Wrz 19

Węgry Viktora Orbána dają przykład Europie

Orbán stoi dziś w pierwszym szeregu walki o wolność przed zakusami brukselskiej kleptokracji, która ma dyktatorskie zapędy i chce narzucić całej Europie swój jakobiński projekt ustrojowy () Chrześcijaństwo, rodzina, naródto trójca, do zniszczenia której dąży Unia Europejska. Węgry pro­wadzą walkę także za nas. To hańba, że nie walczymy obok nich” – Gerald Warner (konserwatywny publicysta brytyjski) na łamachScotland on Sunday

Viktor Orbán urodził się 31 maja 1963 r. w Székesfehérvárze, pierwszej stolicy Węgier, w kalwiń­skiej, protestanckiej rodzinie. Najpierw rodzina Orbanów mieszkała na wsi Alcsύtdoboz, a potem w pobliskiej wiosce Felcsύt. Jego rodzice byli członkami węgierskiej partii komunistycznej. On sam zo­stał antykomunistą. Młody Viktor szukał korzeni swego buntu w tym, co przekazała mu jego mama.Moja mama, która była nauczycielką, uczyła mnie zawsze: «Postępuj według tego, jak myślisz. Jeśli czujesz, że coś jest złenie rób tego. Jeśli czujesz, że coś należy robić, bo to jest sprawiedliwerób to, albo broń tego». Liceum ukończył w mieście swego urodzenia. W czasie nauki w liceum wraz z kolegami utworzył grupę, która zaczęła douczać się w domu.W tym czasie zrozumiałem, że intere­suje mnie to, co się dzieje w społeczeństwie. Zacząłem wtedy zdawać sobie sprawę, że historia jest ciemna, rzeczywistość nie taka, jak być powinna, że sprawy idą źle. W sierpniu 1981 r. jako 18-latek przed rozpoczęciem studiów trafił na rok do wojska. Wraz z kolegami zbierał informacje na temat po­wstaniaSolidarnościw Polsce. Żyli oni wtedy polskim zrywem. Pobyt w wojsku, gdzie wielokrotnie buntował się przeciw absurdom tam panującym, zasadniczo wpłynął na ukształtowanie się jego anty­komunistycznego światopoglądu. Wtedy też próbowała go zwerbować węgierska komunistyczna służba bezpieczeństwa.Na szczęście nie mieli czym mnie szantażować. Zdałem sobie sprawę, że gdyby mieli na mnie jakiegoś haka, byłbym bez szans. Ale nie mieli.

W 1982 r. rozpoczął studia na wydziale prawa uniwersytetu w Budapeszcie. Tam wraz z grupą kolegów toczono niezależne dyskusje, które coraz bardziej obnażały zło komunistycznego porządku. Pracę magisterską napisał Orbán na temat polskiejSolidarności. Zatytułował ją:Społeczna samoor­ganizacja i ruch społeczny wewnątrz systemu politycznegoprzykład Polski.

Wiara

Viktor Orbán został posłem w 1990 r., a w 1993 r. został przewodniczącym Fideszu, który pod jego kierownictwem przeszedł ewolucję od partii liberalnej do konserwatywno-ludowej. Podobnie jak on sam od liberalizmu i antyklerykalizmu do chrześcijaństwa.Nie otrzymałem żadnego religijnego wy­chowania. Wzrastałem w środowisku niereligijnym” – mówił Orbán. Pochodzi z rodziny protestanckiej (kalwińskiej), ale jego żona, Anikó, z którą wziął ślub cywilny jeszcze na studiach, była już wtedy głę­boko wierzącą katoliczką. Od połowy lat 90. XX w. Orbán zaczął stopniowo zmieniać się w człowieka wierzącego. W 1997 r. wzięli ślub kościelny w dwóch obrządkach, dobrze się do tego przygotowując. Orban stał się wrażliwym na religię i patriotyzm tradycjonalistą.

Jedną z pierwszych podróży po objęciu stanowiska premiera w 1998 r. odbył Orbán do Watykanu, gdzie spotkał się z papieżem Janem Pawłem II.Papieżowi i kardynałowi Sodano powiedziałem, że Węgry nie kładą akcentu na rozdział Kościoła od państwa. W rozumieniu prawnym już to mamy za sobą. Pytanie dotyczy tego, jak służyć wspólnemu dobru, jak nawiązać współpracę. Nie szukamy tego, w czym interes państwa ró ;żni się od interesu kościelnego, ale w czym możemy współpracować.

W 2000 r. po długim przygotowaniu premier Orbán przystąpił do konfirmacji, która jest znakiem dojrzałości chrześcijańskiej. W czasie ceremonii udzielił odpowiedzi pastorowi: Jeśli pytasz mnie, dlaczego chcę tej konfirmacji, mam trzy odpowiedzi. Pierwsza: jest teraz późno, dwadzieścia lat za późno. Należało to do mojego życia, zapomniałem o tym. Chcę się odrodzić. Drugi powód: Jezus Chrystus był cały czas w moim życiu, także w czasie, kiedy ja o tym nie wiedziałem. Trzeci: w związku z tym, że Pan Bóg był przez całe moje życie ze mną, kiedy ja nie wiedziałem, że jest ze mną, chcę, żeby został ze mną w przyszłości.

Od czasu konfirmacji staram się żyć w duchu stwierdzenia, bym żył na Bożą chwałę i dla dobra ludzi. Na język zawodowego polityka przetłumaczyłbym to w ten sposób: budować ojczyznę, przez małeo, czyli kraj narodu węgierskiego na tej ziemi, ale też przez dużeO” – Ojczyznę niebieską, Królestwo Boże. To jest wyższy sens i cel tego, co robię” – tak mówił, kiedy był po raz pierwszy pre­mierem.

Jan Paweł II odznaczył w 2004 r. Viktora Orbána, członka Kościoła ewangelicko-reformowanego, Wielkim Krzyżem św. Grzegorza Wielkiego za zasługi na rzecz dobra wspólnego i pojednania.

Fidesz

Fidesz powstał 30 marca 1988 r. jako liberalna niezależna organizacja młodzieżowa. Poglądy za­łożycieli partii ewoluowały z czasem w kierunku konserwatyzmu. Jest to skrót oznaczający Związek Młodych Demokratów (węg. Fiatal Demokratik Szövetsége). W roku 2013 obchodzimy 25-lecie Fide­szu. Pierwsze zebranie odbyło się jawnie w Kolegium Bibó (akademik uniwersytecki). Do organizacji zapisało się 37 osób. Miesiąc później było już tysiąc członków. Organizacja miała antykomunistyczny charakter w ciągle komunistycznych Węgrzech, a jej założenie było przełomem, tym bardziej, że działała jawnie.

