Orędzie 2017 (fragment)

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!

Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów.I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.]

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów.Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!

Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim 2.0 

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

tł. HPA

 

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *