Portal prowadzony jest przez przyjaciół Węgier, którym bliskie są poglądy premiera Viktora Orbána i kierowanej przez Niego partii Fidesz – Węgierska Unia Obywatelska
Mar 07

Przemówienie podsumowujące rok (18. Raport o stanie państwa) – całość

Budapeszt, 28 lutego 2016

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Szanowny Panie Prezydencie [János Áder]!
Szanowny Panie Prezydencie Pálu Schmitt z małżonką!
Szanowny Panie Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego [László Kövér]!

Życzę pięknej niedzieli wszystkim zebranym tu, w Budapeszcie, a także przed ekranami, w kraju i poza jego granicami. Z książki pt. Mała węgierska pornografia [z 1984] (śmiech na widowni) – młodym podpowiadam, autorem jest [Péter] Esterházy – dowiadujemy się, jakie winno być dobre polityczne przemówienie. Dobre wystąpienie polityczne, twierdzi w tej książce towarzysz Gerő1 – młodym mówię, że chodzi o lata 50. – powinno traktować o programie, który nie kosztuje zbyt wiele, wzbudza wielkie zaskoczenie, a i ludowi sprawia radość. Na to Tibor Déry2 odpowiada mu, aby na jednym słupie mostu nad Dunajem powiesił Mihálya Farkasa3, a na drugim siebie samego. To nie będzie wiele kosztować, będzie wielkim zaskoczeniem, a ludowi sprawi radość. (śmiech, oklaski)

Dziś, oczywiście, sprawy nie są już takie proste. Nie da się już przeciąć węzła gordyjskiego, jakim jest zadanie napisania dobrego przemówienia politycznego, jednym frapującym żartem. Dziś już nie wystarczy postawić nieśmiertelne pytanie, jak się pozbyć komunistów. Już choćby dlatego, że wprawdzie od czasów „przedziurawienia” państwowej partii komunistycznej upłynęło 26 lat, wciąż nie ma powszechnej zgody co do tego, czy uwolniliśmy się od komunistów. Więcej, nie wiemy tak naprawdę, czym miałoby być to uwolnienie się. I nie ma ostatecznego rozstrzygnięcia tezy filozofa Gáspára Miklósa Tamása, czy z mąki komunistów da się upiec demokratyczny chleb.

Mało tego, nie wiemy nawet, czy te pytania są w ogóle racjonalne, a jeśli tak, to czy mają jeszcze znaczenie?Albowiem, Szanowni Panie i Panowie, 2 600 000 młodych obywateli naszego kraju urodziło się po epoce systemu komunistycznego, a wliczając również tych, którzy w 1990 roku mieli najwyżej 15 lat, czyli byli jeszcze dziećmi, widzimy, że spośród żyjących dziś na Węgrzech 10 milionów obywateli 4,8 miliona nie posiada własnych wspomnień politycznych o komunizmie.

Pomyślmy też o tym, że miejsce męczącego nas kiedyś dylematu „czy uciekać za granicę?” zajął dylemat „czy podjąć pracę za granicą?”. Zamiast pytań o politykę przemysłową kraju żelaza i aluminium, pochłania nas kwestia informatycznej rewolucji. Zamiast trapić się postępami państwowej gospodarki planowej, zastanawiamy się, jak przezwyciężyć neoliberalną politykę gospodarczą.

Już nie to nas gnębi, jak tu się wyrwać z RWPG [Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej], lecz jak obronić nasze narodowe interesy w Unii Europejskiej. Czas przeleciał. Wiele wody upłynęło w Dunaju. A my, posiwiali uczestnicy transformacji systemowej, ciągle stajemy wobec problemów do rozwiązania. Trudno się dziwić, że pojawiają się wciąż dociekania dotyczące zmiany warty i pokoleń.

Istnieje już nawet partia opozycyjna domagająca się od nas, którzy obaliliśmy stary system, byśmy ustąpili młodszemu pokoleniu. Déjà vu. Stare piękne, junackie czasy! Nasz słynny winiarz Ferenc Takler – chyba myśląc o sobie – powiedział, czy też zacytował: zanim przekażemy sztandar kolejnemu pokoleniu, potrzymajmy go jeszcze trochę. (śmiechy)

Dziś, Szanowni Państwo, w pierwszym rzędzie mam mówić o czasie. Dokonujemy oceny minionego roku, zastanawiamy się, co nas czeka w nadchodzących miesiącach, dlatego najpierw musimy znaleźć odpowiedź na pytanie, w jakim punkcie się dziś znajdujemy? W jakim stanie są dziś Węgry, w jakim położeniu Węgrzy, żyjący w Basenie Karpat?

Możemy cieszyć się wolnością i niepodległością w stopniu, jaki rzadko bywał nam dany w ciągu minionych stu lat. Nie ciąży nam tyrania czy okupacja, sami wybieramy własne rządy. Ustawa Zasadnicza gwarantuje równowagę naszych jednostkowych i wspólnotowych wolności i obowiązków, określa ich granice. Prawa ustanawiane są przez deputowanych, których naród wybrał w sposób wolny. Nieskrępowanie można korzystać z wolności poglądów i słowa, zaś gromadzić się i stowarzyszać nie tylko można, ale jest to korzystne, a nawet pożyteczne.

Trudniejszym pytaniem jest, gdzie dziś znajdują się Węgry na historycznej osi czasu? My, którzy połowę swego życia przeżyliśmy w komunizmie, a połowę w wolnej Ojczyźnie – osobiście 26 lat przeżyłem tam, a 26 tu – skłonni jesteśmy ulegać pewnemu złudzeniu. Czasem łapiemy się na tym, że przeżywamy dni tak, jak byśmy jeszcze ciągle żyli w XX wieku lub w jakimś jego przedłużeniu, a przecież przekroczyliśmy już jedną siódmą XXI wieku. Jeśli XXI wiek wyobrazimy sobie jako tydzień, to jesteśmy przy wtorku. Przed nami jeszcze długi tydzień, ale on już na dobre się rozpoczął. Albo czy uświadamiamy sobie, że od pierwszych wolnych wyborów, od końca komunizmu i obcej okupacji, czyli od roku 1990 upłynęło już więcej czasu, niż wynosił okres pomiędzy dwoma wojnami światowymi? Czy uświadamiali sobie Państwo, że okres od zmiany ustroju już jest dłuższy od okresu rządów Horthyego, a jeszcze tylko 7 lat, i przekroczy długość rządów Kádára. Duża liczba przeżytych lat żąda, byśmy powiedzieli sobie coś o dzisiejszej sytuacji Węgier w wymiarze historycznym.

Jestem jednym z czterech deputowanych, którzy biorą udział w życiu publicznym Węgier od roku 1990, czyli ponad trzydzieści lat „wiosłuję na galerach” krajowej i międzynarodowej polityki. Daje to już pewien dystans i chyba uprawnia oraz wystarcza do tego, bym mówił o historycznych wymiarach.

Występuje tu jednak pewna okoliczność, z którą trzeba się zmierzyć. Gdy w polityce lub w życiu naszego narodu stawiamy sobie za cel zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego, musimy się liczyć z tym, że taki cel nie jest czymś takim jak obiekt w terenie. Dlatego nie ma tu jakichś wymiernych odległości, trudno, wręcz niemożliwe jest określenie, jaką część drogi już pokonaliśmy.

Możemy stwierdzić, że jesteśmy w połowie trzeciej kadencji naszych rządów, ale nie możemy powiedzieć, jaką część okresu społeczeństwa obywatelskiego stanowi tych dziesięć lat. Nawet Kolumb, będąc na środku Oceanu Atlantyckiego, nie wiedział, że jest w połowie drogi. My też nie wiemy, i chyba nie warto zaprzątać sobie głowę tym, czy pokonaliśmy piątą część czy już połowę naszej drogi. Pamiętam, że podobnie było w połowie lat osiemdziesiątych, w ostatnich latach ustroju komunistycznego. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa agonia ustroju kádárowskiego, ile czasu zajmie nam dotarcie do świata wolności i niepodległości. Wiedzieliśmy tylko jedno: że teraz można. Teraz można, teraz ma sens odważna walka, teraz można działać – wszystko inne jest w rękach Pana historii.

Jak uczył Bismarck, kanclerz – twórca Niemiec: człowiek czeka, aż w kłębowisku wydarzeń usłyszy odgłos kroków Boga, a wtedy musi skoczyć i złapać się skraju Jego szaty, to wszystko, co możemy zdziałać. Tak to widzę także dziś. Dziś można działać, można tworzyć, teraz bycie odważnym ma sens, warto wytrwale stawiać kroki, iść do przodu, ze świadomością celu i ufnością, pewnością siebie. Gdyż teraz powstaje, teraz można budować to, co uważamy za obywatelskie Węgry, ustrój obywatelski, epokę narodowo-chrześcijańską, państwo Węgrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Jeśli odważymy się spojrzeć wstecz na ostatnie 150 lat, aż do ugody [austriacko-węgierskiej z 1867r.], zobaczymy, iż potrzeba nam było prawie 50 lat, byśmy mogli zostać zaliczeni do tych krajów europejskich, które odniosły sukces. W ciągu 50 lat dokonaliśmy cudu. Z Budapesztu – serdecznie pozdrawiam jego nadburmistrza – stworzyliśmy miasto, które przyjeżdżali podziwiać ludzie z całego świata. Przemysł przeżywał rozkwit, rolnictwo swój złoty wiek, ludność pochodzenia węgierskiego przekroczyła 50 proc. liczby mieszkańców ówczesnych wielonarodowych Węgier, pomimo wszelkich trudności byliśmy silni, wykształceni i zasobni. I kto wie, czego jeszcze moglibyśmy byli dokonać tu, w środku Europy, gdyby wiedeński dwór nie upadł na głowę i nie wciągnął nas w wojnę. W naszym tu wywodzie ważne jest tylko to, że w ciągu 50 lat udało się nam osiągnąć najlepszą formę. Jeśli przyrównamy do tego naszą obecną pozycję, trzeba stwierdzić, że takiej formy jeszcze nie osiągnęliśmy, gdyż nie dysponowaliśmy dotąd 50 latami, a tylko 26.

Dzisiejsze nasze położenie moglibyśmy też określić miarą rządów Horthyego. To zaś jest pole grząskie, podmokłe, bagniste i niebezpieczne, a takie lepiej omijać. Możemy jednak stwierdzić, że pomimo wojennej przegranej, pomimo znacznego okrojenia kraju i pomimo światowego kryzysu gospodarczego zdołaliśmy stanąć na nogi, a nasze drzewo, choć przepiłowane na pół, wydało nowe pędy, wypracowaliśmy wybitne osiągnięcia na polu dyplomacji, wojskowości i gospodarki. Nasz produkt narodowy brutto mierzony na głowę przekroczył hiszpański, irlandzki, fiński czy portugalski, nie mówiąc o polskim, jugosłowiańskim czy rumuńskim. I choć wojna światowa przerwała ten okres i pogrzebała go, tyle możemy powiedzieć, że 21 lat pokoju okazało się za mało na spożytkowanie naszych talentów i mocy, do czego czuliśmy się zdolni na podstawie poprzedniego okresu.

W epoce komunizmu nie byliśmy ani wolni, ani niepodlegli, żyliśmy jak przygięci do ziemi, osiągnięte wtedy wyniki, do których dochodziliśmy siłą instynktu przetrwania, chęcią przeżycia, nie mogą stanowić wykładni dla dzisiejszych wolnych i suwerennych Węgier. Reżim komunistyczny może nam teraz pomóc w określeniu naszej obecnej pozycji tylko jednym nowym pytaniem. Chodzi tu o najważniejszą, śmiertelnie poważną zagadkę naszego życia: jeśli przez 45 lat idzie się wciąż w głąb lasu, to ile potrzeba lat, aby z tego lasu wyjść całkowicie?

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Co się tyczy naszych 26 lat po roku 1990, musimy rozpocząć od zaskakującego faktu, że na początku lat 90, zaczęliśmy coraz bardziej odstawać od Europy Zachodniej, bardziej niż poprzednio, pomimo że Węgry stały się demokracją i przyjęły gospodarkę rynkową. Podobnie zadziwiającym faktem historii naszej gospodarki jest to, że wszystkie kraje naszego regionu, które w 2004 przystąpiły do Unii, wykorzystały gospodarcze możliwości tego akcesu, wszystkie, z wyjątkiem Węgier. Trudno zrozumieć, jak to możliwe, że my, Węgrzy byliśmy takimi ciamajdami. W czasie gdy inni się rozwijali, u nas panoszyły się zadłużenie, kredyty dewizowe, dziura budżetowa, inflacja, deficyt bilansu płatniczego, bezrobocie. W końcu nastąpił krach finansowy, obroża i smycz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, niewolnictwo zadłużenia.

Jeśli Państwo pozwolą, nie będę znów przytaczał tego, o czym wiele razy mówiłem, w jaki sposób obywatelski i chrześcijański rząd w ciągu trzech lat wyprowadził kraj z tej beznadziejnej i pogmatwanej sytuacji, stosując nową politykę gospodarczą i nową politykę narodową. Wystarczy fakt, iż w ciągu trzech lat dokonaliśmy konsolidacji budżetu, ustabilizowaliśmy gospodarkę, uniknęliśmy bankructwa państwa, zahamowaliśmy inflację, ograniczyliśmy bezrobocie w stopniu nie byle jakim: z 11,5 proc. do 6,2 procenta. Odesłaliśmy do domu MFW, prze upływem terminu spłaciliśmy ich kredyt, a w tym roku spłacimy co do grosza kredyt z Unii Europejskiej. (oklaski) Summa summarum: w 2014 roku zamknęliśmy okres stabilizacji naszej gospodarki 3,7 procentowym wzrostem i otworzyliśmy nowy etap. Wzięliśmy rozpęd i  zainicjowaliśmy etap konwergencji gospodarczej. Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy obecnie w fazie odzyskania szansy kolejnego historycznego wyrównania poziomu.

Szanowni Państwo!
Proszę jednak nie wierzyć, że gospodarcze „doganianie” innych to rzecz prosta, łatwa i powszechna. Przeciwnie! To rzadkość jak biały kruk. W minionym pięćdziesięcioleciu do grona najbardziej rozwiniętych udało się doszlusować mniej niż dziesięciu krajom. Mniej niż dziesięć krajów w ciągu minionego półwiecza! Cokolwiek stanie się dalej, już możemy powiedzieć, że udało nam się wytyczyć przed sobą nową trasę. W przeciągu pięciu lat zmniejszyliśmy podatek dochodowy od osób fizycznych z 35 proc. do 15. W ciągu pięciu lat pozostawiliśmy w rodzinnych budżetach 1.300 mld forintów. O 25 proc. zmniejszyliśmy koszta opłat komunalnych. Również w ciągu pięciu lat najniższa płaca na Węgrzech wzrosła półtorakrotnie. (oklaski) Dokonaliśmy tego razem, państwo i rynek, rząd i sektor biznesowy, pracodawcy i pracobiorcy, węgierskie firmy mikro, małe i średnie oraz krajowe filie globalnych korporacji. Dokonaliśmy tego razem i wspólnie możemy być z tego dumni. Węgierskie reformy są skuteczne. Tej wspólnej walki i współpracy potrzeba będzie w następnych latach, a nawet w następnych dwóch dekadach. Jeśli będzie praca, inwestycje, zaufanie i wsparcie, Węgry będą mogły się rozwijać po torze wznoszącym się.

Dlatego, Szanowni Państwo, wszelka polityka oparta na walce klas ma ograniczone pole widzenia i jest pozbawiona sensu / głupia. Na próżno idee rodem z Manifestu Komunistycznego, Kapitału Marxa czy z modnych, lewackich uniwersyteckich ław występują pod nowymi płaszczykami, trzeba je odpierać w sposób jak najbardziej zdecydowany i zjednoczonymi siłami zwolenników trzeźwego myślenia trzymać z daleka od władzy. (oklaski) Zamiast dziecinnych marzeń, romantyki walki klasowej, przeciwstawiania sobie i wzajemnego podżegania pracodawców i pracobiorców, małych przedsiębiorstw i korporacyjnych potęg, potrzebujemy jednoczenia interesów, współpracy, synchronizacji. Do tego zaś trzeba dużej, silnej, stabilnej partii ludowej oraz takiego samego rządu, służącego interesom obywateli.

Gdzież więc się dziś znajdujemy? Wiele już się wydarzyło, ale wiele musi się jeszcze wydarzyć. Mamy już za sobą większość reform gospodarczych, administracyjnych, szkolnictwa, służby zdrowia, kultury i ustroju agrarnego. Obroniliśmy emerytury i emerytów, wspieraliśmy rodziny ponad nasze siły. Przywróciliśmy porządek publiczny, a policji poczucie własnej godności, zbudowaliśmy też system antyterrorystyczny i zarządzania w obliczu katastrofy. Ocaliliśmy nasze szkoły i szpitale, ponieważ samorządy utrzymujące szkoły i szpitale w roku 2010 zbankrutowały. To prosty ekonomiczny fakt, by go pojąć nie trzeba być fizykiem jądrowym: jeśli bankrutuje ten, kto utrzymuje daną instytucję, bankrutuje również ta instytucja. Ten fakt pozostaje faktem również wtedy, gdy dzieje się tak bez winy nauczycieli czy lekarzy. Rząd zdjął z bark upadłych samorządów długi o łącznej wartości 1.264 mld forintów. Ci, którzy dziś ogłaszają koniec świata z powodu kilku miliardowego zadłużenia KLIKu – centralnego urzędu szkolnictwa, nie muszą się martwić. Skoro daliśmy sobie radę z kredytem z MFW, skoro poradziliśmy sobie z 1.200 mld długu samorządów, to dług tego urzędu też nas nie przygniecie. (oklaski) W sferze służby zdrowia na podstawową opiekę zapewniliśmy o 40 proc. więcej środków w porównaniu z rokiem 2010. O połowę skróciliśmy listy oczekujących. Na rozwój szpitali przeznaczyliśmy ponad 500 mld forintów. Trudno znaleźć podobne osiągnięcia w naszej historii. Szpitale na prowincji w znaczącej większości przyjmują chorych w warunkach odpowiadających XXI. wiekowi. Problem mamy w Budapeszcie, musimy zbudować nowy, duży szpital stołeczny.

Ogólnie rzecz biorąc mogę powiedzieć, że jesteśmy wdzięczni nauczycielom i pracownikom służby zdrowia i doceniamy ich pracę. Mają oni rację, że choć wzrost płac jest sukcesywny i znaczący, lecz wciąż niesatysfakcjonujący. Marna pociecha w tym, że dziś na Węgrzech podobnie jest w prawie każdym zawodzie. Węgry mogą dziś udźwignąć z czystym sumieniem i trzeźwym umysłem tylko tyle, żeby każdego roku każdy mógł postąpić o krok do przodu. Ramy długości i tempa tych kroków określają każdorazowe wyniki gospodarki. Również ja cenię jasne stawianie sprawy. Popieram tylko taki wzrost płacy – czy to w sektorze budżetowym czy prywatnym – ale wówczas usilnie go wspieram, który ma pokrycie w gospodarce, za którym stoi wzrost ekonomiczny.

I w ten sposób, Szanowni Państwo, dotarliśmy do najważniejszych pytań nadchodzących lat. Obecne tempo wzrostu gospodarczego nie jest zadowalające, a jego trwałość nie jest zabezpieczona. Jest tak dlatego, ponieważ węgierska gospodarka wciąż nie jest wystarczająco konkurencyjna. Weźmy za przykład węgierskie rolnictwo, z którego tak jesteśmy dumni, a które w ostatnich latach biło historyczne rekordy. Nawet dziś nasza wydajność z hektara stanowi 48 proc. unijnej. Moglibyśmy przytoczyć wiele podobnych przykładów, również z dziedziny przemysłu. Dlatego jeszcze wiele musi się zmienić w kwestii konkurencyjności naszej gospodarki. Obniżanie podatków, redukcja biurokracji, bardziej życiowe szkolnictwo zawodowe, szybsze orzecznictwo sądowe, informatyzacja, poprawa organizacji, innowacyjność technologiczna, wyższa kultura przedsiębiorczości i biznesu. Czeka nas jeszcze ogrom pracy w tej kadencji.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!
Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Węgrzy tylko wtedy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier. Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!
Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!
A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi? Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.
W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!
Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej zachodnioeuropejskich fabryk.

Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.

Szanowni Panie i Panowie!
Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu. Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.

Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. (oklaski) Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.

Szanowni Państwo!
Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. (śmiechy, oklaski) To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

Moi Drodzy Przyjaciele!
Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet takiej intencji.

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu jest martwa. Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z którego chcieliśmy się wyrwać.

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy byli solidarni i pomagali.

Drodzy moi Przyjaciele!
To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też kamiennych mózgów. (śmiechy, oklaski) Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. (oklaski) Zamiast to zrozumieć, z Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle. (śmiechy)

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło lewicowych liberałów z Sojuszu Wolnych Demokratów – SzDSz]. (śmiechy, oklaski) To zaś oznacza, że prawdziwy problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony imigrantów. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!
Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!
Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej. Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.] Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało. Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!
Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim. Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!
Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.
Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!
Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę. Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!
Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.
W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości. Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się narodom Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim w wersji 2.0.

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [ur. w Krakowie z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, jak potop zbliżającym się masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku, Panie Prezydencie!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok!
Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

tł. HPA

Lut 28

Raport o stanie Węgier – przemówienie premiera Viktora Orbána – fragment

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie!

Gdy w polityce spotykamy się z pytaniem, gdzie się obecnie znajdujemy, każdy automatycznie myśli o czasie, a nie o przestrzeni. Wydaje się to naturalne, gdyż dany kraj nie może poderwać się z miejsca i stanąć gdzie indziej. W sposób konieczny ma on swoje własne miejsce – jest tam, gdzie jest, i tam też trwa. Polityka jednak, szczególnie ta międzynarodowa, to rzecz skomplikowana i przebiegła. Zdarza się, że jakiś kraj zostaje przesunięty, powiedzmy o 200 kilometrów, jak to przydarzyło się Polakom, choć to w Europie w czasach pokoju nie jest czymś typowym. Znamy też oczywiście stary kawał, mówiący, że Węgry są jedynym krajem na świecie, który graniczy sam ze sobą, na dodatek na długości wszystkich swych granic.

W światowej polityce jednak cały kraj może zmienić swe położenie bez przesunięcia jego granic nawet o krok. Nas na przykład najechała armia sowiecka i w mgnieniu oka zostaliśmy przesunięci z Zachodu na Wschód. Później armia ta wyszła, a my ponownie znaleźliśmy się na Zachodzie.

Ma więc swoje uzasadnienie pytanie: gdzie znajdują się dziś Węgry w przestrzeni światowej polityki? Wygląda na to, że pomimo upływu wieków, istnieją rzeczy trwałe. Widzimy stałe gwiazdy, w stosunku do których możemy ustalać pozycję naszego okrętu. Na zachodzie to świat ludów germańskich, ziemia żelaznych kanclerzy. Na wschodzie to imperia wojowniczych ludów słowiańskich, które liczebnie stokrotnie nas przerastają. Na południu potężne tłumy półksiężyca, niemilknący furkot gniazda szerszeni. To są dziś nasze trzy punkty orientacyjne. Berlin, Moskwa, Stambuł, a dokładniej Ankara. Mamy tendencję do zapominania, że od naszej południowej granicy do Bośni w linii prostej jest niewiele ponad 70 kilometrów.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Węgrzy mogą być suwerenni, mogą cieszyć się wolnością, mogą podążać torem wyznaczonym przez ich zdolności i pracowitość tylko wtedy, gdy żadne z mocarstw nie jest ich wrogiem, a dokładniej mówiąc, gdy w interesie wszystkich trzech jednocześnie leży niepodległość i rozwój gospodarczy Węgier.

Nie oznacza to, że zawsze i we wszystkim musimy się z nimi zgadzać lub że musimy być sprzymierzeni ze wszystkimi naraz. Tak mogą myśleć tylko dziecinnie naiwni. Tak zwykli myśleć politycy pragnący nieustannych profitów, ciepłych posadek – ale po nich trudno byłoby oczekiwać polityki krajowej i zagranicznej służącej racji stanu i narodowym interesom.

Rzecz jasna, i tu bywały takie czasy, gdy wiały wichry wojny, a wtedy uproszczeniu ulega polityka, „kto z kim jest w sojuszu”. Gdy takie okrutne okresy następowały, zawsze przegrywaliśmy; tak nas to osłabiało, że już chciano nam dawać „ostatnie namaszczenie”. To były chore czasy, pełne majaków i halucynacji. Śnią się wtedy hieny, chmary sępów nad krajem, wypędzeni, uchodźcy, setki tysięcy w obozach śmierci. Dlatego żelazną zasadą węgierskiej polityki zagranicznej jest to, że dla nas, Węgrów, interesem narodowym jest pokój. Może to zabrzmi sarkastycznie lub ironicznie, ale taka jest prawda – nasze miejsce jest w obozie pokoju.

Z tej samej logiki wynika, że nie możemy dać się wmanewrować w jakieś międzynarodowe akcje skierowane czy to przeciw Niemcom, czy Rosjanom, czy Turkom. W węgierskim interesie nie leży udział w akcjach, które cechuje brak szacunku, chęć obrażania lub bezpardonowe uderzanie w poczucie własnej godności danego narodu. Czy to z powodu nieszczęsnego udziału w II wojnie światowej [Niemcy], czy dlatego, że nie naśladuje zachodnich wzorców demokracji [Rosja], czy też dlatego, że zamiast odrzuconą akcesją do Unii Europejskiej zajął się budowaniem pozycji regionalnego lidera w obszarze zdominowanym przez cywilizację islamską, ze wszystkimi tego konsekwencjami [Turcja].

Szanowni Państwo!

Nie można zmienić przeszłości Niemiec. Moskwa, nawet gdyby chciała, nie potrafi w centrum swej polityki umieścić wolności, gdyż w jej głowie i historii nad wszystkim góruje nakaz utrzymania spójności potężnych obszarów. I czemu chcielibyśmy Turcję mierzyć naszą polityczną miarką, zamiast uznać, że pomimo swych islamskich fundamentów, bardzo dużo energii wkłada w europeizację?

Nie, Drodzy Przyjaciele, polityka zarozumiała, nadęta, napuszona, oparta na poczuciu moralnej wyższości, czasem bardzo kusząca, często tak popularna po zachodniej stronie naszego kontynentu, a czasem i po drugiej stronie oceanu, to nie jest nasza polityka, to nie nasza droga i nie nasz interes. Pokój, współpraca, handel, obopólne inwestycje, sprzyjająca nam regionalna równowaga, obrona naszych interesów – to są podstawowe zasady węgierskiej narodowej polityki zagranicznej. (oklaski)

Wiem również i ja, wiem, że to trudniejsze i bardziej złożone – bo łatwiej byłoby nie rzucać się w oczy wielkiemu zwierzęciu, lecz raczej przytulić się do jego ciepłej sierści – ale taka służalczość nie jest godna naszej 1100-letniej historii w Basenie Karpat. (oklaski)

Szanowni Panie i Panowie!

A teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego to wszystko mówię. Krótko: dlatego, że to wszystko jest teraz zagrożone. Zagrożona jest wypracowana w pocie czoła finansowa stabilizacja. Zagrożone jest niedawno rozpoczęty gospodarczy rozwój. Zagrożona jest starannie wypracowana narodowa polityka zagraniczna. Zagrożony jest przywrócony porządek publiczny i wolne od terroru bezpieczeństwo społeczeństwa. Zagrożona jest też nasza narodowa kultura, która powoli na nowo zaczęła odnajdywać sama siebie. Więcej, zagrożone jest nie tylko to, co już jest, ale i to, co mogłoby być, perspektywa, możliwość obiecującej przyszłości, rodząca się i poszerzająca możliwość osiągnięcia przez nasze dzieci europejskiego poziomu życia.

To zagrożenie nazywa się wędrówką ludów. Wierzę, że i za sto lat istnieć będzie europejskie i węgierskie nauczanie historii. Nie ryzykuję zbyt wiele, jeśli powiem, że w podręcznikach historii Europy rok 2015 będzie dla ówczesnych uczniów tematem obowiązkowym do wyuczenia jako początek nowej epoki.

Rok 2015 zakończył okres, gdy obronność i bezpieczeństwo Europy mogliśmy uważać za pewnik, gdyż sądziliśmy, że one zależą wyłącznie od niej samej. My już rok temu – przy takiej samej okazji, jak teraz – ostrzegaliśmy, iż rozpoczęła się nowa wędrówka ludów. Wylano wtedy na nasze głowy kubły pomyj, spotkała nas zażarta krytyka, wyśmiewanie, obelgi, zarówno od przyjaciół, sojuszników, jak i od rywali. A rzeczywistość była jedna – nowa wędrówka ludów stała się historycznym faktem. Dziś już nikt o zdrowych zmysłach nie poddaje tego w wątpliwość. Dlaczego akurat my, dokładniej, dlaczego akurat mieszkańcy Europy Środkowej dostrzegliśmy to jako pierwsi?

Różne mogą być tego przyczyny, nawet kilka naraz. Może wichry historii i fale jej tąpnięć, może pełne potu zmagania lat okresu po zmianie ustroju. Może doświadczenie, mówiące, że trzeba być czujnym, bo zawsze może się coś przydarzyć – jak tylekroć się zdarzało – coś, co niespodziewanie i nieodwracalnie przekreśli nasze rachuby.