Fidesz stworzył na Węgrzech ok. 11 tysięcy klubów i organizacji popierających partię. Walczy cały czas z pozostałościami komunizmu na Węgrzech. Był dwukrotnie u władzy: w latach 1988-2002 i od 2010 r. Obecnie posiada dwie trzecie miejsc w parlamencie. Od początku przywódcą partii był Viktor Orbán, który stał się znany dzięki przemówieniu na pogrzebie premiera Imre Nagya i bohaterów rewolucji węgierskiej 1956 r., które wygłosił na Placu Bohaterów w czerwcu 1989 r. w Budapeszcie, kiedy zażądał wolnych wyborów i wycofania z Węgier wojsk sowieckich. Pierwszy raz Fidesz doszedł do władzy w 1998 r. Premierem rządu został Viktor Orbán, który był wtedy najmłodszym premierem w Europie (miał 35 lat). Pomimo sukcesów partia przegrała następne wybory. Władzę na Węgrzech przejęli w 2002 r. socjaliści, którzy rządzili przez dwie kadencje. W 2006 r. miała miejsce znana wpadka socjalistycznego premiera Gyurcsánya, który w niecenzuralnych słowach przyznał się do oszukiwania Węgrów:Przez ostatnie półtora roku kłamaliśmy rano, wieczorem i w nocy. Taśmy z nagraniem z zamkniętego spotkania zostały nadane przez publiczne radio, co wywołało zamieszki w Budapeszcie.

Zmiany

Fidesz wrócił do władzy po spektakularnym zwycięstwie w wyborach w 2010 r., zdobywając ponad dwie trzecie miejsc w parlamencie. Przez osiem lat w opozycji przygotował się bardzo dobrze do przejęcia władzy. Na początek zredukowano liczbę ministrów do ośmiu. W ciągu pierwszego roku rządów zmieniono 365 ustaw i przyjęto w 2011 r. nową konstytucję Węgier. Zmieniono nazwę kraju z Republiki Węgierskiej na Węgry. Rozpoczęto w ten sposób prawdziwą dekomunizację kraju. Rząd Viktora Orbána nie zmienia całego obecnego systemu, ale posługując się jego narzędziami (demokra­cja, system lichwiarski) przeprowadza autentyczne zmiany cywilizacyjne, opierając swoje działania na zasadach chrześcijańskich. Konstytucja węgierska rozpoczyna się słowami:Boże, błogosław Wę­grów!. Żadna konstytucja kraju europejskiego nie zaczyna się od słowa Bóg.

Polityka gospodarcza Fideszu koncentruje się na wspieraniu klasy średniej, jednocześnie nakładając podatki na duże kon­cerny i banki, głównie zachodnie. Przedtem, podobnie jak w Polsce, instytucje te były przez 10 lat zwolnione z podatków. Największą furię finansjery i jej marionetek w Unii Europejskiej wywołało prze­jęcie kontroli rządu nad bankiem centralnym Węgier. Bank według finansjery ma być niezależny od rządu, ale za to jest zależny od niej, od prywatnych ludzi. Banki centralne 58 krajów w tym Polski i Węgier podlegają prywatnemu Bankowi Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei. Stamtąd nadzo­rowane. A przecież ma być dokładnie odwrotnie. Bank centralny ma służyć społeczeństwu i ma być przez nie kontrolowany, czyli zależny od społeczeństwa, którego reprezentantem jest rząd. Dlatego bank centralny musi być zależny od rządu i musi realizować jego politykę, a zwłaszcza emisję pienię­dzy bez odsetek na potrzeby tego rządu. Oprócz tego rząd nie może być sterowany z zewnątrz przez międzynarodową finansjerę, jak to się dzieje obecnie w większości krajów świata, tylko musi dbać o dobro swojego społeczeństwa, być, na ile to możliwe, suwerenny w swoich decyzjach i musi odpowia­dać przed społeczeństwem za realizację swoich zadań. A suwerenny będzie wtedy, kiedy będzie su­werennie decydował o emisji niezadłużonego pieniądza (pieniądza bez odsetek) na potrzeby swojego społeczeństwa. Wtedy to rząd węgierski podjął próbę samodzielnego decydowania o tym, co się będzie działo w kraju, którym rządzi. Dlatego tak bardzo jest atakowany przez instytucje Unii Europej­skiej, która powstała przecież po to, by zlikwidować państwa narodowe i utworzyć jedno państwo fede­ralne. A przede wszystkim, jak powiedział premier Orbán, atak Europy na Węgry jest tak wielki, po­nieważ rząd węgierski opiera swoje działania na zasadach chrześcijańskich.

Rząd Viktora Orbána jest na początku tej drogi i nie wiadomo, czy dojdzie on do takiej kontroli nad bankiem centralnym, by się uniezależnić od finansjery światowej. Być może jest to dziś jeszcze nie do osiągnięcia. Nie chciał natomiast wpadać po raz kolejny w pułapkę długu, rezygnując zpomocyMię­dzynarodowego Funduszu Walutowego. Pożyczki z tego prywatnego lichwiarskiego banku zabój­cze. Za jednego dolara żąda on ośmiu dolarów odsetek. Zmusza przy tym do przyjmowania wielu antychrześcijańskich i ateistycznych ustaw regulujących życie społeczne krajów, którympomaga. Viktor Orbán wie, że każdy kraj można podbić długami. Węgry planują zamknięcie biura Międzynaro­dowego Funduszu Walutowego w Budapeszcie jeszcze w roku 2013.

Ekipa Orbána obniżyła też podatki (podatek liniowy maksymalnie 16%) i wprowadziła ulgi proro­dzinne. Rodzina z trojgiem dzieci nie płaci podatków. Podmiotem prawa podatkowego jest dziecko od momentu poczęcia, a nie od momentu narodzenia. to innowacje na skalę światową.

Kiedy Parlament Europejski skrytykował nową konstytucję Węgier i podkreślił, że Budapeszt powi­nien m. in. zrewidować zapisżycie płodu jest chronione od chwili poczęcia, premier Orbán skomen­tował to krótko: Węgry nie podporządkowane Brukseli. Żaden rząd, żadne państwo nie ma prawa mówić nam, jaka ma być węgierska konstytucja.

Podatek dla firm wynosi 10% i jest najniższy w Europie. Ekipa Orbána zadbała również o tych, którzy, podobnie jak w Polsce, wzięli pożyczki w szwajcarskich frankach na zakup mieszkań. Lichwia­rze następnie podwyższyli kurs franka i koszty pożyczki wzrosły o 75%. Orbán zamroził kurs franka dla spłacających pożyczkę na tym poziomie, jaki obowiązywał w momencie jej zaciągania.

