiąże się….

Jednak proszę powiedzieć o jednej-dwóch sprawach, o których była mowa.

…to wiąże się trochę z chrześcijaństwem, bo jedną z sił przyciągających chrześcijaństwa jest uznanie nieperfekcyjności, nic nie może być perfekcyjne, co ludzkie. Sprawy boskie mogą być perfekcyjne, ale ludzkie nie. I to oznacza to, że cały czas mamy możliwości poprawy. Tak więc nie ma takiej chwili, kiedy człowiek mógłby spocząć i powiedzieć, że teraz jest w porządku, zawsze mogą być jeszcze lepiej w porządku. I dla rządu jest bardzo ważne, aby pokazywał ten rodzaj  braku satysfakcji w stosunku do własnej pracy miał cały czas wyższe wymagania. Zadaniem premiera jest to, aby prezentował to w stosunku do ministrów, ja też mam w zwyczaju to robić. Ja chylę kapelusza przed moimi ministrami, bo wykonują wiele pracy, dużo pracują. Może coś z tego też jest widoczne. Może to wiązać się też z tym, że w ostatnich latach prawie każdego roku wszyscy awansowali na Węgrzech, kraj, jako wspólnota także, i rodziny także poszyły na przód w stosunku do tego, gdzie znajdowały się w poprzednich latach. W tym jest praca wszystkich, także rządu, tak więc w święta Bożego Narodzenia rozmawiam raczej w duchu uznania, ale uznanie nie jest tożsame z usatysfakcjonowaniem. Chrześcijaństwo natomiast daje nowe, nieoczekiwane dla nas zadanie, bo oczywiście teraz w święta, kiedy czekamy na narodziny Jezusa Chrystusa, patrzymy oczywiście z punktu widzenia wiary, ale w 2017 roku okazało się też, że jest co coś, co jest silniejsze niż wielu z nas myślało. Tym jest to, że podstawy codziennego życia chrześcijańskiego są w Europie silniejsze niż wiele osób myślałoby, i ludzie są bardziej przywiązani do tych postaw, niż wiele osób myślałoby.

Tak więc w ludziach jest podstawowa potrzeba, aby obronić chrześcijaństwo, i w teraz nie mówię o wierze, o wierze w Boga. To jest skomplikowana sprawa, ale o tym, że nasz świat, jest także i tych, którzy w żadnej formie nie mogą się spotkać, lub do tej pory nie spotkali się z Bogiem, ich życie jest także oparte na nauczaniu Chrystusa, bo nasze społeczeństwo żyją na podstawie wartości chrześcijańskich. Pokój, radość, przebaczenie, równość, równość kobiet i mężczyzn, szacunek dla rodziny, wartości wspólnoty narodowej, wszystko to jest czymś, co uznajemy niezależnie od wiary w Boga, ci, którzy żyją powiedzmy na Węgrzech czy w Europie. I teraz ludzie widzą w ten sposób, że według mnie prawidłowo, że wszystko to jest zagrożone, że jest atakowane. Musimy to ochronić, i kto miałby prowadzić tą obronę jak nie wybrani liderzy w każdym kraju, tak więc i na Węgrzech. W 2017 roku nauczyłem się tego, że w następnych latach, a może nawet i dekadach ochrona chrześcijaństwa będzie pierwszorzędnym zadaniem wybranych liderów politycznych.

W ostatniej półgodzinie słyszeli Państwo  premiera Viktora Orbána.

22  grudnia 2017

Lis 28

Demonstracja solidarności z Polakami – przemówienie pod pomnikiem Bema w Budapeszcie

Budapeszt 26. 11. 2017

Drodzy moi [polscy] Przyjaciele!

Węgry i Polska to dwa wiekuiste dęby, każdy z nich wystrzelił pniem osobnym i odrębnym, ale ich korzenie, szeroko rozłożone pod powierzchnią ziemi i splątały się i zrastały niewidocznie. Stąd byt i czerstwość jednego jest drugiemu warunkiem życia i zdrowia”. Stanisław Worcel, przyjaciel Lajosa Kossutha dokładnie opisał sytuację.

Dwa są narody w Europie, które do głębi rozumieją czym są przyjaźń i wspólnota walki. Sojusz polsko-węgierski liczy sobie ponad tysiąc lat.

Małżeństwa władców, św. król Władysław, unie personalne, sojusze, węgierscy słuchacze Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Polacy w powstańczych szeregach Rakoczy`ego, polscy bohaterowie Powstania 1848/49, polscy uchodźcy przyjęci na Węgrzech po diabelskich grach wielkich potęg i oczywiście wspólna walka przeciw komunizmowi.

Zaledwie kilka przykładów z przebogatej i często bardzo trudnej wspólnej przeszłości. I choć dziś już chrzęstu broni, mimo to pod wieloma względami sytuacja jest dziś podobna: dziś napadają nas żołnierze politycznej poprawności i idei otwartego społeczeństwa.

Św. Jan Paweł II powiedział, że naród tylko wtedy może mieć nadzieję na lepszą przyszłość, gdy jego członkowie wspólnym wysiłkiem podejmą się odpowiedzialności za wspólne dobro.

My dziś dlatego się tu zebraliśmy [pod historycznym pomnikiem gen. Bema], bo wierzymy w narody i uważamy za poniżające, że – jeśli tak dalej pójdzie – ze strony Brukseli narody nie mogą się spodziewać lepszej przyszłości, lecz tylko zaszeregowanie. Stamtąd patrząc mocny naród to tyko przeszkoda, zbytni ciężar. My sądzimy inaczej.

Jedną z przyczyn naszej solidarnościowej akcji jest to, że w Parlamencie Europejskim uruchomiono procedurę 7 paragrafu, często określaną jako „bomba atomowa”. Końcem tej procedury może być odebranie krajowi członkowskiemu prawa głosu. Uważamy takie postępowanie za polityczną pałkę, którą Bruksela według własnego uznania może straszyć te państwa narodowe, które ośmielają się przeciwstawiać nieuprawnionemu przez nią rozszerzaniu swych kompetencji.

Kolejny atak na środkowo-europejskie demokracje, oparte na wartościach, odnoszące sukcesy. Procedurę uzasadniano zagrożeniem w Polsce, czy tu na Węgrzech podstawowych wartości Unii. Uważam, iż z pełnym spokojem możemy stwierdzić, iż wartości europejskie w Europie Środkowej maja się dobrze, a na Zachodzie są zagrożone.

Dziś na Zachodzie wykreśla się pojęcia kobiety i mężczyzny, zakazuje się krzyża i bożonarodzeniowej szopki, zaprzecza się normalności. Odnowa Europy jest w stanie wyjść z Europy Środkowej. To wielka odpowiedzialność, jest jednak w naszych narodach, dlatego tak ważne jest nasze zjednoczenie i solidarność.

My, Węgrzy i Polacy możemy być dumni: z naszego chrześcijańskiego dziedzictwa i takowej przyszłości, z tysiącletniej przyjaźni, z wzajemnego wspierania się, jak to było w przeszłości, jest i będzie. Gdyż my chcemy silnej Europy, ale mocnych narodowych państw, nie zaś tego, by przez nikogo nie wybrani biurokraci odbywali nad nami sądy. Europa wtedy będzie silna, gdy dowartościuje narody, nie zaś wtedy, gdy je zdusi.

Na szczęście u nas nie ma obowiązkowej mody na poprawną politycznie mowę, dlatego spokojnie mogę powiedzieć: niech Bóg błogosławi Polskę i Węgry, niech Bóg błogosławi nas wszystkich. Stajemy w obronie Polski, stajemy w obronie Polaków. Dziś tutaj, lecz gdy zajdzie potrzeba i jutro, i wiele razy, gdyż [po polsku] Polak Węgier, dwa bratanki.

Dziękuję za uwagę!

Nacsa Lőrinc – Prezes Chrześcijańsko-Demokratycznego Związku Młodzieży

za: http://klubmaciejakorwina.wroclaw.pl

 

 

Lis 01

Bójcie się Boga

W ostrej rywalizacji, jaka ma miejsce podczas kampanii przedwyborczej, każda rozmowa o sprawach osobistych jest jakby odkryciem samego siebie. Bo człowiek może szczerze rozmawiać wtedy, gdy znajdzie takie towarzystwo, gdzie będzie mógł swobodnie poruszyć problemy, które odsłonią i pozostawią bez obrony pewne sfery jego życia.

Tymczasem istotą kampanii przedwyborczych jest właśnie strzelanie w każde niezakryte miejsce. Dzisiejszy wieczór uważam więc za intelektualne wyzwanie – bo choć mam nadzieję, że nasze spotkanie okaże się bogate duchowo – to muszę uważać na wszystko, co powiem, żebyśmy z jednej strony dodali sobie wzajemnie odwagi, z drugiej jednak nie doprowadzili do naszego osłabienia. Károly Lakat, przed laty wybitny trener futbolowy, zaskoczył kiedyś swoich rozmówców następującym wyznaniem: „Jestem chrześcijaninem, Węgrem i kibicem Fradi. Każde z tych określeń już samo w sobie wystarczy, abym w tym kraju nie mógł nic więcej już zrobić”. Dlatego przyszłość oceni, czy jest rozsądne, aby w tym kraju premier mówił o swej chrześcijańskiej wierze.

Myślę jednak, że jest sens, aby polityk, czy w ogóle osoba publiczna, mówił otwarcie o swej wierze, o swym przywiązaniu do chrześcijaństwa. Chciałbym i życzę tego wszystkim, abyśmy mogli żyć w takim kraju. A są na świecie takie kraje, gdzie choć istnieją wrogie strzały i są ludzie, którzy tylko szukają odsłoniętych, możliwych do zranienia miejsc, to jednak nikt tam nie boi się mówić o swej wierze. Niektórzy myślą, że każde odkryte miejsce można zranić. Ja myślę inaczej. Za właściwe, a nawet konieczne uważam pytanie o te sprawy ludzi, którym mamy okazać nasze zaufanie i złożyć w ich ręce decyzje, które będą miały wpływ na nasz los.