My, ludzie Europy Środkowej, nawet gdy posuwamy się do przodu, robimy to przykładając co i rusz ucho do szyn, wsłuchując się, czy nie ma jakichś podejrzanych dźwięków, które dużo przed czasem pozwolą przewidzieć niebezpieczeństwo, stukot nadciągającego poza rozkładem jazdy pociągu pełnego nieszczęść. Na Zachodzie ostatnie pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat było inne. Zupełnie inne. Udany rozwój, dająca się zaplanować przyszłość, dobrze wydeptane ścieżki, stabilne szyny, godne zaufania rozkłady jazdy. Nam nieraz wydawało się to światem marzeń. Takim, w którym mieszały się ideologia, pragnienia i życie rzeczywiste. Świat dobrobytu, bezpieczeństwa, uprzejmości. Świat, w którym rozpływa się jednoznaczność, a granice zanikają. Rozmywają się kontury pomiędzy jednym narodem a drugim, pomiędzy kulturami, pomiędzy mężczyzną a kobietą, dobrem a złem, sacrum a profanum, wolnością a odpowiedzialnością, dobrą intencją a działaniem. Zlewa się „to, co jest” z tym, co „być powinno”. Jakby poczucie rzeczywistości uległo wyszczerbieniu, stępieniu.

W przeciwieństwie do tego, nasze poczucie rzeczywistości jest ostre i czujne jak trzeźwy umysł lub zimny, orzeźwiający wiatr. Nas nauczono tego, że rzeczywistość to coś, co nie znika nawet wtedy, gdy przestajemy w nią wierzyć. Dlatego dla nas punktem wyjściowym zawsze są realia, których nigdy nie mylimy z własnymi marzeniami.

Szanowni Państwo!

Druga i trzecia dekada wieku XXI będą dekadami wędrówki ludów. Zaczyna się epoka, na którą nie byliśmy przygotowani. Sądziliśmy, że coś takiego mogło mieć miejsce tylko w dalekiej przeszłości lub w podręcznikach historii. A przecież w najbliższych latach do Europy może wyruszyć tłum większy niż wszystkie dotychczas, morze ludzi, którego liczba przewyższa ludność niejednego europejskiego kraju. Nadszedł czas, by zmierzyć się z rzeczywistością. Najwyższa pora, by rozróżnić to, co jest, od tego, czego byśmy sobie życzyli. Najwyższy czas, by porzucić iluzje, nawet jeśli są nimi górnolotne teorie, ideologie czy zwodnicze sny.

Rzeczywistością jest to, że w licznych krajach Europy rośnie głęboko już ugruntowany, trwały świat społeczności równoległych. Rzeczywistością jest to, że ten fakt – zgodnie z prawem natury – spowoduje kurczenie się naszego świata, a z nim i nas, naszych dzieci i wnuków. Rzeczywistością jest to, że przybyszom ani w głowie przejmować nasz sposób życia, gdyż swój własny uważają za bardziej wartościowy, silniejszy, bardziej witalny. Dlaczego mieliby z niego rezygnować? Rzeczywistością jest to, przybysze nie są zdolni uzupełnić braków w zasobach siły roboczej zachodnioeuropejskich fabryk.

Fakty pokazują, że pośród ludzi urodzonych poza Europą, poprzez kolejne pokolenia bezrobocie jest znacznie, nawet kilkakrotnie większe. Rzeczywistością jest to, że narody Europy nie były zdolne zintegrować nawet tych mas, które z Azji czy Afryki przybywały do nich sukcesywnie, poprzez minione dziesięciolecia. Jak mogłoby się to udać teraz, tak szybko i z tak wielką liczbą? Rzeczywistością jest to, że przyjmując masy ludzi ze świata islamu, nie jesteśmy w stanie rozwiązać niewątpliwych problemów wymierania i starzenia się populacji Europy, bez narażania się na utratę naszego sposobu życia, bezpieczeństwa i nas samych.

Rzeczywistością jest to, że jeśli prędko nie otrzeźwiejemy rozmaite rodzaje napięć staną się niemożliwe do opanowania: napięcia pomiędzy starzejącą się Europą a młodym światem islamskim; napięcia pomiędzy zsekularyzowaną, pozbawioną wiary Europą a coraz bardziej oddanym swej wierze światem islamu; napięcia pomiędzy niezdolną dać zatrudnienie swojej dobrze wykształconej młodzieży Europą a niewykształconymi masami ze świata islamskiego. Napięcia te występują nie gdzieś daleko, w bezpiecznej dla nas odległości, ale tu, w sercu Europy.

Szanowni Panie i Panowie!

Jeszcze nie jest za późno, by elity Europy pojęły lekcję generała de Gaulle’a. Cytuję: „Polityka musi bazować na rzeczywistości, w polityce sztuką jest właśnie to, iż na rzecz danej idei możemy pracować tylko w ramach rzeczywistości”. Koniec cytatu.

Rzeczywistość zaś to historia, kultura, demografia i geografia. Ufam, że nie jest jeszcze za późno, by zrozumieć, iż realia nie stanowią ograniczenia dla wolności. Lekcja, którą obecnie odrabiamy, mówi tak: nie może istnieć wolność, która odrzucałaby rzeczywistość. To mogłoby być najwyżej jakieś polityczne delirium, polityczny majak narkotyczny.

Daremnie chcielibyśmy tworzyć świat z najszlachetniejszych nawet ideowych pragnień, jeśli nie budujemy na gruncie realiów. Taki świat pozostanie tylko w sferze myślenia życzeniowego. Po odrzuceniu rzeczywistości nie jest możliwe ani osobiste, ani wspólnotowe szczęście, tylko porażki, frustracje, zgorzknienie, w końcu cynizm i samozagłada.

Może dlatego po ulicach Brukseli błąka się tak wielu polityków pełnych wzniosłych myśli, godnych lepszego losu, a nieszczęśliwych. (oklaski) Czy nam się to podoba, czy nie, wędrówki ludów nigdy nie mają charakteru pokojowego. Gdy wielkie masy ludzi szukają dla siebie nowego domu, nieuchronnie prowadzi to do konfliktów, gdyż chcą zająć teren, który już ktoś zamieszkuje, gdzie ludzie są u siebie i chcą bronić swojego domu, swojej kultury, swojego sposobu życia.

Szanowni Państwo!

Historia wyważyła nam drzwi, granice Europy poddała oblężeniu, zagroziła europejskiej kulturze i bezpieczeństwu Europejczyków. Stan zagrożenia nie sprzyja wprawdzie myśleniu zniuansowanemu, a jeszcze mniej wysublimowanym uczuciom, ale nie możemy się za to gniewać na imigrantów. Oni sami w większości są ofiarami. Ofiarami rozpadających się rządów w ich ojczyznach, ofiarami międzynarodowych decyzji, ofiarami przemytu ludzi. Oni robią to, co uważają za dobre dla siebie. Problem w tym, że my, Europejczycy, nie robimy tego, co byłoby dobre dla nas.

Nie znajduję lepszego słowa na określenie tego, co dzieje się w Brukseli, jak słowo absurd. To tak, jakby kapitan statku zagrożonego zderzeniem zamiast robić wszystko, by do tego nie doszło, zajął się wyznaczaniem szalup dla niepalących. (śmiechy, oklaski) To tak, jakby załoga zamiast tamować dziurę, kłóciła się na temat tego, ile wody ma się wlać do poszczególnych kabin.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Jestem przekonany, że wędrówkę ludów można zatrzymać. Wspólnota Europy liczy sobie pół miliarda, 500 milionów ludzi. Jest nas więcej, niż Rosjan i Amerykanów razem wziętych. Warunki Europy, jej technologie, strategie i rozwój gospodarczy, pozwalają na to, by się obroniła. Dlatego wielkim problemem jest to, że Bruksela nie potrafi zorganizować obrony Europy. Jeszcze większy problem polega na tym, że Bruksela nie ma nawet takiej intencji.

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze i Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dojść do obumarcia w naszej cywilizacji tego naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swej ziemi.

A przecież, Szanowni Państwo, mamy czego bronić. Europa to wspólnota, koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów. Europa to wspólne korzenie, wspólne wartości, wspólna historia, wspólna zależność geograficzna i geopolityczna. To równouprawnienie mężczyzny i kobiety, to wolność i odpowiedzialność, sprawiedliwa konkurencja i solidarność, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie. To jesteśmy my! To jest Europa!

Europa to Hellada a nie Persja. To Rzym a nie Kartagina. To chrześcijaństwo a nie kalifat. Nie ma w tym wyliczeniu żadnego klasyfikowania, lecz tylko zaznaczenie różnic. Stwierdzenie, że istnieje samodzielna europejska cywilizacja, nie oznacza tego, iż jest ona lepsza lub gorsza, lecz tylko tyle: to jesteśmy my, a to jesteście wy.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że powyższe fakty są dla wszystkich oczywiste. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że w tej kwestii panuje wśród nas jednomyślność. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że panuje porządek – taki, który i nam się podoba – porządek w głowach i sercach europejskich przywódców, którzy jeden po drugim oświadczali, że idea multikulturalizmu jest martwa.

Kilka lat temu mogliśmy jeszcze wierzyć, że oni pojęli, iż ich kraje nie są w stanie zasymilować masowo napływających imigrantów. W roku 2015 wszystko jednak się zmieniło, jednomyślność rozpadła się w drobny pył, z prędkością grawitacji wpadliśmy z powrotem w intelektualny chaos, z którego chcieliśmy się wyrwać.

Pewnego ranka, bez żadnych zapowiedzi, zbudziły nas głosy „Willkommenskultur”. Od europejskich liderów słyszymy, że musimy pomóc. Z najwyższych pozycji zachęcają nas, byśmy byli solidarni i pomagali.

Drodzy moi Przyjaciele!

To naturalne. Nie mamy kamiennych serc. Ale nie mamy też kamiennych mózgów. (śmiechy, oklaski) Pamiętamy o najważniejszej zasadzie udzielania pomocy: jeśli pomagamy tutaj, to tutaj będą przychodzić; jeśli pomagamy tam, to tam pozostaną. (oklaski) Zamiast to zrozumieć, z Brukseli zaczęto wysyłać zachęty w stronę ludzi żyjących w najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych regionach, by przybyli do Europy i zamienili własne życie na jakieś inne. Połowa świata, a co najmniej połowa Europy zastanawia się wieczorem, przy kuchennym stole: co się stało, co się za tym kryje? Niedługo każda europejska rodzina będzie miała swoje własne wytłumaczenie. Ja też nie chcę pozostawać w tyle. (śmiechy)

Widzę to tak, że w Brukseli i w niektórych europejskich stolicach ludzie przynależący do elit politycznych i intelektualnych to kosmopolici – w odróżnieniu od większości społeczeństw, które mają uczucia narodowe. Jestem przekonany, że liderzy polityczni wiedzą o tym. Ale ponieważ nie ma szansy, by porozumieli się z własnymi narodami, nawet nie wdają się z nimi w rozmowę.

U nas mówiło się tak: mogą, mają śmiałość i robią to [bo kto im podskoczy, to było hasło lewicowych liberałów ze Związku Wolnych Demokratów – SzDSz]. (śmiechy, oklaski) To zaś oznacza, że prawdziwy problem nie znajduje się gdzieś poza Europą, ale w niej samej. Przyszłości Europy w pierwszym rzędzie zagrażają nie ci, którzy chcą się tu dostać, lecz ci polityczni, gospodarczy i intelektualni liderzy, którzy próbują ją przetworzyć wbrew woli Europejczyków. Tak powstała najdziwaczniejsza koalicja w dziejach świata: koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrony praw człowieka i głównych europejskich polityków. Powstała, by w sposób zaprogramowany sprowadzić tu miliony imigrantów. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Do dzisiejszego dnia wciąż przyjmujemy bez kontroli i selekcji setki tysięcy ludzi przychodzących z krajów, z którymi jesteśmy w stanie wojny, a kraje członkowskie Unii, między innymi, prowadzą na ich terenach akcje wojskowe. Nie mieliśmy szansy na przesianie i wyłapanie tych, którzy stanowią zagrożenie. Dziś nikt nie wie, kto jest terrorystą, kto przestępcą, kto imigrantem ekonomicznym, a kto prawdziwym uchodźcą ratującym swe życie. Trudno na to znaleźć inne słowo niż szaleństwo.

Szanowni Państwo! Szanowny Panie Prezydencie! Drodzy słuchacze, Obywatele Węgier!

Wiosenny wiatr wzburza wody [słowa piosenki ludowej], ale wygląda na to, że wzmaga też potop imigrantów. Przed nami trudne, męczące, nerwowe tygodnie i miesiące. Na naszych południowych granicach napięcie rośnie coraz bardziej.

Brukselska inercja powoduje coraz większy chaos. Kraje bałkańskie dostały się w kleszcze. Grecy od południa pchają tysięczne tłumy, z północy kuszą je niemieckie głosy syren. Musimy być przygotowani na wszelkie ewentualności. Posyłamy krajom bałkańskim ludzi, straż graniczną, środki techniczne, maszyny, gdyż one rzeczywiście strzegą granic Europy. A dopóki one wytrzymują, i nam łatwiej jest bronić naszych granic. A wiemy to już od czasów Hunyadiego [pogromca Turków w XV wieku.]

Ufamy w ich sukces, ale to zbyt mało. Musimy umocnić własne linie obrony. To pochłania wiele pieniędzy, dotąd wydaliśmy 85 miliardów forintów i możemy liczyć tylko na nasze własne środki. Wysłałem na granice nowe jednostki wojskowe, zarządziłem stan gotowości w południowych komitatach Csongrád oraz Bács-Kiskun, nakazałem ministrom obrony i spraw wewnętrznych, by przygotowali budowę linii obronnych wzdłuż granicy z Rumunią. Jak dotąd policjanci i żołnierze pracowali doskonale. Dziękujemy im za to! (oklaski) Również teraz zobowiązali się, że zrobią wszystko, co w ich mocy, co tylko po ludzku możliwe. Teraz jednak może się to okazać za mało.

Kraj oczekuje od nas skuteczności, stabilnie bronionej granicy. Dowódcy wojska, policji i jednostek antyterrorystycznych muszą podołać temu zadaniu. Jeśli zajdzie potrzeba, będziemy się bronić na całej długości linii od Słowenii po Ukrainę.

Nauczymy Brukselę, przemytników ludzi i imigrantów, że Węgry to kraj suwerenny, na jego terytorium można się dostać tylko pod warunkiem poszanowania naszych praw i posłuszeństwa służbom mundurowym. (długie oklaski) Obrona naszych południowych granic to jeszcze nie wszystko. Musimy wytrwać na jeszcze innym bitewnym polu. Na szczęście to pole walki nie żołnierzy, lecz dyplomatów.

Moi Drodzy Przyjaciele!