Wprowadzono też ustawę ograniczającą powierzchnię nowo budowanych na Węgrzech sklepów do 300 m².

Fidesz budził sprzeciw wśród europejskiej lewicy w związku z konserwatywnymi zapisami w kon­stytucji (m. in. ochroną życia poczętego), a także z ustawą medialną, która ograniczyła dywersyjną rolę mediów opanowanych przez te same siły, które sterująGazetą Wyborcząw Polsce.

11 marca 2013 r. parlament węgierski przyjął 47 poprawek do konstytucji. Według UE stanowią one zagrożenie dla demokracji. Oto niektóre poprawki do konstytucji węgierskiej:

  1. małżeństwo to związek między mężczyzną a kobietą. Rodzina to heteroseksualne małżeń­stwo i ich dzieci,

  2. prawo do decydowania przez posłów o tym, które organizacje pełniące misję religijną w kraju są Kościołami

  3. zakaz prowadzenia kampanii przedwyborczej w mediach prywatnych (komercyjnych),

  4. ograniczenie miejsc finansowanych przez państwo na wydziałach humanistycznych,

  5. studenci po uzyskaniu dyplomu mają pracować w kraju dwa razy dłużej niż czas trwania stu­diów. Jeśli wyjadą za granicę, zapłacą za połowę kosztów studiów (jeśli to były studia finan­sowane przez państwo),

  6. wszystkie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego sprzed wejścia w życie nowej konstytucji Wę­gier w styczniu 2012 r. przestają obowiązywać. Jest to ograniczenie roli Trybunału.

Rząd Viktora Orbána zrezygnował też z nagród w administracji państwowej ze względu na kryzys, jaki dotknął wszystkie kraje e/fonturopejskie. Wprowadził podatek od premii w instytucjach państwowych, który wynosi 98%. Ostatnio w Polsce wypłacono olbrzymie premie (ponad 1,3 miliona złotych każda) prezesom spółki państwowej budującej stadion narodowy w Warszawie. Na Węgrzech otrzymaliby oni po 26 tysięcy złotych do ręki. Rząd planuje też zmniejszenie liczby posłów w parlamencie węgierskim z 386 do 200. Ma to nastąpić w 2014 r.

W przeciwieństwie do propagandy antywęgierskiej w Unii Europejskiej albo do przemilczania tego, co się na Węgrzech dzieje, okazuje się, że już prawie cztery lata rządów Fideszu doprowadziło do polepszenia wskaźników makroekonomicznych: zwiększył się produkt krajowy brutto i zmniejszyło zadłużenie, a deficyt budżetowy jest mniejszy od 3%. Bilans handlu zagranicznego jest dodatni.

Fidesz potrzebuje jeszcze co najmniej jednej kadencji, by mógł uporządkować Węgry i wyprowa­dzić je całkowicie z komunizmu, który nie został wykorzeniony w żadnym z krajów obozu sowieckiego do końca. Powrót do wartości chrześcijańskich, które tak podkreśla Viktor Orbán i na których buduje przyszłość swojej ojczyzny, jest wzorem dla Polaków i dla wszystkich krajów Europy.

Janusz A. Lewicki

Przy pisaniu artykułu korzystałem m. in. z książki Igora Janke „Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbánie”.

 

Wrz 14

13 grudnia w węgierskiej „bratniej” armii

Mało kto wie, że to właśnie wprowadzenie stanu wojennego w Polsce było jednym z głównych powodów uformowania się antykomunizmu dzisiejszego przywódcy Węgier Viktora Orbána. Dzięki uprzejmości autora Igora Janke i wydawnictwa Demart zamieszczamy fragment książki "Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbánie". To rozdział 3, opowiadający m.in. o tym, gdzie był i co robił Orban 13 grudnia 1981.

O tym, jak w jednostce wojskowej narodził się radykalny antykomunizm Orbána i jego przyjaciół.

Drugim i prawdopodobnie najważniejszym momentem, który wpłynął na ukształtowanie się antykomunistycznego światopoglądu Orbána, był jego pobyt w wojsku. Jako 18-latek, przed rozpoczęciem studiów, musiał odbyć jedenastoipółmiesięczną służbę. Trafił do wojska w sierpniu 1981 roku. Wiedział już, co działo się w Polsce, wiedział o rewolcie „Solidarności” i bardzo się tym interesował. Dużo rozmawiał z przyjaciółmi o polityce. Zbierali informacje o tym, co dzieje się w Polsce, pasjonowali się i kibicowali polskiemu karnawałowi wolności. Słuchali Wolnej Europy, przywozili informacje z domu. Bardzo żyli polskim zrywem. Orbán trafił do Zalaegerszeg, specjalnej jednostki, z której w 1968 roku węgierscy żołnierze wyjechali tłumić „praską wiosnę”. Wiadomo było, że gdyby wybuchła wojna czy potrzebna byłaby zbrojna interwencja, na pierwszą linię trafiliby żołnierze z Zalaegerszeg. W 1981 coraz częściej mówiło się o możliwości interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Polsce.

Do tej samej jednostki, co Orbán, trafił też Gábor Fodor, jego późniejszy przyjaciel, z którym najpierw mieszkał w pokoju, przyjaźnił się i tworzył Fidesz, a potem toczył polityczne walki, które zakończyły się podziałem Fideszu i polityczną wojną. Gábor był artylerzystą, Viktor wylądował w piechocie. Gábor Fodor zapamiętał z tamtego czasu, że wojsko chciało zniszczyć ich osobowość, zmusić do uległości, do służenia armii komunistycznej. „Wywierano na nas silną presję, której się opieraliśmy – wspomina.

W życiu codziennym Węgier począwszy od lat 70. agresywna propaganda komunistyczna nie była tak silnie obecna. Wszystko polegało raczej na cichej akceptacji nowych reguł. Nie było tylu natrętnych haseł, pogadanek, ideologicznej agresji. Co innego w wojsku, tam prymitywna propaganda była na porządku dziennym. Służba wojskowa była dla Orbána i jego przyjaciół bardzo trudnym doświadczeniem. Rygor i absurdy komunistycznej armii wywoływały w młodych inteligentach reakcje alergiczne. Wspominają, że nie mogli znieść tego, że rządzą nimi ludzie nie mający do tego żadnych kwalifikacji, ani merytorycznych, ani moralnych.

Viktor często wdawał się w bójki. Starsi traktowali przyszłych studentów brutalnie. „Przeżyłem to tylko dzięki temu, że byłem silny i nie unikałem ryzyka” – mówi Orbán z nieukrywaną dumą w głosie. Często bił się ze starszymi żołnierzami. „Tylko w ten sposób można było zyskać szacunek u innych” – wspomina, uśmiechając się od ucha do ucha.

