Portal prowadzony jest przez przyjaciół Węgier, którym bliskie są poglądy premiera Viktora Orbána i kierowanej przez Niego partii Fidesz – Węgierska Unia Obywatelska
Mar 15

Przemówienie z okazji narodowego święta Wybuchu Powstania i Walki o Wolność 1848/49

Budapeszt, 15 marca 2014

Dzień dobry, Szanowni Panie i Panowie! Rodacy! Węgrzy rozsiani po całym świecie!

Pozdrawiam wszystkich Państwa słowami Lajosa Kossutha: „jako heroldzi wolności witamy dzień wolności naszej węgierskiej Ojczyzny!”.Naszych gości przybyłych z Polski pozdrawiam słowami polskiego Hymnu narodowego, które brzmią: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy”. Dnia 15 marca roku 1848, po wydrukowaniu do południa 12 Postulatów razem z wierszem [Sándora Petőfiego] Pieśń Narodu – o, szczęśliwe czasy pokoju – młodzi powstańcy poszli do domu na obiad. Po południu, pomimo ulewnego deszczu dzielni obywatele – mieszkańcy Pesztu ponownie zebrali się tutaj [na placu przed Muzeum Narodowym]. I my teraz to właśnie wydarzenie świętujemy po raz 165. Ktoś mógłby pomyśleć, przez 165 lat wszystko może się znudzić. A jednak pesztanie, budapesztanie i Węgrzy, od Sobodki po Kovásznę, nie poddają się znudzeniu.

Mogłoby się wydawać, że w 1848 Węgrzy zakochali się w 15 marca i od tamtej pory nie chcą się odkochać. Nawet setki i tysiące uroczystych przemówień nie odbierają Węgrom ochoty do wysłuchania świątecznej przemowy w kolejnym roku. Niezmiennie trwają w przekonaniu, że zawsze coś nowego mogą usłyszeć. Nadzieję tę podzielają i mówcy, i słuchacze. Każdego roku mamy zwyczaj mówić i to, że każdy 15 marca jest inny od poprzednich. Mówimy to i teraz. I jakże to prawdziwe! Wszak już za trzy tygodnie przypadnie 6 kwietnia – dzień wyborów, które zadecydują o naszym wspólnym życiu.

Moi Szanowni, Panie i Panowie!

W połowie marca przycina się owocowe drzewa. Zdarza się wtedy dostrzec pozostawioną w glebie cebulę, która zapadłszy w matkę-ziemię, wypuściła młode, zielone liście. Kto ją zasadził? Nie wiemy. Nawet historycy głowią się nad tym, kto i kiedy zasadził cebule wolności w próchnicę węgierskiego narodu. Odnotowali oni, że w 1972, w samym środku komunistycznego ucisku, pewna dziewczyna z Budapesztu wplotła we włosy wstążkę narodowych barw i tak poszła z fiołkami w dłoni na Plac 15 marca, pod pomnik Petőfiego. Nikt nie wie, kim była ta dziewczyna. Tam odśpiewano nasz Hymn narodowy oraz Pieśń Kossutha i w ten sposób rozpoczął się ruch przeciw sowieckiemu uciskowi.

Szanowni Państwo! Świętująca Wspólnoto!

Co by było, gdyby gra przypadków uniemożliwiła wybuch Powstania? Czy wtedy młodzi adepci prawa rozpoczęliby prawnicze kariery? Czy Artúr Görgey zostałby chemikiem, Petőfi pisałby miłosne wiersze swej młodej żonie, a oficerowie dalej służyliby monarchii w armii?

14 marca 1848 roku mało kto mógł przewidzieć, co wydarzy się następnego dnia. 15 marca zaś nie było wiadomo, co będzie się działo wiosną lub w sierpniu następnego roku. Jednak, Drodzy moi Przyjaciele, niezależnie od tego czy coś można przewidzieć czy nie, niezależnie też od tego czy coś się wydarzy czy nie, czy naród ma tego świadomość czy jej nie ma, jedną rzecz możemy na pewno zrozumieć: naród węgierski nosi w sobie potencję nadzwyczajnych osiągnięć, siatkę niezwykłych czynów, które się kumulują, wzajemnie się wzmacniają. Rok 1848/49 nie był niczym innym, jak przecudnym objawieniem się ukrytych w nas, Węgrach zdolności i rezerw.

Spoglądając w przeszłość widzimy szeroką panoramę gardzącej śmiercią odwagi, wytrwałości, pomysłowości i rycerskości. Potężne wspólnotowe osiągnięcie. Naród węgierski swój los zawsze chce mieć w swoich rękach. Jak to wielkie pragnienie trafiło do naszych serc? Nikt tego nie wie. Cebula od jesieni tylko wegetuje. Od setek i tysięcy jesieni. Wciąż na nowo. Nie wie dlaczego. Nie wie, lecz na wiosnę musi wystrzelić, niezależnie od tego z jakiej głębokości musi wywalczyć swoje wzbicie się ponad powierzchnię. Tak jak prawo natury sprawia, że na wiosnę wystrzelają pąki, tak prawidłem węgierskiej historii jest, by we właściwym czasie objawiało się pragnienie wolności.

Dziewczyna, wplatając we włosy wstążkę narodowych barw, też nie wiedziała, jakie będą skutki jej czynu. Podobnie nie znali tego początkujący prawnicy, gdy przed 166 laty w pochmurny poranek rozpoczęli swe działania. Nieodgadniona tajemnica. Wiemy tylko jedno, bo jest napisane: „z Królestwem Bożym jest jak z człowiekiem, który nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak” [Mk 4,26-27]. Węgrzy dobrze to rozumieją. Pewnie dlatego nie mogą porzucić swojego zakochania w 15 marca. Choć minął już czas klasycznych form rewolucji i walk o wolność nie prowadzi się karabinem i bagnetem, pragnienia wolności w narodzie węgierskim nie można zagasić. Naród Rakocziego, Kossutha i roku '56 ma tego świadomość również wtedy, gdy nie trzeba chwytać za broń.

Szanowni Państwo! Drodzy Rodacy!

Chylimy czoło wobec odważnych, wobec chwały bohaterów. Przed każdym z nich, niezależnie od tego, jak zaciekłe były między nimi spory. Széchenyi powiedział: „Gdy później nas powieszą, będę miał tylko jedną prośbę, by powieszono mnie plecami do Lajosa Kossutha”.

Szanowne Panie, Szanowni Panowie!

Oni wszyscy, każdy z nich jest naszym bohaterem. Węgierski bohater to szczególny gatunek. Dla nas nie ten jest bohaterem, kto pokonał innych. Taki raczej jest tylko zwycięzcą, może wygranym. My tytuł bohatera zachowujemy dla tego, kto przezwycięża los, kto go przemienia. Tym bardziej, że nasi bohaterowie często nie są zwycięzcami, a nawet na pierwszy rzut oka wydają się przegranymi. Zamęczeni, zdeptani, wygnani, straceni.

Pomimo tego, w efekcie w jakiś przedziwny sposób to właśnie oni odmienili zapisy księgi losu. W tej księdze, w 1848 roku zapisane było to, że przeciw habsburskiemu imperium nic nie można uczynić. Gdyby ówcześni nasi rodacy pogodzili si ę z tym, zapisany wyrok spełniłby się na nich, a niemieckie morze pochłonęłoby Węgrów. W księdze losu w 1990 zaś zapisane było, że sowieckie oddziały nigdy nie wycofają się i my sami, razem z dziurawą barką socjalizmu pójdziemy na dno.

W księdze losu 2010 roku zapisane było, że nigdy nie wyrwiemy się z oślej ławki Europy i nigdy nie zdołamy zrzucić z naszych ramion żebraczego worka wypełnionego dłużnymi skryptami. Węgrzy zaś nigdy nie wierzyli w to, że wyrok losu może nas dopaść niezależnie od tego, co robimy. Węgrzy raczej wierzyli to, że wyrok ten wtedy nas dopadnie, gdy nie zrobimy nic. Nasza historia uczy, że to my mamy pisać naszą księgę losu, jeśli trzeba – pracą, pilnością, a jeśli trzeba – odwagą i krwią, ale zawsze my sami. Nauczyliśmy się tego, że jeśli wolność ktoś obcy nam przynosi, to on też ją zabiera.

Szanowni Państwo!

Nasze powstania zwykle dławili obcy z zagranicy. Nigdy też nie brakuje i takich, którzy od wewnątrz ich wspierają. Sprzedawczyki i zdrajcy, labancowie, doradcy wojsk rosyjskich z 1849, pufajkarze z '56. Zawsze znajdą się tacy, co z włosów dziewczyny wyrwą i podepczą trójkolorową wstążkę, którzy przeciw pokojowym demonstrantom wyślą szarże policji konnej z pałami. To wrogowie wolności, naszej wolności. Uderzają w nas, ale dobrać się chcą do duszy naszego powstania i naszej wolności. Beznadziejne przedsięwzięcie. Nigdy się nie powiodło, bo ona nie była tu czy tam, ale wszędzie. Z roku na rok rozpalał się w sercach ludzi ogień roku 1848, objawiał się Powstaniem roku 1956, później powrotem do demokracji, objawiał się raz sprzeciwem, kiedy indziej wstrząsającym ziemią zwycięstwem wyborczym, które dało większość konstytucyjną. A może jest tak, Drodzy moi Przyjaciele, że my, węgierscy miłośnicy wolności od 1848 roku wciąż prowadzimy to samo powstanie?

Panie i Panowie!

15 marca nie tylko Petőfi i marcowi młodzieńcy stali się bohaterami, nie tylko ci, których imiona znamy od dzieciństwa. Zostali nimi także szewcy, ekspedienci, drukarze, krawcowe, kołodzieje i wszyscy, którzy jednego dnia proklamowali węgierską wolność.

Naród przyjął w siebie biednego i bogatego, chłopa i szlachcica, liberała i konserwatystę, Słowianina, Żyda, Niemca. Wtopił w siebie, w sobie zjednoczył każdego, kto chciał mieć swój udział w wolności Węgrów. Wtedy zrodził się współczesny węgierski naród, dzięki temu, że podniosło się odważne pokolenie, które ośmieliło się samo sobie nadać prawo. Podniósł się naród, który nie rezygnuje z prawa do określania swojego porządku. Zrzucili z siebie przepisy ich zniewalające, opracowali nowe, strzegące ich wolności, by się uzdolnić, by dać sobie możliwość stworzenia lepszego życia dla każdego Węgra.

Oni zrozumieli, że wszystkie prawa wolnościowe nie są tożsame z samą wolnością. Wolność wymaga jeszcze pracy, uczciwej zapłaty, środków do utrzymania rodziny, mocnego dachu nad głową. Wiedzieli, że naród, tak jak żywy człowiek, ma też ciało, które trzeba karmić, ubierać, które potrzebuje ogniska domowego i opieki. Pierwszym ich zadaniem było zrzucenie ciężarów nie do zniesienia. Dlatego znieśli podatki dla panów, dziesięciny, przymusowe prace. W „Pieśni Narodu” nie wyglądałoby dobrze słowo „koszty utrzymania”, ale łatwo sobie wyobrazić, że tak jak dzisiaj, zmniejszenie niesprawiedliwych i nierównomiernych obciążeń było ich pierwszym i najważniejszym zadaniem.

Szanowni Państwo!

Bohaterowie przykładem swego życia, zwycięstwami i historiami cierpienia pokazują, kim byliśmy, kim jesteśmy i kim możemy się stawać. To oni nam objaśniają, w jaki sposób w przyszłości może nas być więcej niż jest nas dziś. Tylko oni są zdolni w wyjątkowym, skondensowanym momencie ucieleśnić ducha narodu. Myśląc o bohaterach, zrozumiemy słowa Máraiego, który tak pisze: „Ojczyzna to nie tylko ziemia i góra, zmarli bohaterowie, język ojczysty, kości naszych przodków na cmentarzach, chleb i krajobraz, nie. Ojczyzna to ty, z krwi i kości. W twoim bytowaniu cielesnym i duchowym. Ona rodzi, ona daje pochówek, nią żyjesz, ją wyrażasz we wszystkich chwilach, których całość tworzy twoje życie – w nędznych, wspaniałych, płomiennych i nudnych. A twoje życie jest też fragmentem życia Ojczyzny”.

Rzeczywiście, moi Przyjaciele, tak jest i dziś. Nasi bohaterowie tworzą nasze święta. Święta są naszymi wzniesieniami, szczytami gór, z których możemy patrzeć w dal. Gdy czcimy naszych bohaterów, wznosimy się na wyżyny ich dokonań i spoglądamy na perspektywy naszego własnego życia. W takich momentach jesteśmy mocni, idziemy z podniesionym czołem. I właśnie w takich momentach nie możemy zapominać, że to wszystko jest możliwe tylko dzięki temu, iż wspieramy się na ramionach naszych mocarzy. Gdy dziś, po 166 latach  wdrapujemy się na ramiona Węgrów tamtego marca, podnosimy się i rozglądamy, i możemy dostrzec, że znajdujemy się u bram nowego okresu, który zapowiada się jako wspaniały.

Jeśli przekroczymy te bramy, staniemy się krajem wolnym i silnym. Takim, który stawia przed sobą poważne cele i posiada moc, by je zrealizować. Takim krajem, który stoi o własnych nogach, spłaca swoje długi i przyłącza się do dumnych, odnoszących sukcesy narodów. Takim krajem, który zdolny jest, by zatrzymać ubywanie narodu węgierskiego i rozpocząć jego rozwój. Takim krajem, który nie pozwala na ciągłe okradanie siebie, na zabieranie przez siebie wypracowanych dóbr. Krajem, który każdemu da miejsce pracy i możliwości osiągania szczęścia. Krajem, w kt&´rym życie, jeśli nawet pełne jest pracy i wysiłku, ale cieszy się godnością, jest sprawiedliwe, rozumne i czyni szczęśliwym.

Możliwości takiego życia nie dostaliśmy za darmo. Wiele i ciężko na to pracowaliśmy. Dlatego walczyliśmy, dlatego pracowaliśmy od roku 2010 każdy Boży dzień. I nie było to daremne. Zrobiliśmy wszystko, co było trzeba i co można było zrobić. Czasem miałem nawet odczucie, że może i więcej. W ciągu ostatnich lat udowodniliśmy światu, że jesteśmy narodem ludzi mocnych i odważnych. Każdy mógł zobaczyć: jeśli jesteśmy zjednoczeni, wtedy miano bycia Węgrem na nowo staje się piękne, godne starej, wielkiej sławy. Stanęliśmy w obronie samych siebie i stoczyliśmy nasze walki.

Walki z takimi przeciwnikami, którzy wydawali się więksi od nas i silniejsi – finansjera, stolice mocarstw, klęski żywiołowe. Czasem wydawało się to niemożliwym, lecz kto nie zmierzy się z niemożliwym, ten nigdy też nie osiągnie tego, co możliwe. Pokazaliśmy, że obronimy węgierskie rodziny przed lichwą, monopolami, kartelami i imperialnymi biurokratami, którzy chcą się wywyższać ponad narody. Pokazaliśmy, że można obronić miejsca pracy i stworzyć sto tysięcy nowych.

Pokazaliśmy, jak można wyważyć zapadkę pułapki kredytowej. Pokazaliśmy, że można oddłużyć nasze wsie i miasta, a tysiące rodzin uchronić przed pozostaniem bez dachu nad głową i domowego ogniska. Jedna po drugiej zrywaliśmy kłódki, które dotąd uznawane były za nie do ruszenia, łańcuchy, dotąd uważane za nie do zerwania, zmuszaliśmy do szacunku tych, którzy wcześniej mieli nas za nic. Jednoczymy rozsiany po świecie nasz naród. Po dwudziestu latach ciągnących się cierpień, w końcu mamy swoją własną narodową Konstytucję. Nasza narodowa Konstytucja kończy się tak, jak zaczyna się 12. Punkt marcowych postulatów [roku 1848]: „Niech będzie pokój, wolność i zgoda”.

Panie i Panowie! Szanowni Uczestnicy Uroczystości!

Oto dziś staje przed nami nowa możliwość. Świat zmienia się szybko. To, co dziś jest jeszcze możliwością, jutro będzie tylko mrzonką. Nie jest wstydem uczyć się od samych siebie. W ostatnich czterech latach dlatego mogliśmy więcej osiągnąć, gdyż byliśmy zjednoczeni. Dziś w Europie to my jesteśmy najbardziej skonsolidowanym krajem. Zrozumieliśmy, że historia nie przebacza dwóch rzeczy: słabości i lękliwości. Żyjemy w czasach, gdy słabym i zalęknionym nie rozdaje się kart. Słabe i zalęknione narody nie mają przyszłości. Ludzie, każdy z osobna, rozdrobnieni, rozbici łatwo stają się słabymi i znika ich odwaga, lecz jedność wspólnoty nawet wahającym się dodaje odwagi a słabym siły. Silni jednoczą się, słabi zaś rozdrabniają. Każdy naród dba o swój interes, żyje swoim własnym życiem, buduje swoją własną przyszłość.

Musimy mieć tego świadomość: poza nami, Węgrami nikt nie chce, byśmy byli silnym i odnoszącym sukcesy krajem. Wiemy też i to, że do kontynuacji potrzeba siły. A do siły jedności. Dziś zaś jedność nosi imię 6 kwietnia.

Niech żyje wolność Węgrów! Niech żyje Ojczyzna!

(Tłum. PH)

Mar 15

Ryszard Czarnecki: „Wstyd, Wiktor, wstyd”

Gdyby tytuł brzmiał: „Wstyd, Wiktor, wstyd” − to mógłby ktoś pomyśleć, że chodzi o Janukowycza. Ale do dyktatorów nie zwracam się po imieniu. Tytuł, którego nie ma − czyli „Wstyd, Wiktor, wstyd” − odnosić mógłby się bardziej do eksprezydenta Ukrainy, Wiktora Juszczenki odpowiedzialnego za przeputanie dorobku Pomarańczowej Rewolucji i społecznego entuzjazmu, który towarzyszył Pierwszemu Majdanowi.

Zresztą nawet, gdyby − wspólnie niestety – z Julią Tymoszenko… poprzednik Janukowycza nie zmarnował owoców Pomarańczowej Rewolty, to i tak należałoby właśnie w ten sposób ocenić końcówkę jego rządów, gdy w żenujący sposób, gloryfikując UPA, zaczął wykopywać przepaść w relacjach polsko-ukraińskich, choć wcześniej był ich orędownikiem.

Tym razem jednak chcę poruszyć sprawę innego Viktora. To tabu dla nas, prawicy, obozu niepodległościowego. Chodzi o uwielbianego przez nasze środowiska Viktora Orbána, dzielnego premiera Węgrów, któremu zbudowaliśmy pomniki w naszych sercach – a on właśnie je skutecznie wysadza w powietrze.

Nie rozumiem tego swoistego „mitu Orbána”, który w Polsce stał się niemal kultem. Żeby było jasne: ściskałem, jak wielu z nas, kciuki za lidera „Fideszu”, nie tylko wtedy, gdy wygrywał wybory jako jeden z najmłodszych premierów Europy, lecz także wtedy, gdy później dwukrotnie przegrywał minimalnie z kosmopolityczną koalicją socjalistów i liberałów. I entuzjazmowałem się, gdy po ośmiu latach wracał do władzy. Skądinąd oto chodziło Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdy mówił w wyborczy wieczór jesienią 2011, gdy i my po raz drugi przegraliśmy wybory, iż jest przekonany, że: „przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”. Rzecz w powrocie do władzy po ośmiu latach i to w sytuacji największego zwycięstwa w demokratycznej Europie od czasów po drugiej wojnie światowej – a nie w automatycznym kopiowaniu tego, co robi szef rządu Madziarów.

A robi często rzeczy złe, wstydliwe, żenujące. Jeżeli ktoś był zaskoczony jego de facto prorosyjskim stanowiskiem w sprawie Krymu, to zapytam co ów zdziwiony obserwator robił wcześniej, gdzie był, skoro nie zauważył, że od lat Viktor Orbán prowadzi politykę ewidentnie prokremlowską. Prowadzi, a raczej kontynuuje, bo o ile w wielu sprawach na szczęście zerwał z niechlubnym dziedzictwem komunistycznym i postkomunistycznym, to akurat w tych wszedł w buty rządzących wcześniej socjalistów. Stosunek do Moskwy różni Orbána od PiS i Kaczyńskiego o lata świetlne. My nie kłaniamy się moskiewskim okolicznościom – trawestując słowa Norwida – a Orbán jak najbardziej. Świadomie uzależnia się od Federacji Rosyjskiej ekonomicznie, zwłaszcza gdy chodzi o energetykę. I to energetykę zresztą nie tylko tradycyjną, ale i atomową. To Rosjanie mają mu zbudować elektrownię jądrową, to oni pożyczają mu na to miliardy euro i to oni dostają wyłączność na kontrakty związane z jej budową i instalacją. W tym samym czasie nawet ci, którzy kolaborowali wcześniej z Kremlem w najlepsze, zrozumieli, że to droga donikąd (z ukłonami dla prezydenta Obamy). Ktoś powie, że Węgry – ale też odpowiednio mała Armenia – inaczej nie mogą, bo są skazani wręcz z racji swej wielkości i położenia geopolitycznego na „współpracę” z Moskwą. To dziwny fatalizm i głupawy determinizm. Weźmy pod uwagę kraj absolutnie porównywalny z Węgrami czyli Czechy. Lekceważony czasem przez Polaków naród Pepików, prowadzi politykę znacznie bardziej niezależną od Kremla niż Budapeszt!

Mój przyjaciel Tomasz Sakiewicz powie, że Węgrzy muszą, bo prowadzą batalię o niezależność z UE i w ten sposób, via Moskwa, się lewarują. A któż to jako jeden z pierwszych podpisał Pakt Fiskalny, oddający w sporym stopniu suwerenność ekonomiczną państwa narodowego na rzecz Brukseli? Bynajmniej nie krasnoludki i sierotka Marysia, tylko osobiście sam premier Orbán.

Przemawiałem w Parlamencie Europejskim w obronie rządu Orbána. Nie żałuję, bo nie znoszę takich festiwali nienawiści, jakich doświadczyła wcześniej Polska – za rządów PiS, a teraz Węgry. Jednak Orbán zawodzi mnie coraz bardziej. Był dla nas kiedyś jak współczesny Robin Hood wydający wojnę wielkiej Unii w słusznej sprawie. Wierzyłem, że nie można zabić Robin Hooda – nie myślałem, że Robin Hood popełni samobójstwo.

*artykuł ukazał się w "Gazecie Polskiej" (12.03.2014)

Mar 14

W pracy…

Post użytkownika Orbán Viktor.

Post użytkownika Orbán Viktor.

Post użytkownika Orbán Viktor.
Mar 13

Jako to w rodzinie…

Post użytkownika Orbán Viktor.

Post użytkownika Orbán Viktor.
Mar 11

Ponowne otwarcie Konsulatu Generalnego Węgier w Krakowie

     Główna uroczystość otwarcia konsulatu generalnego odbędzie się w Sukiennicach  14 marca 2014, w piątek o godz. 16.00, weźmie w niej udział minister spraw zagranicznych Węgier János Martonyi. Konsulem generalnym Węgier w Krakowie jest Adrienne Körmendi.

     W piątek 14 marca o godz. 7.30 na Wawelu u grobu św. Jadwigi królowej sprawowana będzie Msza św. w intencji Polaków i Węgrów, o wierność dziedzictwu św. króla Stefana, św. Jadwigi i innych wspólnych Świętych i Błogosławionych.

     Zapraszamy serdecznie!

     Mszy św. będzie przewodniczył bp. Jan Zając z Bazyliki Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie znajduje się węgierska kaplica Communio Sanctorum, w której przechowywane są relikwie św. Stefana.

     Kraków dla Węgrów od wieków pełnił szczególną rolę. Tam urodził się św. Władysław – László, drugi największy król Węgier, tam żyły bł. Salomea i św. Kinga, a później św. Jadwiga. Uniwersytet Jagielloński przez wieki był głównym ośrodkiem akademickim dla Węgrów.

     Pierwszy konsulat węgierski otwarty został już w 1918 r. i działał jeszcze po wkroczeniu wojsk niemieckich. Ponowne otwarcie nastąpiło w 1994 r., w czym swój wielki udział miał prof. István Kovács. Decyzją węgierskiego rządu socjalistów i liberałów konsulat został zamknięty w 2009.

     15 marca zaś obchodzone jest narodowe święto Węgier wybuchu Powstania 1848/49 i walki o wolność.

 

Lut 20

Człowieka Roku „Gazety Polskiej”

Szanowny Panie Redaktorze! Szanowni Czytelnicy! Drodzy nasi polscy Przyjaciele!

Tego rodzaju uznania człowiek nie otrzymuje jako nagrodę za swoje zasługi, ale w darze za pełnioną posługę. Jestem przekonany, że nagroda odnosi się nie tylko bezpośrednio do mnie, lecz do całych Węgier, które w ostatnich latach na nowo szukają przyjaźni tych, z którymi ramię w ramię, razem w minionych 1100 latach walczyli o wolność.

Gdy doświadczamy sytuacji, w której samemu trzeba się zmierzyć z jakimś problemem, wtedy nieocenioną wartość stanowi taki przyjaciel, który radzi, dodaje odwagi, wspiera. Nie tylko dla pojedynczych ludzi, również dla narodów ważnym jest posiadanie przyjaciół. Posiadanie tych, którzy pomagają, gdy jest się w zagrożeniu i umacniają, gdy idzie się słuszną drogą.

Istnieją kraje, gdzie słowo solidarność zdegradowane zostało do roli pustego hasła. W innych krajach jest ono uważane za abstrakcyjne pojęcie z żargonu polityki, o którym wielu mówi, ale którego ucieleśnienia jeszcze nikt nie zaobserwował. Dopóki jednak na Ziemi żyją Polacy i Węgrzy solidarność będzie istnieć, ponieważ my jeszcze znamy jej chrześcijańskie korzenie a na przestrzeni wieków po wielekroć udowadnialiśmy sobie nawzajem, co znaczy radować się z tymi, którzy się weselą i płakać z tymi, którzy płaczą.

Niezmiernie jestem wdzięczny za wielorakie więzy, jakie łączą nasze narody, za wszelkie wsparcie ze strony Polaków. Dziękuję za zaszczyt, jakim zostałem obdarzony przez fakt wyboru na Człowieka Roku.

Niech Bóg błogosławi Polskę!

za: http://niezalezna.pl/

Lut 14

po Moskwie czas na Pekin

"(…) Dla szefa węgierskiego rządu to prestiżowa wyprawa, wpisująca się w promowaną od kilku lat doktrynę „wschodniego otwarcia". Kontakty z państwami Azji i obszaru posowieckiego politycy Fideszu przeciwstawiają wręcz „dyktatowi" Unii Europejskiej i zachodnich instytucji finansowych. Komentatorów dziwi jedynie dyskrecja otaczająca pekińską wyprawę delegacji węgierskiej. Termin wyjazdu premiera ogłoszono bardzo późno, do końca nie przedstawiono też żadnych konkretów. (…)"

za: http://www.rp.pl/artykul/1086828-Viktor-Orban–po-Moskwie-czas-na-Pekin.html

Lut 09

Odwaga polityka

 

Ostatnie lata na arenie europejskiej cechuje walka z kryzysem gospodarczym toczona w dwóch krajach unijnych: w należącej do strefy euro Grecji i pozostającymi poza tym klubem Węgrami. Na Węgrzech, po objęciu władzy, rząd Viktora Orbána stanął przed trudnym zadaniem wyrwania kraju z gospodarczej zapaści, w jaką wtrąciły go rządy postkomunistów.

W końcu 2010 roku minister gospodarki Georgy Matolcsy przedstawił projekt budżetu na następny rok, w którym znalazły się już zarysy szerszego programu działań ekipy Orbána. Podkreślano, że ożywienie gospodarcze będzie realizowane bez pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jak bowiem wiadomo, wkład MFW w zwalczanie kryzysu w różnych krajach świata oceniany jest, mówiąc oględnie, jako kontrowersyjny.

Istotą węgierskiego programu naprawczego było, generalnie rzecz ujmując, zmniejszenie obciążeń podatkowych obywateli i zahamowanie drenażu kapitału z Węgier. Ten pierwszy zamysł zrealizowano poprzez wprowadzenie jednolitego 16-procentowego podatku liniowego, drugi zaś poprzez wprowadzenie specjalnego podatku antykryzysowego, którym zostały obłożone wielkie firmy, przeważnie zachodnie, działające w sektorach telekomunikacyjnym, energetycznym i w handlu (chodzi o wielkie sieci handlowe). Podatek ten obliczony na trzy lata miał przynieść fiskusowi ok. 600 mln euro rocznie. Rząd węgierski opodatkował także sektor bankowy.

Stop dla drenażu

Sens działań ekipy Orbána polega na pobudzaniu gospodarki poprzez rozwój klasy średniej i poprzez ochronę kapitału węgierskiego przed wywózką za granicę. 27 lipca, przemawiając do mniejszości węgierskiej w Rumunii, powiedział on, że pomimo odzyskania po 1990 roku wolności politycznej „w sensie gospodarczym Węgry pozostały państwem wykorzystywanym i podporządkowanym”. Działające na ich terenie filie zagranicznych banków czy koncerny porównał do „pomp wysysających pieniądze”. A są to kwoty gigantyczne. Rocznie, według szacunków podanych przez premiera Orbána, wypływa z Węgier ok. 2 bilionów forintów, co stanowi całość węgierskich nakładów na oświatę, czy też 2/3 wypłacanych w tym kraju emerytur.

Chce on także umocnić własność węgierską w newralgicznych gospodarczo i strategicznie sektorach w myśl hasła: ziemia, woda i energia w węgierskich rękach. To powoduje konieczność wykupu z obcych rąk firm, które poprzednie rządy lekkomyślnie sprzedały. Odkupione już zostało 21 proc. akcji węgierskiego koncernu naftowego MOL, które wcześniej za pośrednictwem Austriaków przejęli Rosjanie, czy zakłady, w posiadanie których wszedł niemiecki gigant gazowy E.ON. Proces ten jest stymulowany poprzez obniżkę o 10 proc. cen energii, elektryczności i ogrzewania dla ludności. Orbán zapowiedział także, że udział kapitału zagranicznego w węgierskim sektorze bankowym nie powinien przekroczyć 50 procent. Nie jest to dużo, zważywszy, że w innych krajach, takich jak np. Niemcy, udział kapitału obcego w bankach to zaledwie 4,3 proc., w Austrii – 3,8 proc., a we Francji – 9,8 proc., ale mimo to na głowę Orbána posypały się z zagranicy gromy. Zarzucano mu, że dokonuje renacjonalizacji gospodarki, niszczy wolny rynek itp.

Gwałtowną krytykę budzi także program odnowy moralnej Węgrów lansowany przez Orbána. Opiera się on o trzy filary: religia chrześcijańska, naród, rodzina. Każdy, kto zna historię naszego kontynentu, wie, że są one esencją cywilizacyjną tego fenomenu dziejowego i duchowego, któremu na imię Europa. Ale i w tym wypadku polityka Orbána spotyka się z krytyką tych, którzy zawłaszczyli i wypaczyli pojęcie europejskości. Odnosi się to do grup lewackich, które w swej krytyce węgierskiego premiera nagminnie i bezrefleksyjnie sięgają po straszak „faszyzmu”. Swoją drogą, jak rzadko komu, Orbánowi udało się zjednoczyć przeciwko sobie zarówno wielką finansjerę, jak i środowiska lewackie.

Bez polityki uśmiechów

Ataki na węgierskiego premiera pojawiają się także na forum wielkiej polityki. Jego program naprawczy sytuacji gospodarczej i politycznej jest solą w oku zarówno brukselskim eurokratom, jak i niepotrafiącym utrzymać na wodzy hegemonistycznych zapędów politykom niemieckim. W maju doszło do ostrej wymiany zdań. Socjaldemokratyczny kontrkandydat Angeli Merkel na urząd kanclerza Peer Steinbrueck oświadczył, że chciałby zobaczyć Węgry wykluczone z Unii Europejskiej. Licytację z nim podjęła Merkel, zapowiadając, że Berlin podejmie odpowiednie kroki, aby zawrócić Węgry na „właściwą drogę – ale bez wysyłania przeciwko nim kawalerii”. Na tę zawoalowaną groźbę ostro zareagował premier Orbán. W wywiadzie radiowym przyrównał on politykę Merkel wobec Węgier do polityki Adolfa Hitlera, który w 1944 roku zbrojnie okupował jego ojczyznę. „Niemcy – przypomniał premier – już raz wysłali kawalerię przeciwko Węgrom; przybyła ona w postaci czołgów. Naszym żądaniem jest, żeby nie przysyłali żadnej. Bo to i tak nie odniesie skutku”.

Wypowiedź węgierskiego polityka, niejako z urzędu, skomentował minister spraw zagranicznych RFN Guido Westerwelle, odrzucając użyte przez Orbána porównanie jako godne ubolewania. Ale niemiecki przewodniczący Parlamentu Europejskiego, socjaldemokrata Martin Schulz, nie starał się nawet zachować pozorów obiektywizmu, do czego zobowiązuje go pełniona funkcja. Do porządku dziennego przeszedł on nad wypowiedzią Merkel, a cały swój atak skierował przeciwko Orbánowi, zarzucając mu brak poczucia humoru, a jeszcze bardziej przewrażliwienie. „Jestem bowiem przekonany – mówił Schulz – że bardzo dobrze zrozumiał on, że kanclerz wysłała jedynie ironiczne ostrzeżenie pod adresem Węgier”.