Musimy powstrzymać Brukselę. Wbili tam sobie do głowy, że rozdzielą pomiędzy nas przywiezionych do Europy imigrantów. Obowiązkowo, na mocy prawa. Określają to mianem obowiązkowych kwot przyjęcia imigrantów. Taką nieszczęsną, niesprawiedliwą, nieracjonalną i bezprawną decyzję podjęto już w stosunku do 120 tys. imigrantów. Wbrew decyzji Rady Europejskiej, w której decydują przywódcy państw członkowskich, z pogardą dla reprezentowanej przez nich suwerenności tych państw, oszukując i omijając prawo przegłosowano to w Parlamencie Europejskim.

Tę decyzję zaskarżyliśmy i będziemy walczyć o jej unieważnienie w Trybunale Europejskim. (oklaski) Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wygląda na to, że nie tylko na Węgrzech, ale też w Brukseli. Dlatego teraz chcą stworzyć stały i sukcesywny system rozdzielczy, obowiązkowy dla każdego imigranta i każdego kraju członkowskiego.

Drodzy moi Przyjaciele!

Unia – wyraźnie to widać – składa się z dwóch obozów: unionistów, czyli zwolenników federalizacji oraz suwerenistów, czyli zwolenników suwerenności narodów. Unioniści chcą Stanów Zjednoczonych Europy i obowiązkowych kwot osiedleńczych. Suwereniści pragną Europy wolnych, suwerennych narodów i nawet słyszeć nie chcą o żadnych kwotach. I tak obowiązkowe kwoty imigrantów stały się esencją i symbolem naszych czasów. One są ważne same w sobie, ale streszczają też wszystko to, czego się obawiamy, czego nie chcemy i co może rozbić przymierze narodów Europy.

Nie możemy pozwolić, by Bruksela stawiała się ponad prawem. Nie możemy się zgodzić, by konsekwencje swej szalonej polityki cedowała na tych, którzy zachowali wszelkie porozumienia i wszelkie prawa, jak to uczyniliśmy my. Nie możemy pozwolić, by zmuszano nas lub kogokolwiek do importowania gorzkich owoców ich błędnej polityki imigracyjnej.

Nie chcemy i nie będziemy importować na Węgry przestępczości, terroryzmu, homofobii i antysemityzmu. (oklaski) Na Węgrzech nie będzie dzielnic wyjętych spod prawa, zamieszek, imigranckich buntów, podpalania obozów dla uchodźców, a bandy nie będą polować na nasze żony i córki. (oklaski) Na Węgrzech zdusimy nawet próby takich zachowań i konsekwentnie będziemy stosować retorsje.

Szanowni Państwo!

Nie zrezygnujemy z naszego prawa do decydowania o tym, z kim chcemy razem żyć, a z kim nie. Z tego powodu musimy odeprzeć i odeprzemy tych, którzy jak domokrążcy roznoszą po Europie pomysły kwot. Bez ryzyka nie ma brawury – głosi peszteński żart piłkarski, a my rzeczywiście musimy zebrać się na odwagę.

Musimy być odważni, gdyż dla większej chwały europejskiej demokracji jesteśmy zmuszeni stawić czoła cenzurze, szantażom i groźbom. Z belgijskich księgarń wycofywane są książki autorstwa węgierskiego ministra sprawiedliwości. Prasa niektórych krajów członkowskich otwarcie rozpowszechnia o nas kłamstwa. Krytyka Węgier jest szorstka, brutalna i agresywna. Na dodatek straszą nas finansowymi karami twierdząc, że nas wspierają, my zaś jesteśmy niewdzięczni. Sposób ich myślenia podobny jest do prostego plebana, który został poproszony o pomoc w zażegnaniu konfliktu wokół różnic majątkowych. W porządku – powiedział – prace podzielimy w następujący sposób: wy namówicie bogatych, żeby byli hojni a ja namówię ubogich, by przyjmowali darowizny. Tak oni rozumują. (śmiechy)

Rzeczywistość jednak jest taka, że nic nie jesteśmy sobie wzajemnie winni, ani feniga. (oklaski) Węgry, osłabione po 45 latach komunizmu, wykrwawione, niezdolne do konkurencyjności, pozbawione kapitału, otworzyły na oścież swe bramy zachodnim firmom. To wszystkim przyniosło profity. Zachodnie firmy wywiozły stąd tyle samo, ile przysłała nam Unia. Jesteśmy kwita, żadna ze stron nie ma podstaw do pretensji. (oklaski)

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Na koniec o tym, jak powstrzymać brukselskie manewry wprowadzenia kwot osiedleńczych. Moja rada jest taka: oprzyjmy się na praźródle europejskiej demokracji – na woli ludu. Jeśli prawdą jest, że ludzie nie chcą, wręcz sprzeciwiają się lunatycznej brukselskiej polityce imigracyjnej, oddajmy im głos, umożliwmy im wyrażenie opinii.

W końcu Europa opiera się na fundamencie demokracji. To oznacza, że nie możemy podejmować decyzji o bardzo poważnych skutkach dotyczących życia ludzi ponad ich głowami, wbrew ich woli. Dlatego na Węgrzech rozpisujemy referendum. (oklaski) I nie chodzi tu o kwotę, co do której decyzja już zapadła, a którą Węgry zaskarżyły do Trybunału. To już przeszłość. Referendum będzie dotyczyć przyszłości.

Wzywamy obywateli Węgier do walki przeciw obowiązkowym kwotom osiedleńczym nowego europejskiego systemu imigracyjnego, który ma trafić na porządek dzienny w marcu. Wierzymy, że Bruksela – nawet w obecnym stanie – nie odważy się zdradzić własnych ideałów. Nie może przeciwstawić się Europy. Unia Europejska nie może być Związkiem Sowieckim 2.0

My, Węgrzy, nie wyprzemy się Europy, mimo wszelkich jej słabości, rozcieńczenia i chwiejności. Nie odwrócimy się od niej w sytuacji, gdy zatraciła poczucie przestrzeni. Nie pozostawimy jej samej sobie w jej panicznych zawrotach agorafobii. Jesteśmy obywatelami tej samej historycznej i duchowej Europy, co Karol Wielki, Leonardo, Beethoven, św. król László – Władysław I [z matki Polki], Imre Madách czy Béla Bartók.

Nasza Europa została wzniesiona na chrześcijańskich fundamentach i dumą napawa nas fakt, iż dosięgła szczytów duchowości i ludzkiej wolności. W Europie ludzie mogą mieć bardzo różne poglądy. Jedni wierzą w ideały wolności, równości i braterstwa, inni wierzą w Boga, Ojczyznę i rodzinę oraz w przychodzące królestwo wiary, nadziei i miłości. (oklaski) Nikt jednak z nas – niezależnie od tego, do której grupy należy – nie może pragnąć tego, by nasza Europa padała na kolana przed celowo ku nam kierowanym, zbliżającym się jak potop masom ludzi, którzy siłą chcą nas zmusić do przyjęcia innej moralności i innych zwyczajów.

Nie wierzymy, żeby Europa mogła się skazać na taki los. Nie wierzymy, że wybierze odrzucenie naszych tysiącletnich wartości. Nie wierzymy w to, ale wiemy i zapowiadamy, że Węgry nie zrobią na tej drodze nawet najmniejszego kroku!

Hajrá, Európa, hajrá, magyarok! Naprzód, Europo, naprzód, Węgrzy!

za: http://wpolityce.pl

Gru 13

Przemówienie na Kongresie FIDESZ

Szanowny Kongresie! Drodzy moi Przyjaciele, nasi Sprzymierzeńcy z kraju i z Basenu Karpat! Szanowni Goście, Panie i Panowie!

Gdy wczoraj mój przyjaciel László Kövér [przewodniczący Parlamentu] zapytał, o czym dziś będę mówił, odpowiedziałem, że o wszystkim, a nawet między innymi o wszystkim. Rzecz jasna, sytuacja nie jest aż na tyle krytyczna. Będę więc mówił tylko o kraju, o Europie i o nas.

Dwadzieścia siedem lata temu, jesienią roku 1988 przeżywaliśmy pierwszy kongres Fideszu. Jest tu sporo ludzi, z którymi od prawie trzydziestu lat szlifujemy nasze miejsca pracy i siebie nawzajem w dobrej i złej doli. Lecz nawet po tych trzech dekadach najwspanialszym uczuciem jest to, że widzi się starych towarzyszy walk, z którymi razem siwiejemy, a jednocześnie widzi się nowszych, z którymi staliśmy się coraz to silniejsi.

Żargon partyjny mówi tylko tyle: kongres, kongres Fideszu, ale w rzeczywistości to są najpiękniejsze chwile naszego wspólnotowego życia. Być razem, spotykać się, wspominać przebytą drogę, oceniać teraźniejszość i planować przyszłość. Nie można jednak z czystym sumieniem świętować w cieniu powodzi czy terrorystycznego ataku. Nie może być mowy o świętowaniu, gdy zagrożone jest życie innych lub owoc pracy całego życia. Dlatego przesunęliśmy nasz kongres na dzisiaj i choć już jesteśmy w Adwencie, to była to dobra decyzja.

Pamiętam, jak 27 lat temu, gdy zbieraliśmy się w Teatrze Jurta, jeszcze na dobre stacjonowały tu sowieckie jednostki, roiło się od milicji i agentów, ale my już czuliśmy w powietrzu wiatr zmian, którego nie sposób było zatrzymać. A dokładniej, raczej czuliśmy, że to my stanowimy tę przemianę.

Wielu uśmiechało się, gdy młodzieńczą głową dwudziestolatków postanowiliśmy stworzyć partię polityczną i wystartować w pierwszych wolnych wyborach do parlamentu. Nie byliśmy profesjonalistami, jedynie zapał nas napędzał, ale przecież wiecie, że Titanica budowali specjaliści, a Barkę Noego – laik.   Dziś zaś przeżywamy nasz XXVI. Kongres, który przypada w czasie trzeciej kadencji naszych rządów. Razem z naszymi sprzymierzeńcami stanowimy najstarszą i największą partię w Europie Środkowej, nasza wspólnota jest największą i odniosła największe sukcesy. Gdybyśmy wtedy nie zdecydowali się rozpocząć, dziś by nas nie było. Z nami tak zawsze było. Przychodzimy z czymś, mówią, to niemożliwe, wyśmiewają nas, później, gdy mimo wszystko już to zrobimy, tylko rozdziawiają buzie, jak karp w reklamówce.

Mówią, że Fidesz to partia, która nie tyle ma rację, co rację będzie miała. Inną sprawą jest to, co w polityce należy się takiej partii, która ma rację przed czasem, zbyt wcześnie. Dziękuję Wam, że mogę być częścią takiej fantastycznej wspólnoty, takiej zwycięskiej drużyny. Dziękuję za niezachwiane zaufanie. Iść na czele takiej politycznej wspólnoty podnosi na duchu i jest zaszczytem. Tak, jakkolwiek by to było niewiarygodne, Fidesz w Europie Środkowej jest partią najstarszą i największą w liczbie i sukcesach.

Nie dlatego jesteśmy partią sukcesu, że zwykliśmy zwyciężać w wyborach, choć skromnie możemy wspomnieć, iż w ostatnich dziewięciu latach wszystkie krajowe wybory wygraliśmy z olbrzymią przewagą. Wygrać wybory to dobra rzecz, ale to dopiero bilet do zwycięstwa, upoważnienie, by przemieniać słowa w czyn. Stara zasada mówi: w ostateczności zawsze mówią czyny, a my, Fidesz, znamy tę zasadę.   Chyba dlatego nasza historia może być tak długa i udana, że ludzie wiedzą, iż jesteśmy tymi, którzy działają, którzy wypełniają to, do czego się zobowiązali. Wielu uważa, że w tym kryje się klucz do sukcesu. Być może, ale tak samo ważne jest i to, że dobrze znamy tych, których reprezentujemy.

Dobrze znamy nasz własny gatunek ludzi, jego cnoty, błędy, mocne strony i słabości, dlatego też możemy wierzyć w tych ludzi. Albowiem my wierzymy w Węgry i wierzymy w Węgrów. Wierzymy, że Węgrzy w każdym czasie pomimo wszelkich przeciwności potrafią podnieść swój kraj nawet z najgorszej sytuacji.

Dlatego my, którym powierzono odpowiedzialność za rządy, jedno tylko musimy zapewnić – szansę i możliwość tego, by ludzie mogli pracować, kreować, tworzyć wartości i by swoją pracą, swoimi siłami mogli odnosić sukcesy.

Gdy czytałem słowa Oscara Wilde’a o Irlandczykach, rozpoznawałem w nich nas samych, Węgrów. Wilde pisał: „Uczciwi ludzie, bo nigdy nie mówią dobrze o sobie nawzajem”. Rzeczywiście, my też jesteśmy ludźmi dumnymi, znającymi swoją wartość, czasami krnąbrnymi, którzy do wszystkiego chcą dojść o własnych siłach. Jesteśmy narodem, który nigdy innych nie błaga, nie żebrze o ich pieniądze, nie chce być innym narodom ani panem, ani ich poddanym, nie chce ich utrzymywać ani być przez nie utrzymywanym.

Na takim fundamencie trzeba było i na takim tylko można było budować w roku 2010, gdy wyborcy powierzyli nam kraj balansujący na krawędzi bankructwa. Objęliśmy państwo, na które wszyscy w świecie machnęli już ręką, a i wielu w kraju. Cnota wyblakła, siła życia wyparowała, poczucie własnej wartości upadło, duch węgierski ledwie się tlił. Już byliśmy zaksięgowani jako gotowi do wrzucenia do gara, razem z Grekami. Więcej, my jeszcze przed Grekami.

W istocie spisano nas na straty, aczkolwiek zrobiono dla nas jeszcze tyle, że przysłano Międzynarodowy Fundusz Walutowy, by zadać cios łaski. Do tego momentu udało się nam przejąć władzę i dobrze, że to my ją przejęliśmy, gdyż w domu nauczono nas pierwszej zasady dołka: jeśli w nim jesteś, przestań dalej kopać. Wystarczająco głęboki był dół Gyurcsányego i Bajnaiego; brakowało nam tylko tego, by na kark zwaliła nam się jeszcze jedna koparka. Cóż, Fundusz pięknie odesłaliśmy z kwitkiem.

Moi Przyjaciele!

Od tamtego czasu minęło zaledwie pięć lat i dziś osiągnęliśmy to, że jednym z najpewniejszych punktów Europy są właśnie Węgry. Wielu by się cieszyło, gdyby ich finanse miały tak mocne podstawy jak nasze i gdyby mieli takiego ministra finansów jak nasz. Nie przypadek, że wybrano go najlepszym ministrem. Brawo, Michale [Varga]!