Jednemu oficerowi strzelił raz z otwartej ręki w twarz, za co trafił do karceru. Karano go wiele razy. Jak przyznaje, nie był to jednak jeszcze bunt polityczny. Tak jak w podstawówce i liceum, nie mógł znieść reguł, których nie akceptował. A ponieważ w wojsku ilość reguł, zwłaszcza tych absurdalnych, była znacznie większa niż gdziekolwiek indziej, jego bunt się nasilał.

Przeskakiwał przez płot jednostki wojskowej, kiedy trzeba było pobiec do winiarni. Stawał do bójek, gdy uznawał, że wymaga tego sytuacja. Wiedział, że tylko tak będą go szanować. Kiedyś uciekł z jednostki, bo bardzo chciał obejrzeć mecz piłki nożnej.

Był bliski wpadki, gdy szedł wiejską drogą, a obok niego zatrzymał się wojskowy patrol. Rzucił się przez pole do ucieczki, zanim wojskowi zorientowali się, że mają do czynienia z krótkoterminowym dezerterem. W czasie meczu Hiszpania – Anglia na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii musiał zgłosić się gdzieś do jednostki. Nie zrobił tego. Ukrył się. Pierwszą połowę meczu obejrzał u artylerzystów, drugą – w oddziale zajmującym się amunicją. Nie znaleziono go od razu, ale potem za to zapłacił. Do karceru trafił na czas meczu Brazylia – Włochy. Jednak miał już wcześniej także i poważne, czysto polityczne przejścia.

Węgierska służba bezpieczeństwa próbowała zwerbować Orbána. „Wywierali na mnie silną presję, nie było łatwo tego uniknąć” – opowiada. Trzy razy kazano mu się stawić na spotkanie z oficerem politycznym. Nie jemu jednemu, wielu chłopakom to proponowano. Pytano go wtedy, co sądzi o Polsce, o świecie. Nie były to rozmowy wprost o polityce, ale krążyły wokół niej. Oficer nie był agresywny. Miło z nim gaworzył. „To było jak rozmowa dobrze wykształconego, starszego nauczyciela z młodym studentem” – wspomina Orbán. „W końcu zapytali, czy nie chciałbym służyć społeczeństwu i w zamian za to mieć przywileje na uniwersytecie. Oferowali mi pomoc w różnych sytuacjach”. Orbán przyznaje, że czuł wtedy bardzo silną presję. Odmówił. „Powiedziałem, że ja się po prostu do tego nie nadaję, bo nie umiem trzymać języka za zębami. Tłumaczyłem, że nie chodzi o politykę. Mówiłem, że nie jestem w stanie żyć takim podwójnym życiem. Upierałem się, że z powodów psychologicznych nie dam sobie z tym rady”. I wywinął się, odpuścili mu. „Na szczęście nie mieli czym mnie szantażować. Zdałem sobie sprawę, że gdyby mieli na mnie jakiegoś haka, byłbym bez szans. Ale nie mieli” – wspomina.

Węgierska armia w tym czasie nie cieszyła się szacunkiem społeczeństwa. Węgrzy nią pogardzali i śmiali się z niej. Głównie z tego powodu, że była fatalnie zorganizowana – przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nie uważano jej za historyczną instytucję, ważną dla państwa i narodu, choćby tak, jak to było w Polsce. Nie uważano jej nawet za miejsce, gdzie mężczyźni przechodzą ważny fizyczny trening czy jakiegoś rodzaju edukację. „Nienawidziliśmy tego” – mówi wprost Orbán. „W Zalaegerszeg zdałem sobie sprawę, że państwo jest bardzo źle zorganizowane i że musimy to zmienić”.

Najgorsze przyszło w grudniu 1981 roku. Atmosfera zrobiła się niezwykle nerwowa. Oficerowie chodzili podekscytowani. Wszyscy wiedzieli, że jeśli coś złego będzie się działo w Układzie Warszawskim, ich jednostka może pójść do boju. Wyglądało na to, że sytuacja rozwija się w najgorszym możliwym kierunku. Co więcej, jak wspomina Gábor Fodor, większość żołnierzy myślała tak, jak tłoczyli im do głów komunistyczni propagandyści. Do służby wojskowej przeważnie trafiali prości, niewykształceni mężczyźni. Tacy chłopcy jak Viktor i Gábor, którzy skończyli liceum, a potem zamierzali iść na studia, górowali intelektualnie nad innymi. Nie mieli tam zbyt wielu partnerów do rozmowy. „Wielu oficerów i żołnierzy wierzyło, że Polacy nie chcą pracować, że są leniwi i dlatego strajkują, że przez to zniszczyli gospodarkę, więc my musimy iść z Rosjanami, żeby zrobić porządek, żeby oni znowu zaczęli pracować i by postawić ich gospodarkę na nogi” – wspomina Fodor. Stres był ogromny. Pewnego dnia jeden z oficerów powiedział Fodorowi: „Musimy być w stanie gotowości. Musimy wyjechać na zewnątrz do specjalnej jednostki, w pełnym uzbrojeniu, z bakami pełnymi oleju napędowego”. Gábor był przerażony.

Jedenastego grudnia, dwa dni przed wybuchem stanu wojennego w Polsce, część jednostki przeniesiono do specjalnego obozu przygotowawczego. Dostali ostrą broń, spali w namiotach, były nocne alarmy. Czekali w pełnej gotowości. Z tego obozu wyjeżdżało się tylko do walki. Noc z 12 na 13 grudnia była mroźna. Tę noc Viktor Orbán spędził z dłońmi zaciśniętymi na zimnym karabinie, czekając na rozkazy. Do jedzenia mieli tylko puszki. Panowało ogromne napięcie, czuli, że coś się wydarzy, ale nie wiedzieli jeszcze, co. „Nie można tego zapomnieć. To było okropne” – wspomina Orbán.

Fodor zapytał oficerów, na co czekają. „Czekamy, bo będziemy musieli jechać do Polski” – brzmiała odpowiedź. Fodor: „Dla mnie to była tragedia. Nie mogłem tego przeżyć. Zastanawialiśmy się, co robić. Myślałem, że jak pójdziemy na Polskę, zdezerteruję. Bałem się”.

Orbán: „Miałem ogromny dylemat moralny. Co zrobić, jak każą nam jechać? Kochaliśmy Polskę. Jechać do Polski i robić coś przeciwko Polakom, to byłoby straszne. Wiedzieliśmy, że jesteśmy po złej stronie. Co zrobić, jak się jest w armii po złej stronie? Nie miałem dobrej odpowiedzi na to pytanie. Nie widziałem wyjścia z sytuacji”.