Po upływie dwóch miesięcy, w połowie lipca tego roku, premier Orbán powtórnie naraził się niemieckiej elicie politycznej swoim stanowiskiem odnośnie do niebezpieczeństwa osi Berlin – Moskwa. Na dorocznym spotkaniu ambasadorów węgierskich został bowiem zapytany przez jednego z dyplomatów o stosunki między Unią Europejską a Rosją. Odpowiedział wtedy: „Jeśli ktoś czyta o zbliżeniu między Rosją a UE kierowaną przez Niemcy, to równocześnie wygląda przez okno, żeby sprawdzić, czy jego dzieci są jeszcze bezpieczne na podwórku”.

Grecka terapia

Konsekwentna polityka Orbána przynosi jednak rezultaty. Wprawdzie zadłużenie Węgier jest nadal wysokie – wynosi bowiem 79,2 proc. PKB; dla porównania zadłużenie Polski to 55,6 proc., Rumunii 37,8 proc., a w przypadku Niemiec jest nawet wyższe – 81,9 proc. – ale bezrobocie jest niższe niż w Polsce; wynosi 10,5 proc. – wobec 13 proc. w Polsce. Węgrzy płacą niski podatek liniowy (16 proc.), a podatek dochodowy dla firm został ustalony na poziomie 10 proc. – w Polsce jest to 19 procent. Nic zatem dziwnego, że analitycy z banku BNP Paribas prognozują, iż w najbliższym czasie Węgry wyprzedzą Polskę w tempie wzrostu gospodarczego.

Sukces Węgier będzie jeszcze wyraźniejszy, jeżeli zestawimy go z sytuacją w Grecji. Kiedy Orbán obejmował władzę na Węgrzech, Grecja wchodziła właśnie w ostrą fazę kryzysu. Nie miejsce tu na analizę jego źródeł i dociekanie, czy np. rację miał Renato Brunetta, były włoski minister administracji w rządzie Berlusconiego, który mówił o sprowokowaniu kryzysu w Grecji i innych peryferyjnych, południowych krajach strefy euro w celu ochrony niemieckiego systemu bankowego. Stwierdźmy, że Grecja poddała się terapii, jaką wymyślono dla niej, pod naciskiem Berlina, w Brukseli. W efekcie tego otrzymała w maju 2010 roku w pierwszym pakiecie pomocowym 110 mld euro, zaś w drugim pakiecie (luty 2012) – 130 mld euro.

Hans-Werner Sinn, doradca ekonomiczny kanclerz Merkel, w wywiadzie dla „Le Monde” (1 sierpnia 2012) stwierdził nawet, że Grecja „poprzez różne mechanizmy” otrzymała w istocie 460 mld euro, czyli 214 proc. swojego PKB i jakoby 10 razy więcej, niż otrzymały Niemcy w ramach planu Marshalla. Dodajmy jeszcze, że w sierpniu niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble podniósł kwestię trzeciego pakietu pomocowego dla Aten, który ma wynieść 215 mld euro.
W pętli pomocy

Jakie są efekty tej pomocy? Zadłużenie Grecji wzrosło. Wynosi ono prawie 160 proc. jej PKB. Dramatycznie podniosła się stopa bezrobocia. Wynosi już 27 proc., ale wśród młodzieży jest to aż 64 procent. Na 11 mln Greków tylko 3,6 mln ma pracę. W ostatnich latach 120 tys. młodych, wykształconych fachowców opuściło ojczyznę, prawdopodobnie na stałe. Grekom grozi także wyprzedaż za bezcen ich majątku narodowego i poddanie ich działalności gospodarczej silnemu nadzorowi z zewnątrz. Ostatnia wizyta kanclerz Merkel w Atenach miała na celu przyspieszenie tego procesu.

W przeciwieństwie do Węgier w Grecji podwyższa się podatki. Podniesiono pierwszy próg podatkowy z 20 do 26 proc. i wprowadzono dodatkową stawkę w wysokości 42 proc. dla zarabiających powyżej 42 tys. euro rocznie.

Co zaś tyczy się ogromnych sum przekazanych jakoby Grecji w geście pomocy, to warto zacytować w tym miejscu opinię wydawanego w Monachium kwartalnika „Die Gazette”. Do Greków trafia zaledwie 19 proc. tej kwoty: „Europejscy podatnicy miliardami euro nie ratują Greków, ratują banki” – stwierdza gazeta. Największe profity czerpią z tego banki obce (głównie niemieckie i francuskie), bo prawie 40 procent. Europejski Bank Centralny zgarnia 18 proc. sumy, banki działające w Grecji, choć niekoniecznie greckie – 23 procent. Podobną opinię głosi Eric Toussaint z uniwersytetu w Liege: „Otacza się opieką wierzycielskie banki, a poświęca się grecki naród”.

Powyższe dane uzmysławiają nam, jak potężne siły zainteresowane są kontynuowaniem procederu, który eufemistycznie określany jest jako „pomoc dla ogarniętej kryzysem Grecji” – bo, jak to kiedyś śpiewali Skaldowie: „nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go”.

prof. Tadeusz Marczak