Biorąc wszystko pod uwagę, większość krajów Europy z wielką radością pogodziłaby się z faktem posiadania takiego wzrostu gospodarczego jak węgierski, cieszyłaby się naszymi wskaźnikami bezrobocia i zatrudnienia. Wielu odetchnęłoby z ulgą, gdyby tak jak nam udało im się ograniczyć dług publiczny, zlikwidować kredyty walutowe, obciąć podatki, podnieść płace, w tym samym czasie zachować wartość emerytur i znaczącymi sumami wspierać rodziny.

Dziś już, moi Drodzy Przyjaciele, nie balansujemy na bagnie, zbudowaliśmy mocne fundamenty, pod nogami mamy twardy grunt, znaczy to, że mamy od czego się odbić do skoku. Wiemy i widzimy, że nasz kraj czekają jeszcze twarde i ciężkie boje, a więc i nas, lecz mamy skąd czerpać siłę. Jedno słowo, warte stu innych, Drodzy moi Przyjaciele, jesteśmy tu 30 lat. Dobra wiadomość dla naszych zwolenników, zła dla naszych przeciwników: przez następne 30 lat też tu będziemy.

Szanowni Delegaci!

Skąd czerpaliśmy do tego siły? Jeśli przyjrzymy się ostatnim pięciu latom, możemy dostrzec, że nasza siła generalnie kryje się w tym, iż odważnie wyznaczyliśmy sobie takie cele, które inni uważali za niemożliwe. Najczęściej były to rzeczy, których każdy by pragnął, ale nikt by ich nie uważał za możliwe do zrealizowania.

Już na tej podstawie widać, że być może odwaga jest w życiu najważniejszą cechą. Mówi się, że każdy może być szczęśliwy, czy to piękny czy brzydki, mądry czy głupi, nawet i pracowity, i leniwy, ale tylko lękliwy nie może być szczęśliwy. Jeśli tak patrzymy, to wolność właściwie jest prawem do odwagi, a my, fideszowcy, skorzystaliśmy z tego przysługującego nam prawa.

Wypowiedzieliśmy rzeczy dotąd uważane za tabu, uczyniliśmy je naszym programem, później wraz ze zdobyciem władzy podniesione one zostały do rangi interesów narodowych. Powiedzieliśmy o zjednoczeniu narodu i o podwójnym obywatelstwie, na rok 2010 uczyniliśmy je programem i stały się one sprawą narodu, i prawie cały Parlament zagłosował za nimi.

Kto by pomyślał, że koszty komunalne można nie tylko podwyższać, ale i obniżać? Powiedzieliśmy to, umieściliśmy to w naszym programie partyjnym, później rządowym, w końcu stało się to sprawą narodową. Dziś nawet socjaliści skradają się do ciepła bijącego od tej obniżki. Mógłbym powiedzieć, że ludzie w końcu to im zawdzięczają, przecież gdyby nie było Ildikó Lendvai i jej towarzyszy, to nie byłoby czego obniżać.

Kto by pomyślał, że można uwolnić kraj od kredytów walutowych, a nawet rozliczyć banki? Mieliśmy odwagę to wypowiedzieć, uczynić programem partii, wnieść do programu rządu, w końcu stało się to sprawą narodową. Tę drogę do osiągnięcia rangi narodowej przeszły sprawy przywrócenia porządku, wzmocnienia policji, wspierania rodzin, uczestnictwa banków i koncernów międzynarodowych w ponoszeniu kosztów publicznych.

Doszliśmy do tego, że politycy opozycji bez najmniejszego zmieszania zachowują się tak, jakby te kwestie od zawsze należały do spraw narodowych. Nie zapominajmy – obok pokornie wspomnianych naszych zasług – że o tym, co stanie się sprawą narodową, decydują wyłącznie obywatele, poprzez swoje poparcie, poprzez przekonanie do niej polityki, czasem poprzez wymuszenie tego wprost.

Tu jest okazja, byśmy podziękowali Węgrom za to, że naszą Ojczyznę uczynili krajem, w którym na nowo interesy narodowe zyskały prawo istnienia; krajem, w którym ponownie istnieje możliwość podążania w jednym kierunku.

Szanowny Kongresie!

Polityka jest jak katarynka, której nie wolno się zatrzymać. Z radością zauważyłem, że kręgi inteligencji chrześcijańskiej zainicjowały publiczną debatę, głośne myślenie o tym, jak Węgry powinny się rozwijać w ciągu dekady, dwóch. Tej pracy nie możemy zaoszczędzić i trudno znaleźć ludzi bardziej odpowiednich do tego zadania. Dziękujemy im, że podjęli się tego.

Możemy być dumni, że Węgry wciąż są krajem – gdzie indziej to już wyszło z mody – w którym ludzie o narodowych odczuciach, myśliciele, naukowcy, artyści, inżynierowie, lekarze i duchowni podejmują ten wielki ciężar, który zwykło się nazwać odpowiedzialnością ludzi ducha, inteligencji. Celem jest spokojne i dogłębne przedyskutowanie obywatelskiego systemu, stworzenie dokładnego obrazu teraźniejszości i przyszłości, z którego zrodzą się nowe myśli i nowe narodowe interesy.

Szanowni Delegaci!

System obywatelski ma nie tylko program i treść, ale też swoją politykę, czyli sposób, drogę i praktykę, którymi tamte można zrealizować. Każdy wie, odczuwa to na własnej skórze, że nasza wspólnota polityczna inaczej zabrała się do dzieła, inaczej uprawia politykę, niż to było tu w zwyczaju przed rokiem 2010. Inaczej też uprawiamy politykę, niż jest to w zwyczaju obecnie w Europie.

Najważniejsze jest to, że my wysłuchujemy ludzi. Dlatego ich słuchamy, gdyż chcemy tworzyć punkty porozumienia pomiędzy ludźmi a rządem. W przypadku spraw ważnych bez takiego porozumienia nie da się demokratycznie rządzić. Pomyślcie choćby o kwestii imigrantów. Nie jesteśmy gnuśni, leniwi, nie zamykamy się w naszych biurach, nie obserwujemy życia z siedziby partii, lecz konsultujemy się, pytamy, słuchamy ludzi.   

Również i to należy do naszych własnych atrybutów – i jest nowością szczególnie w stosunku do socjalistów – że w każdych okolicznościach reprezentujemy interesy Węgier, nigdzie nie zbaczamy. Znamy układy sił, wiemy, jaka jest siła bicepsów innych i naszych, ale nie damy się szantażować i nikomu automatycznie nie przyznajemy racji, tylko z tego powodu, że ma mocniejszy głośnik.

Gdy trzeba, idziemy na zwarcie, gdy trzeba, wracamy, gdy trzeba, zawieramy porozumienie, ale zawsze cel jest ten sam: nasza polityka jest wyłącznie polityką przyjazną Węgrom. Jeśli my nie bronimy i nie reprezentujemy węgierskich interesów, nikt inny tego nie zrobi, dlatego tu, w Fideszie, zasadą życia jest codzienny patriotyzm.  

W dzisiejszym świecie już i to jest czymś odbiegającym od normy, że na ziemi stoimy na dwóch nogach, że punktem wyjścia jest rzeczywistość, a nie ideologia, że szukamy rozwiązań problemów ludzi, że ich szczęście, bezpieczeństwo są najważniejszymi sprawami rządu. Dla nas jedyną miarą politycznego sukcesu jest to, czy nasze decyzje dobrze służą interesom Węgrów, czy też nie.   I w końcu, Drodzy moi Przyjaciele, nasza polityka jest polityką działania. Obserwuję, że paraliż, kunktatorstwo, pozorowanie działań są niebezpiecznymi chorobami współczesnej polityki europejskiej. Potrzeba odwagi i siły, abyśmy mieli męstwo do podejmowania decyzji i siłę do działania.   

Drodzy moi Przyjaciele!

W następnych latach dalej będziemy pracować na rzecz systemu obywatelskiego. Polityka systemu obywatelskiego ma jasne cele. To są odważne cele. Wyznaczamy wobec kraju takie cele, których wcześniejsze rządy nie miały siły, a może nawet odwagi wyznaczyć.

Po pierwsze: mniej podatków i więcej pracy. Chcemy, aby na Węgrzech każdy, kto potrafi i chce, mógł pracować. Chcemy też, by każdemu opłacało się pracę podejmować. Chcemy, by ten, kto uczciwie pracuje, mógł się też ze swej pracy utrzymać, a według jej wydajności, mógł żyć w dobrobycie. Dziś pracuje o 550 tysięcy ludzi więcej, niż wtedy, gdy obejmowaliśmy rządy.

To piękne, a nawet bezprzykładne osiągnięcie, ale jesteśmy dopiero w połowie drogi, gdyż celem jest pełne zatrudnienie, dlatego rozwijamy przemysł narodowy, rolnikom zapewniamy dostęp do ziemi i z całą siłą dusimy biurokrację. Mniej podatków, więcej przedsiębiorstw, narodowy przemysł, węgierscy gospodarze, państwo wolne od biurokracji – to stworzy dalszych kilkaset tysięcy miejsc pracy.  

Naszym celem na dużą skalę jest wspieranie węgierskich rodzin. Wyznajemy, że bez silnych i zdrowych rodzin nie ma silnego i zdrowego kraju, nie ma sukcesu. Bez takich rodzin nie można odwrócić trendu wymierania społeczeństwa. Dlatego dla nas rodziny i dzieci, które mają się narodzić, oznaczają przyszłość Węgier i Europy. Chcemy, by każda rodzina miała dach nad głową.

Więcej, pragniemy i tego, by ten dach był ich własny, czyli by każda węgierska rodzina miała swój dom, który będzie ich własnością. Dlatego jutro złożymy w Parlamencie projekt, zgodnie z którym w następnych 4 latach VAT w budownictwie mieszkaniowym zostanie ograniczony z 27 do 5 proc., w harmonii z unijnymi przepisami.

Trzecim naszym wielkim celem jest to, by Węgrzy nie musieli żyć w strachu. Bezpieczeństwo i prawny porządek, surowe, ale sprawiedliwe przepisy, silna, przygotowana, młoda policja, stanowcze jednostki antyterrorystyczne, pewna siebie ochrona przed klęskami żywiołowymi. W ten sposób zdołamy ochronić kraj. Obronimy nasze granice, obronimy Węgrów przed przestępcami, terrorystami, nielegalnymi imigrantami.

Szanowny Kongresie!

Nie można dziś mówić w sposób poważny o sytuacji naszej Ojczyzny bez mówienia o sytuacji Europy. Widzimy, że zostaliśmy zalani. Europa jest w stanie inwazji, wygląda jak pole bitwy, a to, co dotąd zobaczyliśmy, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Ilu jeszcze wyruszy, ilu jeszcze szykuje się do Europy?

Myślę, że miliony, a nawet dziesiątki milionów. A widzimy też, że Unia dryfuje, jest słaba, niepewna, bezradna, miota się zamiast działać. Lewicowe elity Europy i przywódcy licznych krajów zamiast w końcu podjąć kroki w celu zatrzymania potopu imigrantów, zastanawiają się, jak rozwiązać problem ich masowego przyjęcia.

Jedna konferencja warta drugiej, znamy to, doświadczyliśmy tego, konferencja to zebranie takich ważnych ludzi, którzy sami nic nie mogą uczynić, ale razem zawsze potrafią stwierdzić, że w rzeczywistości nic nie trzeba robić. Adenauer powiedział kiedyś, że „Dziesięć przykazań Bożych dlatego są tak jednoznaczne, gdyż nie postanowiono ich na konferencji”.

Sytuacja zaś jest prosta i jasna: każdy trzeźwo myślący człowiek rozumie, że Europa nie udźwignie tylu ludzi, nie jest w stanie tylu ludziom dać pracy, zapewnić mieszkań, ochrony socjalnej i zdrowotnej, edukacji, wyszkolenia zawodowego, transportu. Gospodarka Europy i jej system zaopatrzenia padną pod takim ciężarem. Wcześniej, niżby dziś ktokolwiek to przypuszczał.   Lecz oprócz tego wszystkiego, na horyzoncie zbierają się jeszcze czarniejsze chmury. Wędrówki ludów zagrażają bezpieczeństwu Europejczyków, gdyż oznaczają spotęgowanie zagrożenia terrorem. A z terrorystami jest tak, że już nawet jeden to stanowczo za dużo. Tysiącami, dziesiątkami i setkami tysięcy przybywają do Europy ludzie, o których nic nie wiemy.

Skąd w rzeczywistości przychodzą, kim są, czego chcą, czy przeszli przeszkolenie, czy mają broń, czy są członkami jakiejś organizacji? Wędrówka ludów dodatkowo wzmacnia przestępczość. O tym w Europie nie wolno mówić, to nie jest politycznie poprawne, mimo to jest faktem: gdzie w Europie osiedliła się duża liczba imigrantów, tam z miejsca wzrosła liczba przestępstw.

Więcej jest kradzieży, więcej przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, więcej gwałtów. Czy to się podoba, czy nie, Przyjaciele, takie są fakty. Nie możemy przejść do porządku dziennego również ponad tym, że wędrówka ludów, masowy napływ osadniczy ludzi innych cywilizacji oznacza zagrożenie dla naszej kultury, sposobu życia, zwyczajów, tradycji. W zawrotnym tempie powstają równoległe społeczności.

Tylko zarozumiały Europejczyk uważa, iż inni również uznają nasz europejski sposób życia za bardziej wartościowy i upragniony od ich własnego. Jest właśnie na odwrót! Oni swoją formę życia uważają za wartościowszą, silniejszą i bardziej życiową od naszej. Nawet przez myśl im nie przeszło, by odrzucić swój styl życia, a przejąć nasz i się zasymilować.   Jeśli nawet na powierzchni panuje cisza – a do obecnych czasów tak było – to pod powierzchnią powstaje świat społeczności równoległych, który powoli, lecz zdecydowanie, krok po kroku, zgodnie z porządkiem natury wypycha nasz świat i spycha go do mniejszości, a w nim i nas, nasze dzieci i wnuki.

Jeśli tak dalej pójdzie, stracimy Europę. Mimo to europejscy przywódcy wysyłają kolejne, coraz to nowe zaproszenia, zamiast wysłać w końcu w sposób zdecydowany i uczciwie wiadomość, że na przybyszów nie czeka tu nic z tego, na co tak liczą. 

Szanowni Delegaci!

Jak mogło do tego dojść? Widać wyraźnie, że wydarzenia te nie są przypadkowe, to nie wypadek, to nie jakiś łańcuch niezamierzonych skutków, lecz zaplanowany i sterowany proces. Powstała dziwaczna wielka koalicja, koalicja przemytników ludzi, aktywistów obrońców praw człowieka i brukselskich biurokratów.

Koalicja ta nie pracuje nad tym, by zakończyć wędrówki ludów, lecz wręcz przeciwnie, stara się sprowadzić tutaj imigrantów w sposób bezpieczny, szybki i prawny, i osiedlić ich między nami. Wątpliwa chwała, że pośród pomysłodawców oraz tych, którzy pociągają za sznurki, otwarcie przyznając się do tego jako programatorzy, reprezentowana jest i nasza Ojczyzna, w osobie pewnego znanego i niesławnego swego syna.