W końcu okazało się, że jednak nie jadą. „Domyśliliśmy się, że nie było zbrojnego oporu w Polsce, dlatego nas tam nie wysłano. Domyśliliśmy się, że polscy i rosyjscy komuniści załatwili to sami, nie potrzebowali pomocy z zewnątrz” – wspomina Orbán. Niektórzy oficerowie nie wytrzymali, płakali.

„Myślałem, że w Polsce jest już koniec” – przyznaje dziś Orbán. „Grubo pół roku później, kiedy wyszedłem z wojska, byłem bardzo zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że opór w Polsce wciąż się trzyma.

Wtedy zrozumiałem, że to będzie trwało, że ‘Solidarność’ nie została naprawdę pokonana. Zrozumiałem, że ta opozycja jest już niezniszczalna. To była najlepsza wiadomość, jaką mogliśmy dostać”.

Nie pojechali na Katowice, Gdańsk i Warszawę. A gdyby jednak pojechali? „Nie wiedziałem, co zrobimy, jak nas wyślą” – przyznaje Orbán. „Nie można być zbyt mądrym. Trzeba czekać, co się zdarzy i dopiero wówczas zobaczyć, co robić. Czytałem wtedy francuskich egzystencjalistów. Jest pokusa, żeby zastanawiać się nad tym, co zrobisz, jeśli znajdziesz się w jakieś absurdalnej, ekstremalnej sytuacji. Zdałem sobie sprawę, że w ten sposób nie można myśleć. Nie można myśleć o tym, co zrobisz jutro. Czekaj, czekaj, a praktyka i doświadczenie pokażą ci, co masz zrobić, jak się zachować”.

Skąd 18-letni żołnierz w jednostce, w której i żołnierze i oficerowie w większości nie czytali w ogóle, miał książki francuskich egzystencjalistów? „Z wojskowej biblioteki” – mówi rozbawiony. „Miał pan czas wtedy to czytać?” – pytam. „Ja tam głównie zastanawiałem się, co ze sobą zrobić. Tam nie było co robić!”. Gulaszowy komunizm owinięty absurdem.

Prawie rok spędzony w wojsku odcisnął mocne piętno na Orbánie i jego kolegach. „Jeśli ktoś, kto szukał wolności, miał 18–19 lat, nagle znalazł się w jednej z najgorzej działających armii Układu Warszawskiego, to po roku, jeżeli był w miarę inteligentny, mógł z wojska wyjść tylko jako stanowczy wróg systemu” – mówi László Kövér, jeden z najbliższych współpracowników Orbána.

Fodor i Orbán po wyjściu z wojska stali się zdecydowanymi antykomunistami. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tam, w Zalaegerszeg, wykluł się radykalizm nowego ugrupowania, które dziś jest największą i ciągle bardzo radykalną w działaniu partią w środkowej Europie.

fragmenty książki Igora Janke "Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbanie" zamieszczamy dzięki uprzejmości Autora i wydawnictwa Demart.

Cze 11

Kto ma kłopot z demokracją: Komisja Europejska, czy rząd Orbána? – pyta Igor Janke

Rząd Orbána ma dużo większą legitymizację niż Komisja Europejska, która zarzuca premierowi Węgier niedemokratyczne działania – tak uważam. Poniżej tekst, który wygłosiłem na konferencji „Interes narodowy w centrum uwagi – węgierski model w zmieniającej się Europie”, która odbyła się w Budapeszcie z udziałem m.in. Viktora Orbána i byłego premiera Hiszpanii José Marii Aznara.

Dla mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza za czasów komunistycznego reżimu, zachodnie struktury europejskie były marzeniem. Marzeniem o wolności, swobodzie, wolnej gospodarce, prawie do tego, by w swoim kraju, mieście, w swojej organizacji robić to, co my, Polacy, Węgrzy, Czesi, uważamy za słuszne, a nie to, co uważają władcy w moskiewskiej centrali czy domu partii.

Marzyliśmy o wolnym świecie, ceniącym różnorodność, szanującym różne tradycje.
To marzenie o wolności się ziściło. Obaliliśmy komunizm, żyjemy w wolnych krajach, a po latach starań wstąpiliśmy do wymarzonego klubu wolnych, demokratycznych, zamożnych państw. Zostaliśmy członkami prawdopodobnie jednego z najlepszych projektów politycznych w historii świata – Unii Europejskiej.

W imieniu Węgrów

Projekt jest świetny, ale – co wiedzą wszyscy – przechodzi kryzys. Gospodarczy, polityczny i duchowy. Im dłużej mój kraj należy do Unii, tym bardziej się cieszę, że do niej trafiliśmy, ale bardzo się też martwię, jak bardzo dziś ten projekt niedomaga. Jak bardzo odrywa się od swoich korzeni.

Przez ostanie dwa lata uważnie przyglądałem się temu, co się dzieje na Węgrzech, jakich zmian próbuje dokonać rząd w Budapeszcie i jak na to reaguje Europa. Nie dziwi mnie, że wielu polityków z innych państw ma inny pogląd na różne sprawy niż premier Viktor Orbán i jego partia. Nie dziwi mnie, że lewicowe elity niechętnie reagują na to, co się dzieje w Budapeszcie. Ale nie mogę pojąć, dlaczego Europa próbuje wszelkimi siłami zablokować zmiany, które przeprowadza we własnym kraju demokratycznie wybrany rząd.

Greckie słowo „demokratia” pochodzi od słowa „demos” – lud i „kratos” – władza. Demokracja polega na sprawowaniu władzy w imieniu większości ludzi, którzy zdecydowali, by tej czy innej osobie lub ugrupowaniu powierzyć władzę. Węgrzy zdecydowali w 2010 roku, by tę władzę powierzyć partii Viktora Orbána, tak samo jak cztery lata wcześniej demokratycznie zdecydowali, by oddać ją partii Ferenca Gyurcsánya.
Jasno powiedzieli, jakich chcą rządów, jakiej konstytucji, jakich podatków itp. I Orbán robi to, czego chcą od niego obywatele.

Dyktat mniejszości

W Polsce mamy przysłowia: „Syty głodnego nie zrozumie”, ale też: „Nie wszystko da się kupić za pieniądze”. Myślę, że dobrze oddają one to, co myśli dziś wielu Węgrów i Polaków. Pierwsze z tych przysłów odzwierciedla różnicę spojrzeń i aspiracji między bogatą i sytą starą Unią a narodami nowej Unii wciąż aspirującymi, marzącymi i zmagającymi się z wieloma wyzwaniami.