O wierze

Urodziłem się w rodzinie chrześcijańskiej. Oprócz imienia Viktor, które Państwo znają, w mojej metryce chrztu widnieje także imię Michał. To chyba niezła kombinacja. To, że zostałem ochrzczony i przyjęty do chrześcijańskiej wspólnoty, było przede wszystkim zasługą determinacji moich dziadków. (…) Niestety, nie otrzymałem żadnego religijnego wychowania. Wraz ze starzeniem się dziadków z rodziny wyparowywała wiara, zanikały rozmowy o wierze. Wzrastałem więc w środowisku niereligijnym. Tak samo było też w szkole i do początku studiów – dopóki nie poznałem mojej przyszłej żony, która pochodzi z praktykującej rodziny katolickiej. Od tego czasu zaszły w naszym życiu wielkie zmiany. Osobiście przeszedłem dość długą drogę, bym mógł wypowiedzieć zdanie: jestem człowiekiem wierzącym, jestem chrześcijaninem.

Nadszedł w moim życiu moment, kiedy poczułem, że muszę nadrobić to, co pominąłem, że muszę pewne rzeczy naprawić, poustawiać na swoim miejscu. A ponieważ byłem ochrzczony w Kościele ewangelicko-reformowanym, dlatego kiedy nadszedł ten moment – przyjąłem konfirmację. Konfirmacja to przyrzeczenie, to ślubowanie na całe życie, to chwila, w której człowiek jasno się deklaruje, że chce być chrześcijaninem. Kiedy nadszedł moment konfirmacji, wówczas stwierdziłem, że choć nie zawsze wiedziałem, to jednak zawsze czułem – a dziś wiem to na pewno – że Bóg był cały czas ze mną, nawet wtedy, gdy nie zwracałem na Niego uwagi i nie miałem świadomości tego. Dlatego teraz składam to ślubowanie, aby to bycie razem nigdy się nie skończyło. Niech On pozostanie ze mną, i nie tylko ze mną, ale także z tymi, którzy są mi drodzy, i których kocham. Tak doszedłem do konfirmacji. Od tego czasu staram się postępować w duchu zadania, żeby żyć na chwałę Boga i dla dobra ludzi, co na język zawodowego polityka przetłumaczyłbym w następujący sposób: budować ojczyznę, tę przez małe „o”, czyli kraj narodu węgierskiego, tu na tej ziemi, ale też budować ojczyznę przez wielkie „o” – Ojczyznę Niebieską, Królestwo Boże, i to jest wyższy sens i cel tego, co robię. To jest sens wyższego rzędu, ponad i poza wszelkimi kalkulacjami politycznymi. Coraz mocniej czuję, że ten właśnie sens daje mi siłę, by się temu posługiwaniu poświęcić. Zaczynam też powoli odczuwać, że siła niekoniecznie zależy od potęgi fizycznej. Siła niekoniecznie oznacza wielkość mięśni czy zawsze wyprostowaną sylwetkę. Powoli zaczynam rozumieć, choć jestem kalwinem, że człowiek jest najmocniejszy wtedy, gdy klęczy.

O pokusach

Nasz zawód jest niebezpiecznym zajęciem. W tym zawodzie wszystko, co w świecie może być pomyślane jako pokusa, co rusz spotyka człowieka. Zwłaszcza jeśli odnosi sukcesy, bo jeśli nie, to wiele pokus go omija. Ale to, co nazywa się sukcesem tego świata, samo w sobie przynosi pokusy. Można przecież rządzić drugimi, wydawać dyspozycje, decydować o rozporządzeniach, które mogą postawić na nogi nawet cały kraj. Ego człowieka może w jednym momencie się przez to rozrosnąć. To jest pokusa władzy. Jest też pokusa pieniędzy, kiedy człowiek może postawić się ponad ustawami, normami moralnymi czy zasadami kodeksu prawa, by wykorzystać swoją pozycję dla osobistych korzyści. (…) W sumie jest to zajęcie niebezpieczne, ale dlatego właśnie zawsze zachęcam młodych, by próbowali w nim swoich sił. (…) Jestem jednak pewien, że jeśli ktoś nie ma mocnego kręgosłupa, to zawód ten przywali go do ziemi. Trzeba umieć to wytrzymać. Nie ataki trzeba umieć przetrzymać i przeżyć – to jest łatwiejsze, to jest walka tego świata – ale pokusy, które przychodzą razem z sukcesami; to jest prawdziwe wyzwanie.

Jak się wobec tego traktować sukces? Zwykle mówimy, że jest on darem. Trzeba na niego zasłużyć. Nie znaczy to oczywiście, że mogę siedzieć spokojnie w domu i czekać aż sukces sam zapuka do moich drzwi, ze wszystkich sił muszę na ten sukces pracować. W naszym zawodzie bardzo dużą rolę odgrywa wola. Trzeba jednak uważać, aby nie wywyższać woli kosztem pokory. Pewne cele, które sobie wyznaczyliśmy, trzeba bardzo chcieć osiągnąć. Tym celem nie może być jednak pozycja. Trzeba wyznaczać sobie cele wyższego rzędu i bardzo mocno chcieć je osiągać. Trzeba zgromadzić do tego wszelkie potrzebne środki. Bez tego się nie uda. Dlatego trzeba wygrywać wybory. Nie dlatego, że jest to dobre samo w sobie, ale dlatego, by móc uruchomić pewne mechanizmy na rzecz osiągnięcia wspólnie wyznaczonych celów.