Drodzy moi Przyjaciele!

Jak doszliśmy

do tego? Dlaczego i w jaki sposób Europa stała się bezbronna? Dlaczego nie potrafi rodzących się kryzysów przewidywać i omijać? Dlaczego nie jest zdolna przynajmniej bronić się wobec kryzysów finansowego, gospodarczego, demograficznego, imigracyjnego?

Wiemy, ze gospodarka europejska jest zwapniała. Wiemy też, że znajdujemy się na demograficznej równi pochyłej. Mamy również świadomość ciężkich aberracji europejskiego superpaństwa. To oczywiście kłopoty, wielkie kłopoty, ale nie problemy śmiertelne, można się z nich wyleczyć. Prawdziwie śmiertelna choroba, która zagraża Europie, ma naturę raczej duchową.

U korzeni problemów kryje się jedna wspólna przyczyna: Europa już nie akceptuje samej siebie, swej tożsamości. Duchowość europejska i jej ludzie wierzą dziś w rzeczy powierzchowne i wtórne, w prawa człowieka, w postęp, w otwartość, w nowe formy rodziny, w tolerancję. To piękne i miłe rzeczy, ale w rzeczywistości drugorzędne, bo tylko wtórne.

Tak, dziś Europa wierzy w rzeczy wtórne, a nie wierzy w to, skąd i z czego te rzeczy się wywodzą. Nie wierzy w chrześcijaństwo, nie wierzy w trzeźwy rozum, nie wierzy w żołnierskie cnoty i nie wierzy w dumę narodową. Nie wierzy w to, co ją stworzyło, w to, co kiedyś stanowiło ją samą, nie wierzy w to, nie staje w obronie tego, nie argumentuje, nie walczy, a już w żaden sposób nie chce za to się poświęcać.

Europa nawet myśleć nie chce, ani mówić o tym, kim jest w rzeczywistości, a ponieważ nie akceptuje swej własnej tożsamości, nie akceptuje też różnorodności. A przecież bez odróżnienia siebie od innych, w konsekwencji nieuchronnie zatraca samą siebie. A przecież jaśniejsze to niż słońce, że Europa to starożytna Hellada, a nie Persja, to Rzym a nie Kartagina, to chrześcijaństwo a nie kalifat. Wyliczam tu bez żadnego wartościowania.

Fakt, że istnieje europejska cywilizacja jeszcze nie oznacza, że jest ona lepsza lub gorsza od innych. To oznacza tyle, że my jesteśmy tacy, a wy tacy. Rozróżnić, rozgraniczyć i przyznać się do europejskiej cywilizacji nie znaczy, że trzeba się zamykać. To znaczy tylko tyle – ale takie jest tego znaczenie – że nasza otwartość nie może prowadzić do naszej dezintegracji, do rozpłynięcia się w zetknięciu z obcymi, których przyjmiemy.  

Drodzy Przyjaciele!

Europa jest starym, lecz płodnym kontynentem. Przeżyła już wiele przerażających poglądów. Z niektórych pochodziły problemy, wręcz tragedie, niektóre do tego nie prowadziły. Problemy i tragedie wtedy się z nich rodziły, gdy Europa okazywała się słaba i nie była zdolna przeciwstawić się szalonym myślom.

Nie potrafiła na przykład przeciwstawić się wtedy, gdy powstawała idea dzielenia ludzi według ras, wartościowania ich według genetyki. W ten sposób Europa stała się domem rasizmu i narodowego socjalizmu.

Także wtedy Europa nie była zdolna się przeciwstawić, gdy zarażała ją myśl wartościowania ludzi według ich przynależności klasowej i przerabiania każdego na jedną formę homo sovieticus. Tak stała się Europa domem teorii walki klas i komunizmu.

Dziś to wszystko wydaje się absurdem, ale, moi Przyjaciele, wtedy to tak nie wyglądało. Mało tego, poważni ludzie o poważnych twarzach, w niezbitym przekonaniu o swojej moralnej wyższości napisali o tym całe biblioteki.

Dziś ponownie widzę armię poważnych ludzi, którzy z poważnymi twarzami, z przekonaniem o swej moralnej wyższości w nawias chcą zamknąć narody Europy i agitują na rzecz Stanów Zjednoczonych nowej Europy. To się źle skończy!   Europejska lewica – znów lewica – jest przekonana, iż Europa wtedy będzie szczęśliwa, gdy sprawimy, że znikną z niej narody – wspólnoty, które dają jej ducha, a w ich miejsce stworzymy europejskie superpaństwo. W Brukseli wielu podoba się ten plan i wielu też pracuje nad rzecz jego cichej realizacji.

Jednak ta Europa i taka Unia, którą my kochamy i do której naszą wspólną wolą wstąpiliśmy, Europa narodów – opiera się na solidarności narodów, na wzajemnym poszanowaniu i wspólnych poglądach, a nie na przychodzących z góry dyktatach i brukselskich rozporządzeniach. Teraz, na przykład, chcą narzucić nam, Węgrom, z kim tutaj razem mamy żyć.

Dobrze znamy sytuację, gdy inni, spoza Węgier chcą nam dyktować naszą przyszłość i nie chcemy tego więcej. Dlatego Węgry zaskarżyły obowiązkowe kwoty imigrantów do Europejskiego Trybunału, a widzę, że nie jesteśmy w tym osamotnieni. Nie cierpimy na pomieszanie ról, nie tęsknimy za pozycją europejskich potęg, wiemy, kim jesteśmy i gdzie nasze miejsce.

Wiemy, że o losach Europy decydują postanowienia europejskich potęg, również wtedy, gdy jak obecnie, chowają się pod unijnym płaszczykiem. Musimy jednak jasno powiedzieć, że osiedlanie imigrantów z nakazu Węgrom się nie podoba.

Z tego powodu zebrano w proteście przeciw kwotowemu systemowi półtora miliona podpisów. Dlatego dziękuję, że pomogliście dotrzeć z tym do wszystkich, gdyż widzicie, że tylko w jedności i solidarności możemy powstrzymać ten bezrozumny i bezprawny dyktat.

Stąd chcemy wszystkim uświadomić, że kto pragnie żyć w wolnej i bezpiecznej Europie, niech podpisze petycję przeciw kwotom, kto nie chce wzrostu zagrożenia terroryzmem, niech ją podpisze. Kto nie chce pogarszającego się bezpieczeństwa, niech podpisze. Kto odczuwa odpowiedzialność za swoje dzieci i wnuki, niech ją podpisze. Kto chce, by także następne pokolenie miało pracę, własne europejskie i węgierskie życie, niech ją podpisze i innych do tego namówi.

Pamiętajcie też o tym, jakim osądom poddano nas za węgierską ustawę o mediach. A dziś w związku ze sprawą imigrantów na Zachodzie otwiera się na naszych oczach sterowana medialna rzeczywistość. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mi tu stanąć i powiedzieć, że wolność myśli, słowa i prasy na Węgrzech jest bardziej kolorowa, szersza i głębsza niż na zachód od nas.  

Drodzy moi Przyjaciele!

Europa w swoich korzeniach to koegzystencja chrześcijańskich, wolnych i niepodległych narodów, to wspólnota życia oparta na wspólnych wartościach, na wspólnej historii, na geograficznej, geopolitycznej współzależności. Mamy wspólne idee, jak wolność i odpowiedzialność, konkurencyjność na zasadach fair play, honor i szacunek, duma i pokora, sprawiedliwość i miłosierdzie.

W ten sposób wypełniłem zadanie Józsiego Szájera [europosła, jednego z twórców węgierskiej Konstytucji], gdyż zdołałem powiedzieć kilka pozytywów na temat Unii Europejskiej. Przyjaciele moi, jest zasada, że tylko wtedy możesz przetrwać, jeśli się odnowisz. Dziś zaś Europa woła o odnowę, europejskie narody tylko wspólnie mogą tego dokonać. My jesteśmy gotowi. Jeśli wielcy zdecydują się, jeśli i inni się zgłoszą, my, Węgrzy, nie będziemy wlec się na końcu ogona.   Tak, lecz cóż znaczy odnowić się? Podstawowa zasada mówi, że jakich rozmiarów jest problem, przynajmniej tak głęboka powinna być odnowa. Dziś to oznacza tyle, że musimy zamknąć pewien okres i musimy spróbować otworzyć nowy. Dwadzieścia pięć ostatnich lat naszego życia to był w Europie wielki okres liberalizmu.

Miał on piękne etapy, dobre owoce, miał swe wielkie chwile i doniosłe postaci, możemy się cieszyć, że dane nam było poznać je osobiście. Na dzisiaj jednak polityka liberalna straciła swą siłę przyciągania, ponosi porażkę za porażką, brak jej tchu, wyczerpała się. Przyczyny tego są tu mniej ważne, ważny jest rezultat.

Już niczego nie możemy się po niej spodziewać, niczego, co potrzebne Europejczykom. Polityka liberalna nie wie, co począć z problemami gospodarczymi, jest bezradna wobec kryzysu demograficznego, nie jest zdolna obronić ludzi przed wewnętrznymi i zewnętrznymi zagrożeniami, ani przed przybyszami, ani przed terroryzmem, ani przed przestępczością.

Stała się skostniała i obsesyjna, wszędzie węszy wrogów, wścieka się, gdy jej dogmaty poddawane są w wątpliwość, jest rozdrażniona, gdy słyszy o nowych ideach i agresywna, jeśli ktoś przeciw niej powołuje się na opinie ludzi. Utraciła kontakt z rzeczywistością, zamiast debaty ograniczać chce dyskurs publiczny, dlatego rozwinęła listę tablic z zakazami politycznej poprawności i zasadami kodeksu drogowego.

Mam nadzieję, że nie wchodzę tu w merytoryczny spór z moim przyjacielem Józsefem Szájerem, stwierdzam tylko tyle, że doszliśmy do tego, iż polityka liberalna obróciła się przeciw wolności, sprzeciwia się wolności myśli, słowa i prasy, dlatego musiała się zwrócić przeciw ludziom i demokracji.

Z liberalnej kiedyś demokracji zrodził się niedemokratyczny liberalizm. Papier to wytrzyma, ale ludzie nie. Coraz bardziej skomplikowane przepisy pętają Europę, gaszą wolnego europejskiego ducha i rozsądnego, twórczego europejskiego człowieka. Takie jest wyjaśnienie, taka przyczyna tego, że kontynent stracił swe podstawowe, życiowe instynkty.   My zaś proponujemy powrót do Europy demokracji. Zamiast słabej Europy dzisiejszych przywódców powróćmy do silnej Europy ludzi. Następny okres Europy albo będzie demokratyczny, albo nie będzie go wcale.

Unia Europejska również potrzebuje nowych zasad. Starania Brytyjczyków, by na nowo przedyskutować warunki swego członkostwa, nie są przypadkowe. Czas przeminął, żyjemy w innym świecie. Dwadzieścia osiem krajów nie jest w stanie współpracować według tych samych zasad, co sześć krajów.

Nie to jest więc zadaniem, Drodzy Przyjaciele, by kilka rzeczy robić w sposób bardziej sprawny lub by działać po prostu więcej. Należę do tych, którzy pragną, byśmy kolejne tysiąc lat mogli jako Węgrzy przeżyć w chrześcijańskiej Europie. W tym celu zaś, niezależnie od tego, jak bardzo to boli niektórych polityków w Brukseli, trzeba zamknąć pewien okres, zarówno w sensie politycznym, jak i duchowym, intelektualnym.

Budapeszt, 13 grudnia 2015

za: http://wpolityce.p

Lis 10

Przemówienie na Budapesztańskim Forum Demograficznym

Nasz kontynent chlubi się tym, że tu narodziła się wolność myśli, słowa i prasy, ale rodzina i demografia to dziś słowa, których nie wypada używać, ponieważ nie podobają się obrońcom politycznej poprawności. Nawet na posiedzeniach naszej rodziny politycznej – Europejskiej Partii Ludowej – mamy problemy z używaniem wyrazów takich, jak rodzina. Niektórzy boją się, że jeśli użyje się takiego słowa, to trzeba od razu tłumaczyć się o co chodzi, zastrzegać się, że nie można tego pojęcia zawężać lub że trzeba traktować je bardzo otwarcie, aby nikogo nie dyskryminować. Słowa rodzina można używać tylko w liczbie mnogiej, ale nie wolno w dzisiejszej Europie mówić o tradycyjnej rodzinie – do tego doszło,

Panie i Panowie!

Liczby pokazują, że Europa starzeje się. W 2013 roku w połowie 28 krajów UE więcej było zgonów niż urodzeń. Przeraża bezrobocie wśród młodych w wielu państwach. Demograficzne znaczenie Europy w świecie ciągle spada: w 1960 roku ludność Europy stanowiła 13,4 proc. ludności świata, a w 2013 roku już tylko 7,1 proc., biorąc za podstawę 28 krajów członkowskich Unii. Wszystko pokazuje, że Europa jako kontynent i cywilizacja cierpi na największą zapaść demograficzną. Jesteśmy kontynentem, który najszybciej się starzeje.

Skoro sytuacja jest tak dramatyczna, to dlaczego ten temat jest tak bardzo nieobecny w dzisiejszych dyskusjach politycznych i społecznych? Kto będzie w przyszłości zamieszkiwał Europę? To pytanie kluczowe. Warto o tym mówić na poważnie. Ale zamiast tego bardziej przyjemne okazują się takie tematy, jak gender czy związki homoseksualne lub inne. Dominują dyskusje oderwane od życia. One nie pomogą Europie wyjść z zapaści gospodarczej i społecznej, do której wpadła. Jak widać, dziś nie cieszą się popularnością ci, którzy mają odwagę mówić, że będzie wielki problem, jeśli polityka pozostawi samą sobie tak podstawową jednostkę europejskiej kultury, jaką jest rodzina.

Cztery lata temu na konferencji ministrów odpowiedzialnych za politykę demograficzną i prorodzinną powiedziałem, że w Europie coraz częściej formułowane jest następujące oskarżenie polityczne: jeśli jakiś rząd wspiera rodzinę, to tym samym poniża inne formy życia, ponieważ ich nie wspiera, a więc ten, kto mówi o polityce prorodzinnej, wyklucza innych. Jasne, że to głupota, ale i tak trudno bronić się przed takimi oskarżeniami.

Obecny rząd Węgier wiele energii wkłada w to, by wyraźnie pokazać, że jednoczesne popieranie rodziny oraz wolności nie jest sprzecznością. Ich przeciwstawianie sobie polega na pewnym przebiegłym triku, który należy zdemaskować, by szczerze i z czystym sumieniem stawać w obronie rodziny i naszych własnych wartości.