Jesteśmy głodni sukcesów, pragniemy wolności zbudowanej na silnym gospodarczym i demokratycznym fundamencie. Dla tego marzenia jesteśmy gotowi ciężko pracować, uczyć się i wyrzekać wielu przyjemności, bez których wielu ludzi na Zachodzie już nie wyobraża sobie życia.

Ale nie zapominamy, jak upokarzające było narzucanie nam przez komunistów ideologicznego przymusu. Ten przymus był antytezą wolności. Czuliśmy, że mniejszość, która ma karabiny, narzuca nam swoją wolę. Dziś mamy poczucie, że choć bez karabinów – mniejszość znowu chce nam czasem narzucić swoją wolę.

Wolność niesie ze sobą odpowiedzialność. Węgrzy wiedzą, kto wziął osobistą odpowiedzialność za los ich kraju. Trudno jednak powiedzieć to o instytucjach europejskich. Instytucje europejskie mają słabą legitymizację. Tymczasem te powstałe w wyniku zawiłych porozumień ponadnarodowe twory chcą dziś dyktować wybranemu demokratycznie premierowi Węgier, jak ma prowadzić politykę, jak wspomagać rodzinę i jak walczyć z kryzysem.

Unia Europejska, nad czym ubolewam, forsuje antydemokratyczne działania. Próbuje zablokować zmiany, które wprowadza we własnym kraju demokratycznie wybrany rząd. Instytucje europejskie działają więc wbrew swojemu powołaniu – nie na rzecz demokracji, ale wbrew niej.

Gdyby jeszcze inne kraje fantastycznie sobie radziły, kwitły i rozwijały się, a krwawy reżim w Budapeszcie pogrążał kraj w chaosie, pewnie byłoby o czy m dyskutować. Ale dziś w chaosie jest pół Europy, a Węgry ciągle nie chcą zatonąć. Ostatnio nawet dają sygnały, że wynurzają się nad powierzchnię wody.

Podcinanie korzeni

Elity europejskie coraz bardziej odrywają się od rzeczywistości. Projekt integracyjny zawodzi, widać coraz więcej symptomów choroby tego procesu, tymczasem próbuje się go leczyć, podając jeszcze większą ilość lekarstwa, które doprowadziło go do choroby.
Kiedy strefa euro się sypie, inne kraje są przekonywane, że koniecznie muszą stać się jej członkami. Kiedy ludzie mają coraz więcej wątpliwości co do dalszej integracji, przekonuje się ich do projektu federalnego, a nawet do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. Tych, którzy proponują inne rozwiązania, potępia się. Ich argumenty nie są traktowane poważnie, a dyskusja zagłuszana śmiechem i kpinami.

Kiedy jeden z krajów podkreśla, jak ważne są jego chrześcijańskie korzenie, oświecone elity w Brukseli mówią: „Jacyż oni nieeuropejscy!”. Choć to Robert Schuman, jeden z ojców założycieli Unii Europejskiej, mówił: „Demokracja albo będzie chrześcijańska, albo jej nie będzie. Demokracja antychrześcijańska jest karykaturą, która skończy się albo tyranią, albo anarchią”.

Europa odrywa się od swojej tradycji, od pielęgnowania zasad wolności i wolnej gospodarki. Obrasta biurokracją, regulacjami, usypia w dobrobycie, leniwa i znudzona podąża za coraz bardziej chorymi modami i trendami, które ją osłabiają.
Mimo to dzisiejsze elity nadające ton europejskim salonom próbują nas pouczać. Mówią nam: zostawcie swoje tradycje i przekonania, zostawcie swój model życia, a staniecie się zamożni i bezpieczni jak my.

W Europie Środkowej mamy już dość siły, by powiedzieć, że być może nasz model budowania wspólnoty jest równie dobry, a może i lepszy. Tylko musimy zacząć wspólnie mówić o nowym kształcie Unii. Musimy wnieść do Europy więcej środkowoeuropejskiego ducha, musimy mieć więcej odwagi, by przedstawiać własne wizje i walczyć o ich realizację. Mówmy o nich głośno, dyskutujmy i spróbujmy przekonać do naszych poglądów, które być może już niedługo staną się dominującymi w Europie. Bo nastrój w Europie zaczyna się zmieniać. Według Pew Institute średnie poparcie dla Unii w ciągu roku spadło z 60 do 45 procent. To znak irytacji kryzysem, ale też braku akceptacji kierunku, w jakim zmierza Unia. Kiedy widzę milion ludzi na ulicach Paryża demonstrujących w obronie rodziny, kiedy obserwuję w Polsce niezwykłe zainteresowanie polityką Viktora Orbána, to myślę, że w Europie narasta oczekiwanie na zmianę.

Tak samo dobrzy

Do tej zmiany powinniśmy mocno przyczynić się my – obywatele państw Europy Środkowej. Dobrze bowiem wiemy, co znaczy wolność. Wiemy też, co znaczy solidarność. Unia Europejska powinna zaś być projektem nie tylko na dobre czasy. Musi ona też umieć przetrwać trudny okres. Ale do tego potrzeba odwagi myślenia i działania, potrzeba także solidarności.

Dla Węgier, jak i dla Polski, a także dla innych krajów Europy Środkowej, tylko wspólne działania dadzą szanse na odegranie większej roli w Unii Europejskiej. Działając jako silny blok, możemy wpłynąć na bieg wydarzeń w Unii i zadbać o własne interesy. Ta współpraca istnieje, ale w moim przekonaniu jest ciągle zbyt słaba. Warto pracować nad tym, by stała się lepsza. Wymaga to jednak odwagi i ciężkiej pracy. Także – a może przede wszystkim – w moim kraju, Polsce.

Tekst opublikowała wcześniej „Rzeczpospolita

Cze 06

Napastnik po wegiersku…

Do księgarń nad Dunajem właśnie dociera węgierskie wydanie mojej opowieści o Viktorze Orbánie. Zanim wydawnictwo ogłosiło publicznie, że książka już jest gotowa, zorganizowano zamknięte spotkanie dla grupy osób, które pomagały mi przy pracy, i które wspomogły wydawnictwo Rezbong Kiádo. Wyglądało to jak normalne spotkanie z czytelnikami. Wiedziałem, że wydawca szykuje dla mnie jakąś niespodziankę, ale jak to z niespodzianką – nie widziałem co nią będzie. 