Tak więc z jednej strony sukces jest darem, ale z drugiej nie dojdzie do niego bez woli. Nie osiągnie się go również bez pracy. Jeśli ktoś nie wierzy, że sukces jest darem i bez tej wiary wyznacza sobie cel, to przecenia samego siebie, myśląc, że wszystko zależy od niego, także końcowy sukces. A to nie jest tak. Końcowy sukces jest darem. Ale dar ten nie przyjdzie, jeśli się na niego nie zapracuje, jeśli się danej sprawie całkowicie nie poświęci. Nie przeciwstawiam sobie woli, pokory, celów politycznych i sukcesu. Raczej próbuję, patrząc na swoje życie i działania, ułożyć je w logicznym porządku, w którym nie obrócą się one przeciwko sobie, ale będą się nawzajem wspierać. Wiara wspiera wolę. Wola wspiera osiągnięcie celu. Cel oznacza służbę sprawie wyższego rzędu. Próbuję to jakoś sobie poukładać i niekiedy kusi mnie myśl, że być może zbyt dużo oczekuję od woli, ale zrezygnować z niej nie mogę.

O bojaźni Bożej

O bojaźni Bożej Czy obywatele powinni wiedzieć, jakimi wartościami w życiu kieruje się polityk, który podejmuje decyzje dotyczące ich życia? To jest chyba ten moment, kiedy powinienem powiedzieć, że podstawowym pytaniem jest pytanie o bojaźń Bożą. Niech dobry Bóg zachowa nas od polityków, którzy nie boją się Boga! Nie mówię teraz o tym, o czym zwykle słychać podczas kampanii przedwyborczych, że ktoś nie reprezentuje żadnych wartości, albo że jego wartości nie są na poziomie albo że nie wytrzymują próby. Nie chcę poetyzować. Podstawowe pytanie jest zupełnie inne: o granice władzy.

Oczywiście, władza jest dzisiaj ograniczona. Mamy trójpodział władz. Parlament ogranicza rząd itd. Jednak władza pozostaje władzą, I podstawowe pytanie brzmi: co stanowi końcową, ostateczną granicę tej władzy? Otóż ostateczną granicą jest tylko bojaźń Boża. Dość dużo rozmyślałem na ten temat. Jeśli polityk odczuwa bojaźń Bożą, wtedy rozważy, kogo w rzeczywistości się boi, kogo uważa za ostateczną instancję. Przecież pozornie ma wszystkie instrumenty władzy w swoich rękach, a Bóg nie pojawi się przed nim w zbroi, aby go straszyć. Jeśli człowiek to przemyśli, to odkryje, że kluczową sprawą jest to, czy wierzy, iż kiedyś – nie wiem dokładnie, w jakich okolicznościach, nie mam teraz przed sobą żadnej dramatycznej wizji – nadejdzie taki moment, że będzie musiał za wszystko zapłacić, ze wszystkiego się rozliczyć.

Czy polityk wierzy, że może uniknąć tego momentu? Jeśli wierzy, że taki moment nadejdzie, wtedy wszyscy możemy się czuć bardziej bezpieczni. Bo przecież – jeśli się w to dobrze wmyślimy – ten, kto rozumie bojaźń Bożą, nie boi się jakiejś nieznanej sobie potęgi jakiegoś pana, którego natury nie zna, jakiegoś tyrana, który postąpi z człowiekiem według swego widzimisię. Nie – boimy się, że otrzymamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy. Boimy się konfrontacji z naszymi uczynkami. I to jest ostateczna granica – ponad wszelkimi przepisami, podziałami władzy i konstytucjami – tego niebezpiecznego zajęcia, jakim jest sprawowanie władzy.

O Kościele

W naszym zawodzie nauka historii jest przedmiotem obowiązkowym. Kierowanie Węgrami nie jest misją oderwaną od czasu i miejsca, ale oznacza prowadzenie tu i teraz narodu o określonej historii. Dlatego rozliczać się powinniśmy nie przed międzynarodowym kapitałem czy obcymi potęgami, nie przed Moskwą czy Waszyngtonem, ale przed tym narodem, którego członkom mamy służyć. Dlatego musimy znać historię. Nie tyle jej szczegóły, ile raczej ducha historii tego ludu. (…) Historia Węgier niesie też pewną bezlitosną naukę dla przywódców. Jednym z najmocniejszych historycznych doświadczeń, które żyje w narodzie węgierskim i odciska się na jego instynktach, jest fakt, że przywódcy często go zdradzali.

Od czasów króla Mátyása, od jakichś 300-400 lat, jest to stale powracające doświadczenie tego narodu, rodzące poczucie, że wcześniej czy później przywódcy nas opuszczą. Albo wykorzystają swoją władzę niewłaściwie, albo sprzedadzą z powodów osobistych ten lub inny kawałek kraju, albo uciekną w czasie trudności, podczas gdy ich obowiązkiem jest przewodzenie. Właściwie im większe pojawiają się trudności, tym bardziej oni powinni przewodzić, gdyż to jest ich zadaniem.

Świadomość tego umacniała mnie w najtrudniejszych chwilach. Nawet wtedy, gdy zarówno przyjaciele, jak i przeciwnicy mówili mi, żebym dał sobie spokój, a życie ma tak wiele innych uroków. Ale mi w głowie grała ta muzyka historii. Każdy polityk widzi też rolę Kościoła w historii naszego narodu. To jeden z najważniejszych uczestników naszych dziejów. To powoduje szacunek i przyjacielskie intencje w stosunku do Kościołów. Szacunek ze strony polityka oznacza, że nie chce on wtrącać się w sprawy Kościoła. Nie może myśleć o wydawaniu mu poleceń lub rozkazów czy choćby o formułowaniu wobec niego mocnych pragnień. Gdy patrzę na Kościół nie okiem polityka z zewnątrz, ale spoglądam nań od środka jako ktoś należący do Kościoła – to widzę, że Kościół to nie tylko instytucja, a więc oznacza nie tylko duchownych i świątynie, ale jest to przede wszystkim wspólnota. Kościół oznacza lud Jezusa Chrystusa, przez Niego wybrany i powołany, i warto do tego ludu należeć. Konfirmacja utwierdza nas w tym, że zostaliśmy do tej wspólnoty powołani.

Patrząc od środka, widzę też, że Kościół posiada pewną zdolność, niezwykle ważną ze względu na politykę i świecką przyszłość narodu. Kościół bowiem uwalnia ducha z więzów ciała. To bardzo ważne. Bo jeśli się sobie przyjrzymy, to zobaczymy, że każdy człowiek, każde indywiduum znajduje się w osobnym ciele, żyje jako osobne ciało. A przecież istotą narodu jest to, że może on jednoczyć ludzi w sprawie osiągnięcia wielkich, wspólnych celów. Lecz jak można jednoczyć, jeśli istniejemy w formie oddzielnych ciał? Do tego potrzeba uwolnienia dusz z ciał. Według mnie, to właśnie oznacza zawołanie sursum corda, gdy mówimy, że podnosimy w górę nasze serca. Kościół jest głównym – nie jedynym, ale najmocniejszym – wyrazicielem tej idei. Jest on zdolny powiedzieć nam: unieś w górę swe serce i tu, ponad swoją głową możesz zjednoczyć się z tymi, z którymi przynależysz do jednej wspólnoty, z pozostałymi członkami Kościoła.

Tego rodzaju wspólnotę ludzi uniesionych serc widzę w Kościele. Z punktu widzenia naszego zawodu bez trudu można dostrzec, że wspólnota znajdująca się w takim stanie ducha, żyjąca w takim zjednoczeniu, zawsze jest zdolna do większych osiągnięć niż zgromadzenie osób znajdujących się osobno, zamkniętych w swych ciałach i myślących tylko o własnej przyszłości. Z tych samych powodów jako polityk wspieram kulturę i – co może według niektórych zabrzmi dziwnie – sport. Sztuka, kultura czy sport potrafią wyzwolić ducha, unieść serca i w ten sposób pomagają, byśmy stawali się jedno. To nie przypadek, że właśnie przez te zjawiska najbardziej czujemy, że stanowimy część jakiejś większej sprawy. Czujemy to na nabożeństwie w świątyni, czujemy, gdy dotknie nas mocno jakieś dzieło sztuki, gdy widzimy tego biedaka, który biegnie na bieżni – przecież on nie biegnie tam sam, on biegnie dla nas, jego zwycięstwo jest także naszym zwycięstwem. Patrząc z punktu widzenia zawodowego polityka, widzę, że Kościół i wiara mogą w najwyższym stopniu wspierać twórcze zdolności narodu.

Dlatego uważam, że rozsądnie myślący i odpowiedzialny rząd powinien popierać współpracę z Kościołem. Nie chodzi o wydawanie mu poleceń, bo tego robić nie wolno. O co więc chodzi? Po pierwsze, trzeba umożliwić, by tego rodzaju naród uniesionych dusz mógł się narodzić. Po drugie, władza powinna przyjąć coś, co trudno jest zaakceptować. Musi mieć ona kogoś, kogo będzie mogła zapytać, czy idzie w dobrym kierunku. Czy moja polityka ma jeszcze kierunek? Czy to, co robię, prowadzi do celu, który sobie obrałem, zaczynając pracę polityka? Im człowiek jest wyżej postawiony, tym trudniej mu jest – co sam przyznaję – przyjąć lustro, w którym będzie mógł się przejrzeć, ale tym bardziej potrzebuje on takiego lustra. Musimy umieć przyjąć Kościół jako uczestnika życia społecznego, ale uczestnika apartyjnego, który może w pewnym momencie powiedzieć: „Drogi przyjacielu, być może wyznaczyłeś sobie dobre cele, ale obserwuję cię od dawna i widzę, że jeśli nie zmienisz kierunku, to swego celu nigdy nie osiągniesz”. Do tej rewizji kompasu, do tego trzymania lustra Kościół ma nie tylko prawo, ale i obowiązek. (…) Kościół wyznacza miarę, ustawia na pewnej wysokości poprzeczkę dla świeckiej władzy wszystkich czasów.

Dobrze robimy, jeśli się do tego przymierzamy. Ja tak patrzę na Kościół. Nie da się oczywiście zaprzeczyć faktowi, że wierni Kościołów chrześcijańskich mogą wyznawać różne poglądy polityczne. Jednak im więcej jest wspólnot w danej miejscowości czy regionie, im są one silniejsze, tym stanowią one bardziej sprzyjające zaplecze dla świeckich sił, także partyjnych, prowadzących politykę zorientowaną na budowanie wspólnoty. Z drugiej strony im bardziej świat, województwo czy miejscowość są zindywidualizowane, tym bardziej otwiera się pole dla myślenia egocentrycznego, dla sił, które głoszą: „Zajmuj się wyłącznie sobą, miej na względzie tylko swoje cele”. Często więc duchowa gleba, na której prowadzona jest walka polityczna, bardzo mocno wpływa, a niekiedy wręcz decyduje o wynikach tej walki. Dlatego bywa, że czasami zwyciężają tacy chrześcijańscy demokraci, którzy na to nie zasłużyli.