Na Węgrzech, na szczęście, większość uważa – nawet dziś, w tej nowoczesnej epoce – że dziecko to błogosławieństwo oraz nagroda w życiu rodziny i w życiu społeczeństwa. Dzieci zwiększają energię rodziców, rodzin. Nowe pokolenia dzieci powiększają naród, powiększają siłę kraju i całej cywilizacji.

Dzieci to bodziec zwiększający nasze możliwości, to siła rozwoju społecznego nieporównywalna z niczym. Na starość to one zadbają o nas, one gwarantują odnowę naszych wspólnot, one poniosą dalej nasze dziedzictwo, one nadają sens naszemu życiu. Bez dziecka nie ma kontynuacji, a dla starszych nie ma bezpieczeństwa.

Choć to nie temat tej konferencji, to trzeba zauważyć, że jeśli brakuje dzieci, to nieuchronnie pojawia się kwestia napływu imigrantów – przynajmniej dopóki masowe klonowanie nie stanie się modą, od czego niech nas dobry Bóg uchowa. Z punktu widzenia pokojowego istnienia naszych społeczności ważne jest, by nasze wspólnoty były zdolne do prokreacji samych siebie, by miały wewnętrzną siłę zdolności przeżycia. Jestem głęboko przekonany, że Europa nie może budować swojej przyszłości na przybyszach, zamiast na rodzinie, a chcę Państwa tu ostrzec, że już powstają dokumenty Unii Europejskiej, które w tym właśnie szukają rozwiązania problemu demograficznego.

Kto oczekuje pomocy od innych, prędzej czy później musi za to zapłacić. To żelazna zasada, nie ma dla niej alternatywy, nawet jeśli w Brukseli są tacy, którzy mówią, że zalew imigrantów to błogosławieństwo dla Europy, bo pomoże nam za jednym razem rozwiązać problemy gospodarcze i demograficzne. Wiemy – a jest nas wielu – że to nieprawda. Wiemy, że takie myślenie jest niebezpieczne, gdyż wywróci całą równowagę naszego kontynentu.

Oni chcą sprowadzić do nas kulturę, która ma całkowicie odmienny od naszego sposób pojmowania świata, mentalność, filozofię życia i zwyczaje. Ta kultura ma całkowicie odmienne podejście do pracy, do relacji międzyludzkich, do systemu społecznego i jego fundamentu czyli rodziny.

Ufam, że my, którzy się tutaj zebraliśmy, pragniemy Europy budowanej na rodzinie a nie na imigracji. Chcemy, by Unia uwolniła się od pętającego ją sposobu myślenia i powróciła do tych wartości, które doprowadziły ją do wyjątkowych sukcesów. Chcemy, by europejska polityka w swoim centrum na nowo umieściła rodzinę.

Są okresy, gdy głos demografów musi być słyszany. Teraz są takie czasy. Stawką jest przetrwanie naszej cywilizacji oraz kultury. W historii świata żadna kultura nie przetrwała – jak podają już starożytne źródła – jeśli nie była w stanie sama zaludnić terenu swojego zamieszkania. Życzę Państwu, by nasza praca przyniosła owoce, dzięki którym będziemy w stanie udowodnić każdemu, iż rodzina i przyjmowanie dzieci są w rzeczywistości błogosławieństwem – nie tylko dla rodziny, ale i dla społeczeństwa, dla narodu i dla całej europejskiej cywilizacji.

za: http://wpolityce.pl/

Lis 01

Z kart historii nieodległej…

Warszawa, 25 stycznia 2012 r.

Wielce Szanowny Panie Premierze,

W tak dramatycznym czasie dla Węgrów, w okresie tak haniebnej zagranicznej nagonki na Pana rządy i Pana kraj, chcemy wyrazić uczucie ogromnej solidarności z Pana reformami, solidarności, jaka przepełnia serca wszystkich patriotycznych Polaków. Podziwiamy odwagę, z jaką Pana rząd stara się zrzucić jarzmo uzależnień od zagranicznego kapitału i dominacji wielkich państw Unii Europejskiej, broniąc rodzimej, węgierskiej przedsiębiorczości i szerszych węgierskich interesów narodowych. Zazdrościmy Węgrom nowej, wspaniałej konstytucji, przepojonej ogromnym patriotyzmem i uznaniem wielkiej roli religii. Podziwiamy rolę, jaką Pan odegrał osobiście w odbudowie węgierskiego patriotyzmu i przywróceniu Węgrom godności, podziwiamy stanowczość, z jaką Pan broni praw Węgier na forum międzynarodowym. Po rozlicznych polskich zaniechaniach ostatnich dwudziesięcioleci tym bardziej podziwiamy impet, z jakim Pana rząd zabrał się za potępienie zbrodniczej roli komunistów i demaskowanie antynarodowej roli ich dzisiejszych popleczników. Wasz program i Wasze działania stanowią prawdziwie wzorcowy przykład drogi, jaka jest potrzebna w Polsce dla wydostania się z bagna, w które wtrąciły go różne rządy postkomunistycznej SLD i liberalnych partii: UD, UW i PO.

Brak tu miejsca na wyliczenie wszystkich, tak wielostronnych dokonań Pańskiego rządu w niszczeniu pozostałości postkomunizmu i lewicowego liberalizmu, schlebiającego obcym interesom. Nasi najlepsi publicyści – obserwatorzy węgierskich przemian podziwiają Pana rząd za to, że w zaledwie półtora roku dokonał tak wiele w tak wielu dziedzinach, od obrony narodowych interesów gospodarczych, umacniania Kościoła i patriotyzmu, pozycji rodziny po rozliczanie pozostałości komunizmu. Stąd to niebywałe uznanie, z jakim polscy patrioci darzą działania Pańskiego rządu i Pana osobiście jako lidera przemian reformatorskich w całej Europie Środkowej i wielkiego męża stanu, który trafia się raz na wiele dziesięcioleci. W polskim hymnie narodowym, powstałym parę stuleci temu, głosi się m.in. słowa: „Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy”. Dziś w Polsce daje się im nowe brzmienie: „Dał nam przykład Viktor Orbán, jak zwyciężać mamy”. Sukcesy węgierskich przemian są dla nas źródłem nadziei i wielką inspiracją.

Panie Premierze, widzimy w Panu osobę, która łączy w sobie najlepsze tradycje węgierskiej historii: ryzykancki heroizm powstańców Franciszka II Rakoczego i węgierskich żołnierzy doby Wiosny Ludów z realizmem i wielkim programem pracy pozytywnej „największego z Węgrów” – hr. Istvána Széchenyiego. Pamiętamy o Pana Premiera konsekwentnym, tak bliskim stosunku do Polski, począwszy od Pana młodzieńczych prac o polskiej „Solidarności”. Dlatego tym chętniej odwołujemy się w naszym poparciu dla tak niezwykle odważnych i trudnych reform Pana rządu do tylu spraw ze wspólnej historii, łączących Polaków i Węgrów. Odwołujemy się do pamięci o wyjątkowo silnych tradycjach wolnościowego współdziałania obu naszych narodów przeciwko zagranicznym agresorom. Do pamięci o polskiej pomocy dla powstańców Franciszka II Rakoczego i tak licznym udziale polskich bojowników wolności w Waszej wielkiej wojnie niepodległościowej (szabadságharc) 1848-49, roli gen. Józefa Bema i jego przyjaźni z Waszym największym poetą Sándorem Petöfim. Do pamięci o zablokowanej przez władze czeskie węgierskiej gotowości przysłania Polsce wojsk do obrony przed najazdem bolszewickim w 1920 r. i o znaczeniu wielkich transportów amunicji węgierskiej dla Polaków w bitwie pod Warszawą dla ostatecznego polskiego zwycięstwa. Pamiętamy o nieugiętym oporze premiera Pála Telekiego wobec nacisków nazistowskich na rzecz przepuszczenia wojsk niemieckich przez Węgry przeciw Polsce we wrześniu 1939 r. i niezwykle gościnne schronienie udzielone wówczas przez Węgry 140 tysiącom polskich uchodźców. W Polsce dobrze pamiętamy o roli, jaką odegrało poczucie solidarności z Polską w czasie manifestacji 23 października 1956 r., która rozpoczęła tak heroiczne węgierskie powstanie antysowieckie. Pamiętamy o 300 tysiącach Węgrów skandujących wówczas w marszu pod budapeszteński pomnik polskiego generała Józefa Bema: „Lengyelország utat mutat, kövessünk a Lengyel utat” – Polska pokazuje drogę, idźmy za Polakami. Dziś w Polsce jakże wiele osób nadaje tamtemu słynnemu hasłu nowy kształt: „Węgry pokazują drogę, idźmy za Węgrami”. Dlatego tym mocniej pragniemy, by wśród głosów solidarności z wielkimi reformami Pana rządu szczególnie silnie zabrzmiał głos jak największej liczby patriotycznych środowisk z Polski.

Wielki węgierski przywódca niepodległościowy Lajos Kossuth stwierdził 23 czerwca 1831 r. w przemówieniu w komitacie Zemplén: „Sprawa Polski jest sprawą Europy”. Parafrazując te słowa słynnego Węgra, mówimy dziś: „Sprawa Węgier jest sprawą Europy”. Dzisiejsi Węgrzy występują najodważniej i najdonośniej w obronie suwerenności małych i średnich narodów Europy przeciw dyktatowi wielkich państw, ponadnarodowych koncernów i banków. Tym mocniej zasługują na zrozumienie i solidarność wszystkich wolnościowych nonkonformistycznych środowisk Europy. Podziwiając ogromne zasługi Pana rządu dla wydźwignięcia swego kraju i wyrwania Węgier spod obcych zależności, z tym większym oburzeniem obserwujemy haniebną nagonkę na Węgry, lansowaną przez zagraniczną finansjerę, środowiska lewicowe i liberalne, w stylu kręgów Daniela Cohn-Bendita i Adama Michnika. Wierzymy, że Pana rząd przetrwa wszystkie burze dzięki oddaniu i zaufaniu przeważającej części swego Narodu. Symbolicznym wręcz tego przejawem była ogromna, ponadpółmilionowa manifestacja przed węgierskim Parlamentem w dniu 21 stycznia 2012 r. Solidaryzując się z wysiłkami Pana rządu i całego Pańskiego Narodu, życzymy, aby Pan Premier wytrwał zwycięsko do końca w walce z tym, co podłe i gnuśne.