Opowiadałem więc moim węgierskim gospodarzom i gościom, co myślę o Orbánie i jego polityce. Pod koniec oficjalnej części, żeby trochę sprowokować publiczność, która była – jak łatwo się domyślić – bardzo proorbánowska, zacząłem krytykować bohatera mojej książki. Mówiłem o tym, jak wielką władzę gromadzi, jak coraz mniej słucha ludzi wokół niego, jak promuje firmy własnych kolegów itp. Poczułem, iż atmosfera robi się dziwna, więc dodałem szybko, by się tak nie martwili, bo książka i tak jest bardzo pozytywna dla szefa Fideszu ale teraz napisałbym jeszcze jeden rozdział: opowieść o tym, jak przez wiele miesięcy polski dziennikarz piszący książkę o premierze Węgier nie mógł się doprosić spotkania z nim. Bo rzeczywiście przez wiele miesięcy ktoś z jego najbliższego otoczenia blokował mi dostęp do szefa rządu. W końcu się udało, ale przyznam, że łatwiej było mi się dobić Obamy niż do Orbána.

Kiedy to mówiłem, drzwi się otworzyły, i do sali po cichu wszedł … Viktor Orbán. Był sam i usiadł w ostatnim rzędzie. To była ta niespodzianka. Mogłem tylko powiedzieć ze śmiechem: „Mam nadzieję, że nie słyszałeś tego, co mówiłem”. I zaczęła się fantastyczna półgodzinna publiczna rozmowa między nami o sensie polityki, o tym, co jest w niej ważne, o roli dobrej krytyki ale też duchowości i religii. Wszyscy byli zaskoczeni biegiem wypadków a najbardziej ja. Żałowałem tylko, że nikt tego nie nagrywał. Co prawda potem przy winie, Viktor potem mnie zapewniał, że i tak wszystko jest na podsłuchu, więc mu służby doniosą;) Było więc wesoło. Warto było zobaczyć naturalnego, bardzo bezpośredniego, sympatycznego faceta, który wywołuje tak wielką zgrozę w połowie Europy.

Dla przerażonych Orbánem mam złą informację: gospodarka węgierska się odbija, notuje lekki wzrost – niewielki bo 0,7 proc kwartał do kwartału, ale wyższy niż w Polsce (0,4 proc). Najnowsza prognoza OECD przewiduje 0,5-procentowy wzrost gospodarczy na Węgrzech w 2013 roku i 1,3 proc. na 2014 r. Lekko spadło bezrobocie (z 11,7 proc do 11 proc) , zmniejszyła się inflacja do 1,7 proc. Komisja Europejska uwolniła Węgry od procedury nadmiernego deficytu budżetowego (a Polskę nie) i wszystko wskazuje na to, że Fidesz ma dużą szansę na wygranie kolejnych wyborów w przyszłym roku. Naród węgierski, który tak bardzo ma cierpieć w czasie rządów centroprawicy, nadal popiera Fidesz i Orbána a socjalistów znacznie, znacznie mniej. Co za ludzie?! Oświecona Europa tłumaczy im, że jest im strasznie a oni chcą jeszcze… Wygląda na to, że Europa będzie musiała się przeprosić z Orbánem. Wypiłem więc z węgierskimi przyjaciółmi znakomite czerwone wino z mojego ulubionego regionu Villany za sukcesy ich gospodarki i za zmianę trendów w Europie.

O Europie mówiłem następnego dnia podczas konferencji poświęconej Węgrom, Unii i interesom narodowym, którą otworzyli były premier Hiszpanii Jose Maria Aznar i Viktor Orbán. Napiszę o tym osobno. W czwartek na targach książki w Székesféhervár – oficjalna premiera książki na Węgrzech.

Mar 14

wPolityce.pl: Igor Janke: „Od kiedy Orbán wygrał wybory, lewicowe elity Unii Europejskiej są w nieustannym dygocie”

Viktor Orbán, a wraz z nim całe Węgry są na celowniku europejskich elit. Połajankom, a także otwartym groźbom wobec naszych bratanków nie ma końca. Nieustannie zarzuca się Orbánowi chęć wprowadzenia jakiegoś totalitarnego ustroju.

O tym jak jest w rzeczywistości i o przyczynach nagonki na Orbána rozmawiamy z publicystą Igorem Janke, twórcą platformy blogowej salon24.pl, autorem książki „Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbánie” oraz szefem niezależnego think tanku Instytut Wolności, który zorganizował spotkanie z premierem Węgier na Uniwersytecie Warszawskim.

wPolityce.pl: W kontekście sformułowania – które na stałe weszło już do polskiej polityki – o „Budapeszcie w Warszawie”, czy z perspektywy ludzi mediów niezależnych ważny jest ten kierunek wskazany przez Orbána, czyli budowa mediów omijających mainstream?

Igor Janke: W Polsce przechył mediów w jedną stronę jest silny. Ale warto uświadomić sobie, że na całym świecie znacznie więcej jest dziennikarzy o poglądach liberalnych niż konserwatywnych. Jednak w państwach o dojrzałej demokracji dziennikarze nie afiszują się z reguły ze swoimi poglądami tak jak u nas. Żeby było jasne: teraz robią tak dziennikarze jednej, jak i drugiej strony.

Faktycznie jest tak jak mówił Orbán, że ugrupowaniu konserwatywnemu, po to, aby mogło wygrać wybory, trudno jest sobie poradzić, gdy istnieje tak silny przechył w jedną stronę mediów mainstreamowych.

CZYTAJ WIĘCEJ: Viktor Orbán na UW: Media nigdy nie były dla nas. Musicie więc stworzyć swoje struktury, być przeciwwagą dla tego, co dzieje się w głównych mediach

Na szczęście media społecznościowe rozwijają się bardzo prężnie, co powoduje, że sytuacja w Polsce trochę się balansuje. A jeśli spojrzymy np. na rynek tygodników, to w zasadzie jest równowaga, albo nawet przewaga prawej strony. Mamy bardzo silne „W sieci”, „Do rzeczy”, „Gościa Niedzielnego”, jest „Gazeta Polska” i mniejsze pisma katolickie, a po drugiej stronie „Newsweek”, „Polityka”, słabszy „Przegląd”. Nie wiem, w jakim kierunku podąży „Wprost”. Nie zgadzam się z tymi kolegami, którzy narzekają, że nie mają dostępu do szerokiej publiczności. Jeżeli nie da się puścić filmu, np. „Mgła” w telewizji publicznej, to tyle samo ludzi obejrzy go w kanale niezależnym, w internecie. A więc „siła rażenia” obrazu też będzie duża.

Oczywiście warto budować pluralizm, to bez dwóch zdań, warto budować własne media, warto walczyć o telewizje publiczną.