O nienawiści

Czy kiedy nienawidzę, jestem jeszcze chrześcijaninem? Myślę, że nienawiść jest tam, gdzie nie ma już Boga. To stan bez chrześcijaństwa. Staram się jak mogę unikać nienawiści, ale nie zawsze mi się to udaje. W człowieku czasami otwierają się takie rany, że nawet, gdy mocno się stara, by nienawiść nie uderzyła mu do głowy, to nie zawsze może powiedzieć, że udało mu się tego uniknąć. Moim największym osiągnięciem jak dotąd jest ograniczenie tego uczucia, gdy się pojawia, do minimum. W języku węgierskim o człowieku, o którym źle myślimy, często mówimy: ty nędzniku!

Przecież człowiek, który grzeszy przeciwko nam, jest w gruncie rzeczy nędznikiem, biedakiem, nieszczęśnikiem. Trzeba próbować rozdzielić człowieka od jego czynów. Zły czyn trzeba nienawidzić, ale sprawcy nienawidzić nie wolno. Zanim więc wpadniesz w przepaść, gdzie nie ma już Boga, możesz zawrócić: „Rzeczywiście, biedaku, nędzniku, nie ciebie nienawidzę, tylko to, co wyprawiasz”. Wtedy czujesz, że uwolniłeś się od wielkiego ciężaru, nie zalewa cię już żółć, nie zalewa krew, nie wybuchasz, ale próbujesz rozwiązać problem. Kiedy człowiek z nienawiści chce sądzić drugiego, wtedy przywłaszcza sobie prawo do sądzenia, które mu nie przysługuje. To jakbyś usiadł na chwilę na tronie Boga – i wtedy błądzisz. Jeśli natomiast oddzielisz czyny od złoczyńcy, to czujesz, że nędznik zasługuje na pomoc, chociaż przeciw jego grzechowi występujesz w sposób zdecydowany. W naszym zawodzie jest to nieodzowne. Nasi przeciwnicy wykorzystują to przeciwko nam, gdy chcą udowodnić, że ich nienawidzimy. Tymczasem nie chodzi o nienawiść, ale o zdecydowane zdanie o złym czynie. Jeśli w naszym zawodzie pewnych czynów nie osądzimy, jeśli nie zajmiemy stanowiska, nie powiemy, czy według nas coś jest dobre, czy złe – to wtedy następuje paraliż, bo przestaje być jasne, jakiej sprawie służymy. W nasz zawód wpisane są spory.

Człowiek spiera się z samym sobą, z przeciwnikami, z pytaniami, które do niego przychodzą. Jaka będzie dobra odpowiedź, a jaka zła? Czy uczynię dobrze, czy źle, dając taką, a nie inną odpowiedź? Z tego nie można zrezygnować, to napędza nasze życie, utrzymuje w ruchu nasz zawód, nasz umysł i ducha. Bez tego nie można dobrze rządzić krajem, chyba że tylko podejmować decyzje rutynowo, z przyzwyczajenia. Bez tego nie będziemy rozumieć nowych wyzwań. Prędzej czy później taki kraj osłabnie. Dlatego potrzebujemy sporów i dyskusji. Spory najczęściej dotyczą działań, czynów, projektów. Ważne, byśmy mieli o nich swoje zdanie. Jeśli chcemy nie tylko zarządzać państwem, ale prowadzić kraj w stronę dobra – a intencją chrześcijanina jest dążenie do Królestwa Bożego – to musimy wypowiadać sądy nad czynami lub decyzjami: czy służą dobrym celom, czy złym, czy są pożyteczne, czy szkodliwe. Tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Dlatego jesteśmy wystawieni na zarzuty faryzeuszów, którzy twierdzą, że żywimy wobec naszych przeciwników politycznych bezlitosne uczucia, że rządzi nami nienawiść. Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Za moimi często bardzo zdecydowanymi słowami w ostrych sporach nie stoi nienawiść do drugiego człowieka. Nawet jeśli tak się niektórym wydaje lub chcą w ten sposób przedstawić sprawę. Musimy bowiem umieć odróżniać człowieka od jego czynu.

O porażce i sukcesie

Wielu ludzi uważa chrześcijan za słabeuszy, bo nie umiemy się mścić, rozpychać łokciami, zdobywać tego, co w danym momencie da się zdobyć, bo później może nie być na to szansy. Nie zachowujemy się tak, jak dzisiejszy świat zwykł myśleć o ludziach sukcesu, o zwycięzcach. Jedynym ratunkiem dla nas, jak sądzę, jest jasne określenie, co uważamy za sukces, a co za porażkę. Trzeba to koniecznie określić, zarówno dla naszych dzieci, jak i dla nas samych. Jeśli nie będziemy potrafili odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest w naszym życiu zwycięstwem, a co przegraną, wtedy rzeczywiście możemy okazać się słabeuszami. To jest bardzo ważne także przy okazji wyborów parlamentarnych. Problem polega na tym, że zdobycie większości jednoznacznie oznacza zwycięstwo. Ale jeśli większość jest przeciwna prawdzie, wtedy być może jest w stanie wygrać wybory, ale w rzeczywistości przegrywa. W życiu społecznym Europy jest to zresztą największy problem chrześcijańskich demokratów – relacja między prawdą a większością. Ważne jest więc, jak rozumiemy zwycięstwo.

Dla młodych, którzy dopiero co wkraczają w dorosłe życie, jest to trudniejsze. My, którzy jesteśmy już w drugiej połowie życia i mamy przed sobą bliżej niż dalej, widzimy chyba ten problem lepiej. Widzimy, że prawdziwe zwycięstwo jest wtedy, gdy niezależnie od materialnych warunków i okoliczności, człowiek jest w stanie żyć w miłości, zachować pokój, harmonię i duchową równowagę. To jest największy sukces. Zwycięstwo polega na tym, że nie damy sobie tego odebrać. Jeśli to mamy, to wszystko inne przyjdzie później. A nawet jeśli nie przyjdzie, to nawet wtedy nasze życie będzie wartościowe. Jeśli my, chrześcijanie, potrafimy zachować ten sposób życia, wtedy okażemy się zwycięzcami. Natomiast w przypadku ludzi pozornego sukcesu, którzy szybko wszystko zgarnęli i urządzili się, wyjdzie na jaw, że są na pozycji straconej, że przegrali.

Poniższe wypowiedzi pochodzą z publicznej dyskusji Viktora Orbána z katolickim ordynariuszem diecezji Kaposvár, biskupem Bélą Balásem, oraz kalwińskim pastorem Zoltanem Balogiem, która odbyła się w grudniu 2005 roku.

za: http://www.fronda.pl

Wrz 10

Odpowiedź na list szefa Komisji Europejskiej Jeana Claudea Junckera

Szanowny Panie Prezydencie

Odpowiadając na Pański list z 5 września 2017 roku, chciałbym Pana poinformować o stanowisku węgierskiego rządu w sprawach poruszonych w Pańskim liście.

Przede wszystkim chciałbym wyrazić zadowolenie, że docenia Pan wysiłek Węgier przy ochronie granic. W ciągu ostatnich dwóch lat Węgry chroniły nasze wspólne granice przeznaczając na to środki z własnego budżetu, budując ogrodzenia i mobilizując tysiące strażników granicznych.

Chciałbym również przypomnieć moje stanowisko przedstawione na Radzie Europejskiej spotkaniu szefów rządów i przywódców państw, że Węgry zawsze postępowały jak państwo należące do strefy Schengen, ale z przyczyn geograficznych imigranci mogą dostać się na Węgry, jeśli przekroczyli granice Unii w innym państwie członkowskim; głównie w Grecji. Z tego powodu Węgry nie brały udziału i nie chcą brać udziału w projektach które nie rozwiązują tego problemu.

W imieniu rządu węgierskiego chciałbym również jasno powiedzieć, iż w naszej opinii Pańska interpretacja zasady solidarności nie stoi w zgodzie z prawami Unii. Nie jest także zgodna z tradycją historyczną Węgier. Węgry, w przeciwieństwie do innych państw Unii,  nie mają przeszłości kolonialnej. Te państwa mają politykę imigracyjną wynikającą z zobowiązań wobec dawnych kolonii.

Z drugiej zaś strony Węgry nie są państwem imigrantów, nie chcą nim być i nie zaakceptują tego, by ktokolwiek je do tego zmuszał. Interpretacja zasady solidarności przedstawiona w Pańskim liście w swej istocie sprowadza się do tego by Węgry zmieniły się w państwo imigranckie wbrew woli Węgrów. W mojej ocenie to nie jest solidarność, ale przemoc.

Chciałbym Pana poinformować, że jesteśmy zakłopotani tą częścią Pańskiego listu, w której opisuje Pan związek pomiędzy problemem imigrantów, a funduszami spójności. Takiego związku nie ma i nie jest on dozwolony przez unijne prawodawstwo. Według węgierskiego rządu znaczna część środków uzyskanych z Funduszu Spójności ląduje w kieszeniach firm pochodzących z krajów, które finansują fundusz. Gospodarki głównych krajów UE mocno zyskały na środkach spójności, podobnie jak z otwarcia rynków w innych krajach członkowskich.

Na koniec chciałbym podkreślić, że byłem zaskoczony i zdziwiony czytając, że Pan i Komisja Europejska odmawia przyznania funduszu na budowę ogrodzeń. Jestem przekonany, że ci którzy nie wspierają budowy ogrodzeń nie mogą i nie chcą chronić obywateli Unii. To jest niemożliwe, by chronić się przed nielegalnymi imigrantami próbującymi przekroczyć granicę bez postawienia na niej fizycznych przeszkód i barier. Zamiast chronić nasze granice Komisja Europejska chce finansować tylko rozwiązania i organizacje, których celem jest ułatwianie imigracji, przez co tylko zachęca setki tysięcy imigrantów, którzy chcą przedostać się do Europy.

Wobec tego chciałbym jeszcze raz powtórzyć prośbę rządu węgierskiego, by Unia Europejska sfinansowała połowę wydatków jakie ponoszą Węgry na ochronę naszej wspólnej granicy Schengen, w tym koszt budowy ogrodzenia. Ta suma – 270 miliardów forintów została wydatkowana tylko przez węgierskich podatników, a ogrodzenie i węgierska straż graniczna chronią nie tylko Węgrów, ale także Austriaków, Niemców i obywateli innych państw Unii Europejskiej.

Z poważaniem

Viktor Orbán

za: http://nczas.com/

 

Lip 05

Po prostu brak słów…

Wejście Węgrów na Jasną Górę

Opublikowany przez Krzysztof Wierus na 30 czerwca 2017

Modlitwa Węgierskich Pielgrzymów pod Epitafium Smoleńskim

Opublikowany przez Krzysztof Wierus na 30 czerwca 2017

Mar 13

Ponowny wybór Tuska był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy

Doniesienie korespondenta Węgierskiej Agencji prasowej MTI, Artúra Bajnoka:

Bruksela, 10 marca 2017 r., piątek (MTI) – ponowny wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej w dzień poprzedni był dla Węgier kwestią zdolności do funkcjonowania Europy a nie jednego czy drugiego państwa członkowskiego – oświadczył Premier Viktor Orbán w piątek w Brukseli po spotkaniu na szczycie przywódców państw członkowskich Unii.

Należy przyjąć do wiadomości, że polityka europejska funkcjonuje w opraciu o politykę partyjną, a węgierskie partie rządzące – Fidesz a także Chrześcijańscy Demokraci  – należą do Europejskiej Partii Ludowej (EPP), w związku z tym Węgry udzieliły poparcia jedynemu kandydatowi tej partii – mówił Viktor Orbán.

Premier mówił o tym, że nie mógł dotrzymać obietnicy złożonej szefowi polskiej partii rządzącej, Jarosławowi Kaczyńskiemu, ponieważ kontrkandydat Warszawy, deputowany do Parlamentu Europejskiego Jacek Saryusz-Wolski wystąpił z Partii Ludowej jeszcze przed posiedzeniem i w związku z tym pozostał tylko jeden kandydat EPP w osobie Tuska.

Dodał, że o sytuacji poinformował listownie swoją koleżankę, panią Beatę Szydło kilka dni przed spotkaniem na szczycie unijnych szefów państw i rządów, „więc nic nie było dla nikogo  zaskoczeniem”.

Podkreślił, „zrobiliśmy wszystko dla osiągnięcia racjonalnego kompromisu, ale jeśli chodzi o dycyzje w sprawach personalnych to bardzo trudno wypracować kompromis, a szczególnie racjonalny  kompromis.”

Zdaniem Premiera była to bitwa nie do wygrania przez stronę polską, ale należy pogodzić się z decyzją nawet wówczas, gdy istnieje takie państwo członkowskie, dla którego jest ona nie do zaakceptowania.

Ta obecna decyzja nie wpływa na sojusz węgiersko-polski, nadal twardo stoimy obok Polski we wszystkich sprawach, które oznaczają niesprawiedliwe ataki przeciwko Polsce, a takich jest sporo tu  w Unii Euroepjskiej” – stwierdził Premier. Niezależnie od tego Polska może więc liczyć na solidarność Węgier, „nasz szacunek do Polaków i nasze przyjacielskie uczucia wobec Pana Prezesa Kaczyńskiego nie uległy zmianie” – powiedział.

W piątek pozostali w Brukseli już tylko przywódcy 27 krajów – krajów unijnych po wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa, by na nieformalnych naradach dokonać uzgodnień o przyszłości zawężonej unii oraz w sprawie przygotowań do spotkania pod koniec marca w Rzymie z okazji 60 rocznicy Traktatu Rzymskiego, ustanawiającego  organizacje poprzedzające Unię Europejską.

Odnosząc się do tego, Viktor Orbán podkreślił, że należy zdefiniować, gdzie będzie miejsce Europy w nowym porządku światowym po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię, co dla nas to wszystko znaczy, jakie będą tego skutki.

Wbrew wszystkim trudnościom Europa jest nadal najlepszym miejscem na świecie i zachowanie tej pozycji jest celem. Europejska kultura, cywilizacja i gospodarka osiągnęły w okresie po drugiej wojnie światowej bezprecedensowe wyniki. Europa ma dobre szanse wygrać konkurs o tytuł, gdzie można żyć najlepiej i najszczęśliwiej na świecie – mówił.

Mówiąc o przyszłości UE stwierdził jednocześnie, że należy jasno wyrazić: prawa państw członkowskich nie mogą być odebrane.

Koncepcja Europy kilku prędkości również znalazła się wśród tematów spotkania. Odnosząc się do tego Viktor Orbán podkreślił: „Nie może powstać Europa dwóch prędkości, więc nie ma Europy pierwszej klasy i drugiej klasy, nie ma jądra i peryferii, w ogóle, ta Europa dwóch prędkości to dla nas należy do najbardziej antypatycznych pomysłów, natomiast my – wykorzystując instrumentarium zintensyfikowanej współpracy – nie jesteśmy przeciw temu, by niektóre kraje w różnych sprawach szły bardziej do przodu, robiły większe postępy, niż inne.”

Pozwalajmy sobie, by każdy, zgodnie ze swoim interesem, w pewnych ramach mógł robić większe postępy niż reszta” – dodał.