Podpisali:
Dr hab. Jerzy Robert Nowak – historyk, profesor WSKSiM, Warszawa;
prof. dr hab. Andrzej Nowak – historyk, Kraków;
prof. dr hab. Witold Kieżun – profesor teorii zarządzania, Warszawa;
Alojzy Szablewski – przewodniczący „Solidarności” w Stoczni Gdańskiej w latach 1981-91, Gdańsk;
Barbara Niemiec – b. wiceprzewodnicząca Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, Kraków;
prof. dr hab. Bogusław Wolniewicz – filozof, Warszawa;
prof. dr hab. Dominik Sankowski – informatyk, Łódź;
prof. dr hab. Tadeusz Marczak – historyk, Wrocław;
prof. dr hab. Janusz Rulka – historyk, Bydgoszcz;
dr hab. Grzegorz Musiał – fizyk, profesor WSKSiM, Poznań;
Lech Stefan – matematyk, prezes klubu „Spotkanie i dialog”, Wrocław;
dr hab. Adam Jóźwik – informatyk, Warszawa;
ks. prał. Stanisław Pawlaczek – prezes „Pro Cultura Catholica”, Wrocław;
prof. dr hab. Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz – fizyk, Poznań;
ks. inf. dr Ireneusz Skubiś – redaktor naczelny „Niedzieli”;
ks. prał. Józef Roman Maj – Warszawa;
prof. dr hab. Stanisław Mikołajczak – polonista, Poznań;
prof. dr hab. Maria Lizis – polonistka, Kraków;
o. prof. dr hab. Zachariasz Jabłoński, ks. Roman Murawski, ks. Apoloniusz Domański, ks. Stefan Ceberek, mgr inż. Wojciech Michalecki, Szwecja;
dr Bogdan Więckiewicz – socjolog, Sandomierz;
dr hab. Henryka Kramarz – emerytowany profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie;
prof. dr hab. Zygmunt Zagórski – filologia polska, Poznań;
Bogusław Morka – śpiewak operowy, solista opery w Bilbao, Warszawa;
red. Lidia Dudkiewicz – „Niedziela”, Częstochowa;
red. Marian Miszalski – publicysta, Łódź;
Marek Muszyński – fizyk, przewodniczący RKS (regionalnych podziemnych struktur „Solidarności” na Dolnym Śląsku), Wrocław;
prof. dr hab. Jerzy Marcinek – Uniwersytet Przyrodniczy, Poznań;
Jan Koziar – geolog, Wrocław;
doc. dr praw Olgierd Baehr – Poznań;
Krzysztof Wojciechowski – reżyser, Warszawa;
prof. dr hab. Henryk Szydłowski – fizyk, Poznań;
prof. dr hab. Rafał Broda – fizyk jądrowy, Kraków;
red. Wojciech Reszczyński – publicysta, Warszawa;
prof. dr hab. Jan Szyszko – ekologia, Warszawa;
prof. dr hab. Jan Wawrzyńczyk – językoznawstwo, Warszawa;
dr Dariusz Kucharski – historyk, Poznań;
red. Zbigniew Lipiński – publicysta, Warszawa;
dr Łucja Łukaszewicz – socjolog, Poznań;
Maria Nowak – wydawca, Warszawa;
dr n. med. Tadeusz Ładniak – Toruń;
prof. dr hab. Kazimierz Stępniak – biolog, Poznań;
dr Krzysztof Kawęcki – historyk, Warszawa;
prof. n. med. Zdzisław Jan Ryn, Kraków;
płk Stanisław Niewiński – prezes Patriotycznego Ruchu Kresowego, Warszawa;
Krystyna Wróblewska – nauczyciel historii, Rzeszów;
Andrzej Lgocki – wydawca, prezes Klubu „Gazety Polskiej”, Warszawa;
Violetta Machniewska – Olsztyn;
Hanna Kucharska – muzykolog, Poznań;
dr n. med. Zenon Rudzki – Częstochowa;
Przemysław Przybylski – metodyk, Toruń;
prof. dr hab. Wojciech Rypniewski – chemik, PAN, Poznań;
dr Arkadiusz Bednarczuk – filozof, Poznań;
prof. dr hab. Kazimierz Tobolski – geograf, UAM, WSKSiM, Wągrowiec;
dr Mirosław Szulczyński – pracownik naukowy, Poznań;
Krzysztof Wyszkowski – dziennikarz, Sopot;
mgr Izabela Komar-Szulczyńska – wykładowca akademicki, Poznań;
mgr Adela Komar – historyk sztuki, Poznań;
prof. dr hab. inż. Krystyna Mędrzycka – chemik, Politechnika Gdańska;
dr Urszula Szybiak-Stróżycka – biolog, Poznań;
Stanisław Srokowski – pisarz, Wrocław;
Iwona Horodecka – członek AKO, starszy kustosz, Poznań;
Marek Majorkowski – starszy kustosz, Poznań;
Donata Majorkowska – ekonomista, Poznań;
dr Bronisława Zielonka – UG (na emeryturze), anglistka i skandynawistka, Sopot;
dr inż. Krzysztof Borowiak – AKO, Poznań;
prof. dr hab. Tadeusz Żuchowski – historyk, UAM, Poznań;
Bożena Cząstka-Szymon – językoznawca, więźniarka polityczna, Katowice;
ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz – teolog, UAM, Poznań;
Bernadeta Sturzbecher – filolog, UAM, Poznań;
dr hab. Dobrochna Jankowska – archeolog, profesor UAM, Poznań;
Teresa Jasińska-Brodzka – dr filozofii, Katowice;
Robert Szymanowicz – Łódź;
mgr Jan Dasiewicz – historyk, Poznań;
mgr Stanisław Grzesiek – plastyk, Poznań;
Maria Przybylska – biolog, Poznań;
mgr Maria Habasińska, etnograf, Poznań;
dr Zdzisław Habasiński – informatyk, Poznań;
Teresa Baranowska – obecnie rolnik, Strzebowiska, Wetlina;
dr hab. Lucyna Rempulska – prof. nadzw. Politechniki Poznańskiej;
prof. dr hab. Leon Drobnik – Uniwersytet Medyczny, Poznań;
dr Józef Wieczorek – prezes Niezależnego Forum Akademickiego, Kraków;
Stanisław Markowski – artysta fotografik, twórca muzyki do Hymnu „Solidarności”, Kraków;
dr hab. Stanisław Paszkowski – ekonomia, Uniwersytet Przyrodniczy, Poznań;
Piotr Cieszyński – informatyk, Poznań;
dr Henryk Krzyżanowski – anglista, Poznań;
dr Maria Dąbrowska-Bąk – socjolog, Poznań;
Krzysztof Bąk – mgr inż. budownictwa, Poznań;
Krzysztof Bzdyl – ekonomista, Kraków;
prof. dr hab. Marian Smoczkiewicz – Uniwersytet Medyczny, Poznań;
prof. dr hab. Anna Stankowska – chemik, UAM, Poznań;
prof. dr hab. Wojciech Stankowski – geolog, UAM, Poznań;
Ewa Ciosek – mgr ekonomii, Poznań;
Janina Cicha-Rożek – dr chemii, nauczyciel, Gierałtowice pow. Gliwice;
Urszula Kaczmarczyk – mgr historii, nauczyciel, Gierałtowice, pow. Gliwice;
Kazimierz Kaczmarczyk – ekonomista, Gierałtowice, pow. Gliwice;
mgr Maria Zawadzka – nauczyciel, Poznań;
prof. dr hab. Stefan Zawadzki – historyk, UAM, Poznań;
mgr Danuta Moroz-Namysłowska – nauczyciel, Poznań;
prof. dr hab. dr h. c. Jacek Błażewicz – informatyk, Politechnika Poznańska;
Józef Rożek – Zabrze;
dr inż. Jolanta Cybulka, informatyk, Poznań;
dr hab. Bartłomiej Andrzejewski – fizyk, Instytut Fizyki Molek. PAN, Poznań;
Jan Martini – artysta muzyk, Poznań;
Celina Monikowska – artysta muzyk, Poznań;
dr hab. n. med. Mirosław Markiewicz – lekarz, Sosnowiec;
mgr Iwona Klimaszewska – fizyk, Poznań;
Bogusz Magiera – mgr inż. chemii, Poznań;
dr Andrzej J. Skrzypczak – Politechnika Poznańska;
dr Józef Kapusta – Instytut Biotechnologii i Antybiotyków, Warszawa;
dr Maria Wejchan-Judek – chemik, Poznań;
mgr inż. Andrzej Judek – były wiceprzewodniczący ZR NSZZ „S”, Poznań;
dr inż. Beata Jankowska – informatyk, Politechnika Poznańska;
Jadwiga Becelewska-Solińska – mgr inż. technologii drewna, Poznań;
dr Przemysław Lehmann, Poznań;
Attila Leszek Jamrozik – artysta plastyk, Kraków;
Ewa Barańska-Jamrozik – artysta plastyk, Kraków;
dr hab. Jarosław Jarzewicz – historyk sztuki, profesor UAM Poznań;
Aleksander Szumański, Kraków;
Dariusz Butyrowski – Niemcy;
prof. dr hab. Jan Sadowski – Wydział Biologii UAM, Poznań;
Grażyna Przybylska – bibliotekarz, Poznań;
Grzegorz Barciszewski – pisarz, Poznań;
dr Tadeusz Dziuba – poseł na Sejm RP;
Wojciech Kusy – Klub „Gazety Polskiej”, Essen, Niemcy;
Bożena Wisłocka – Klub „Gazety Polskiej”, Essen, Niemcy;
Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” Obszar Południowy Kraków;
prof. dr hab. inż. Michał Szweycer – członek AKO Poznań;
dr Hanna Szweycer – członek AKO Poznań;
Irena Witulska – technik budowlany, Bożenkowo;
dr med. Małgorzata Kulesza-Kiczka, Poznań;
Zbigniew Kopczyński – przedsiębiorca i publicysta, prezes Stowarzyszenia NZS 1980 w Katowicach, Chorzów;
prof. dr hab. Piotr Ostalczyk – automatyk, Łódź;
prof. dr hab. Jan Węglarz – matematyk i informatyk, członek rzeczywisty PAN, Poznań;
Mariusz Materyński – sportlehrer, Warszawa;
Lidia Jantos – technik technolog, Radzionków;
Henryk Jantos – technik technolog, Radzionków;
Joachim Widera – Franciszkański Zakon Świeckich, Radzionków;
Agnieszka Jany – ekonomistka, Radzionków;
Tadeusz Baczkowicz – technolog żywności, Radzionków;
Grzegorz Braun – reżyser, Wrocław;
mgr inż. budownictwa Tadeusz Wita – Zabrze;
Wanda Makowska – Australia;
Leszek Makowski – Australia;
Roman Walczak – Mississauga;
członkowie Klubu „Gazety Polskiej” w Winnipeg, Kanada;
prof. dr hab. Józef Krasinkiewicz – matematyk, Warszawa;
Ryszard Strzałkowski – prezes Warszawskiego Forum Uwłaszczeniowego;
prof. dr hab. Artur Śliwiński – ekonomista, Warszawa;
prof. dr hab. Krystyna Skarżyńska-Bocheńska – neofilologia, Warszawa

za: http://www.niedziela.pl/artykul/97045/nd/Sprawa-Wegier-jest-sprawa-Europy

Paź 10

Węgierska droga do zwycięstwa Tom I – Jak okradziono Węgry

Węgry są najcenniejszym laboratorium reform w Europie, laboratorium stanowiącym pełny scenariusz reform gotowych do natychmiastowego wprowadzenia w Polsce po zwycięstwie sił patriotycznych. Węgry są dla nas tym ciekawszym wzorem, że przed dojściem do triumfu Orbána znajdowały się w jeszcze większym dołku niż dzisiejsza Polska. W pierwszym tomie “Jak okradziono Węgry” pokazuję jak bardzo ponure w przeważnej części były dzieje Węgier od 1989 r. Przypomnijmy kilka faktów, zbyt mało znanych w Polsce. Węgry, które w 1956 roku przeżyły brutalne stłumienie wielkiego powstania narodowego, w suwerennym kraju po 1989 roku stały się ofiarą aż trzech rządów jak najdalszych od wymarzonej wolności i upokarzających godność dawnych powstańców. Były to rządy Gyuli Horna, byłego ZOMO-wca (“kufajkarza”) z lat 1956-1957, Pétera Medgyessyego, b. agenta komunistycznego kontrwywiadu i skrajnego hochsztaplera Ferenca Gyurcsánya, tego, co wyznał : “kłamaliśmy rano, wieczorem i w nocy: i nazwał własne państwo “kur.. krajem”. Dodajmy do tego pierwszego prezydenta demokratycznych Węgier Árpada Göncza, b.więżnia komunizmu, a po 1989r. zdrajcę idei wolnościowych. Na dodatek Węgry, znacznie bogatsze od Polski w 1989 r., w następnych dziesięcioleciach stały się krajem Europy Środkowej najbardziej ograbionym przez zachodnie koncerny. To Węgry stały się główną ofiarą polityki Międzynarodowego Funduszu Walutowego w naszym regionie, jak to przedstawiam w oparciu o oceny wybitnych węgierskich polityków i ekonomistów. Przez wiele lat rządów koalicji postkomunistów i liberałów Węgry zostały tak zubożone, że tuż przed 2010 r. groził im los Grecji. I wtedy w stanie katastrofy doszło do triumfu V. Orbána, prawdziwego męża opatrznościowego Węgier. Chciałbym, aby opisy trudnych walk politycznych na Węgrzech od 1989 r. pobudziły odpowiednie refleksje porównawcze do sytuacji w Polsce. Węgry pokazały, że zbyt mocno płaci się za miękkość i niepotrzebne źle przygotowane kompromisy z siłami politycznymi, które działają wbrew węgierskim interesom narodowym ( vide pakt pierwszego prawicowego premiera Węgier Józsefa Antalla z partią liberałów SZDSZ). A zarazem dowiodły, że wygrywa się tylko na twardej niezłomnej, choć często ryzykownej, polityce, takiej jaką prowadzi Orbán.

Nowak Jerzy Robert

Wydawca:  Wydawnictow Maron
Rok wydania:  2015
Opis fizyczny:  A5, 200 s.
Oprawa:  okładka miękka

Paź 10

Węgierska droga do zwycięstwa Tom II – Rewolucyjne reformy V.Orbána

Rewolucyjne reformy V. Orbána ukazuje jak odważne i wielostronne są węgierskie reformy od 2010 roku i jak wiele jest przemilczeń i deformacji na ich temat w polskich mediach w czasie, gdy ciągle za mało jest gruntownych tekstów w stylu szkiców Grzegorza Górnego. A przy tym tom ten pokazuje jak potężna i podła zarazem była i jest nagonka na Węgry Orbána za to, że naruszyły interesy eksploatujących je zachodnich koncernów i stanęły do bezkompromisowej obrony węgierskich narodowych interesów. Trzeci tom : “W obronie patriotyzmu i religii” przedstawia najbardziej niedoceniony w Polsce, choć najistotniejszy czynnik triumfu Orbána – siłę jego tak żarliwego patriotyzmu i niezłomnej walki o godność węgierskiego narodu, o rozbicie spadku dziesięcioleci narodowego masochizmu. I drugi temat, ciągle w Polsce za mało ukazywany – znaczenie tak skutecznej walki Orbána i Fideszu o odrodzenie religii na Węgrzech. A także jakże godne zazdrości w Polsce jednoznaczne zaangażowanie wielu czołowych duchownych katolickich i protestanckich w obronie węgierskich reform. (Por. choćby cytowane już w drugim tomie fragmenty wspaniałego listu arcybiskupa Veszprém Gyuli Márfiego w obronie rządów Orbána przeciw napaściom kapitału anglosaskiego, etc. ). Dochodzi do tego szczegółowo przedstawiona w trzecim tomie istota orbanizmu jako splotu nieortodoksyjnych, “niepoprawnych politycznie” idei służących umocnieniu niezależności Węgier od obcych nacisków. Mam nadzieję, że pokazanie całości przesłania myśli i dokonań V. Orbána choć w jakiejś skromnej części pomoże w realizacji głoszonego od kilku lat hasła : “Dał nam przykład Viktor Orbán jak zwyciężać mamy “.

Nowak Jerzy Robert

Wydawca:  Wydawnictow Maron
Rok wydania:  2015
Opis fizyczny:  A5, 224 s.
Oprawa:  okładka miękka

Paź 07

Sojusz środkowoeuropejski to ratunek dla naszych krajów

Zachód oficjalnie pochwala regionalne związki i inicjatywy, ale w rzeczywistości stara się je storpedować, ponieważ woli manipulować naszymi krajami pojedynczo, zgodnie z rzymską zasadą „dziel i rządź”. Z Attilą Szalaiem, ekspertem Inytytutu Badań i Archiwum Transformacji Ustrojowej w Budapeszcie, byłym dyplomatą węgierskim, rozmawia Grzegorz Górny.

Paź 05

List do pani Konsul Generalnej

Wrocław, 29 września 2015 r.

Jej Ekscelencja
dr hab. Adrienne Körmendy
Konsul Generalny Węgier
ul. Lubicz 17 h
31-503 Kraków

W tych trudnych chwilach naszej wspólnej europejskiej cywilizacji przekazuję wyrazy solidarności z Narodem węgierskim. Przekazuję je w imieniu członków Klubu Króla Macieja Korwina we Wrocławiu.

Jako inicjatywa obywatelska pragnęlibyśmy, aby nasi współrodacy mogli poznać prawdziwą sytuację na południowym pograniczu Węgier.

Pragnęlibyśmy również, aby realizowana była wizja pana premiera Viktora Orbána zmierzająca do budowy solidarności środkowoeuropejskiej.

Wiemy, że bez Polski – ze względu na jej potencjał ludnościowy i położenie geograficzne – ten projekt nie może być zrealizowany.

Wiemy, że szczegóły tego projektu są prezentowane w publicznych wystąpieniach członków rządu Węgier i premiera Viktora Orbána.

Niestety, większość naszych współobywateli ma możność zapoznania się z nimi jedynie w formie skróto­wej, bądź, co gorsza – jedynie w postaci omówień bazujących na tłumaczeniach z języków: angielskiego bądź niemieckiego.

Z całą stanowczością muszę zaznaczyć: na tak kruchych fundamentach, nie da się budować zrozu­mienia, a później porozumienia.

Dlatego też apeluję do Waszej Ekscelencji, aby doprowadzić do sytuacji, w której ważne z punktu wi­dzenia przyszłości Środkowej Europy dokumenty oraz wystąpienia najwyższych dostojników Węgier, a także wszystkie przemówienia premiera Viktora Orbána były udostępniane na stronie internetowej rządu Węgier również w języku polskim. Fakt ich publikowania na stronie oficjalnej rządu w widoczny sposób potwierdziłby zarówno jego intencje, jak i ważność adresata.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to wielkie wyzwanie logistyczne.

Dlatego też w imieniu Klubu deklaruję gotowość współpracy w tym zakresie w granicach naszych możliwości.

Na zakończenie pragnę przekazać na Pani ręce wyrazy podziękowania dla Premiera Viktora Orbána za jego odważną, zdecydowaną, ale i rozważną postawę w ostatnim czasie.

Éljen Magyarország! Éljen Orbán Viktor!

Z poważaniem

Prezes Marek Natusiewicz