Natomiast nie jestem wielkim entuzjastą tego, co w tej sprawie dzieje się na Węgrzech. Bo owszem, Orbánowi udało się zbudować swoje media, które jemu – jako politykowi – pomogły. Natomiast te media zbudowane przez Fidesz czy ludzi związanych z Fideszem (macierzysta partia Viktora Orbána – przyp. red.), są mediami Fideszu. Są mocno związane z tą partią i nie ukrywają tego. Na Węgrzech Fidesz przejął też w pełni media publiczne, które kontroluje. To nie jest sytuacja idealna.

Oczywiście z punktu widzenia polityków to jest bardzo dobrze, jednak ja bym wolał, aby istniały niezależne media konserwatywne, liberalne, lewicowe itd. Na Węgrzech tak nie jest i z tego trzeba zdać sobie sprawę. Tam jest pluralizm, ale media są tam silnie związane z politycznymi patronami.

A jak ocenić inną rzecz, która dla zwolenników Orbána w Polsce jest nie do powtórzenia? Chodzi o zbliżenie Węgier do Rosji, obecnie na polu gospodarczym. O co chodzi premierowi Węgier? Czy chce pokazać Unii Europejskiej, że ma polityczne pole manewru, czy rzeczywiście chodzi o ważne interesy ekonomiczne naszych bratanków?

Orbán jest bardzo pragmatyczny. Jeśli uważa, że w pewnych sprawach opłaca mu się z kimś współpracować, to robi to. I tak na przykład mówi o potrzebie silnych dwustronnych kontaktów z Niemcami. Jeśli Jarosław Kaczyński przeczytałby to, co na temat współpracy z Niemcami mówi Viktor Orbán, to chyba nie byłby zachwycony.

Orbán jest w bardzo specyficznej sytuacji. Jest ostro krytykowany przez Unię Europejską, niemal w każdej sprawie, i nieustanne atakowany. W takiej rzeczywistości szuka pola manewru gdzie indziej. Gra na różnych frontach. Nie wierzy w Nabucco, z ich punktu widzenia uznał ten projekt za nieopłacalny, więc zrezygnował z niego. Uznał, że lepiej, by South Stream, gazociąg Gazpromu, jeśli już ma powstać, by szedł przez terytorium Węgier. Ja z polskiego punktu widzenia nie jestem tym zachwycony, ale on uznał, że z punktu widzenia interesu Węgier tak jest lepiej.

Mówi Pan o krytyce Węgier przez UE. Czy te zmiany w prawie węgierskim są faktycznie tak radykalne i groźne, czy reakcja UE jest przesadna, nadwrażliwa?

CZYTAJ WIĘCEJ: Komisja Europejska zaniepokojona zmianami w węgierskiej konstytucji. Planowane są też demonstracje przeciw pomysłom Orbána

Bzdura. Od kiedy Orbán, konserwatywny polityk wygrał tak znacząco wybory, lewicowe elity unijne są w nieustannym dygocie. W konstytucji węgierskiej nie ma nic niebezpiecznego.

Zmiany, które przeprowadza Orbán są radykalne w tym sensie, że np. konstytucja została całkowicie przebudowana. Ale co w tym groźnego? Fidesz ma pełną legitymację do wprowadzania tych zmian, do tego upoważnili ich obywatele w wyborach. W sprawie konstytucji przeprowadzono bardzo szerokie konsultacje. Była wielka akcja wysyłania listów do obywateli z pytaniami o to, co powinno znaleźć się w konstytucji. Odzew był masowy.

Główny problem polega na tym, że polityka we współczesnym świecie traci swoją moc sprawczą, traci narzędzia do wprowadzania zmian, współczesne państwo jest nieskonsolidowane. Państwami coraz częściej rządzą nie demokratycznie wybrani politycy, ale rozmaite pozapolityczne, trudne do kontroli mechanizmy. To jest niebezpieczne. Orbán próbuje przywrócić politykom możliwość realnego pełnienia swojej funkcji. Politycy muszą mieć narzędzia do zmieniania rzeczywistości. Obudowaliśmy się tyloma zabezpieczeniami, że straciliśmy możliwość wprowadzania realnych zmian, zarządzania sytuacją w naszych państwach.

A Orbán wprowadza realne zmiany! Chce odbudować gospodarkę swojego kraju. Sprawić, by była konkurencyjna. Wyjść z gigantycznego zadłużenia. Wzmocnić klasę średnią. Odbudować węgierską przedsiębiorczość. Odwrócić złe trendy demograficzne. Nie robi niczego, co wprowadzałoby jakiekolwiek zagrożenia. Nie ze wszystkim się zgadzam, uważam że popełnił parę poważnych błędów i głupot, jak np. w sprawie ustawy medialnej, która zawiera bardzo niemądre zapisy. Ale czy jest to jakiś gigantyczny problem dla Europy? Bez przesady.

To skąd taka alergiczna reakcja elit europejskich?

Takie reakcje wzięły się kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że Orbán jest politykiem konserwatywnym i to w tej odmianie konserwatyzmu, który w Europie już prawie nie istnieje. To wywołuje przerażenie, że polityk tak integralnie konserwatywny zdobywa tak dużą władzę.

Ale zdobył ją przecież w demokratycznych wyborach, więc…

Ale to ich tak przeraziło. Moim zdaniem Orbán jest politykiem umiarkowanym. Fidesz nie jest partią skrajną, to umiarkowana prawica. On po prostu idzie wbrew temu, co dziś dominuje wśród europejskich elit.

Po drugie, on naruszył interesy zachodnich koncernów i tu alergiczna reakcja jest w pełni zrozumiała z punktu widzenia tych koncernów.

Plus trzecia rzecz, bardzo ważna: Orbán popełnił bardzo wiele błędów w komunikacji ze światem zachodnim. Przez długi czas prowadził bardzo złą politykę medialną i nadal ją zresztą prowadzi. Otacza się ludźmi, którzy w dużej mierze nie radzą sobie z tym. Jeśli słyszę, że Edward Lucas – korespondent najpoważniejszego tygodnika w świecie The Economist – przez rok nie może się spotkać z Orbánem, żeby zrobić z nim wywiad, to taka sytuacja jest kuriozalna i w ten sposób Orbán i jego ludzie sami sobie szkodzą. Robią sobie tym wrogów zupełnie niepotrzebnie. Sam pamiętam jakie miałem trudności, aby spotkać się z Viktorem Orbánem, gdy pisałem o nim książkę.

Za takie błędy Orbán i jego rząd, i całe Węgry płacą wysoką cenę – wyliczalną w realnych pieniądzach. Trzeba umieć rozmawiać także z krytykami. Zła opinia utrudnia negocjacje, budzi nieufność rynków i przynosi realne straty.

Rozmawiał Sławomir Sieradzki