Wrz 14

13 grudnia w węgierskiej „bratniej” armii

Mało kto wie, że to właśnie wprowadzenie stanu wojennego w Polsce było jednym z głównych powodów uformowania się antykomunizmu dzisiejszego przywódcy Węgier Viktora Orbána. Dzięki uprzejmości autora Igora Janke i wydawnictwa Demart zamieszczamy fragment książki "Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbánie". To rozdział 3, opowiadający m.in. o tym, gdzie był i co robił Orban 13 grudnia 1981.

O tym, jak w jednostce wojskowej narodził się radykalny antykomunizm Orbána i jego przyjaciół.

Drugim i prawdopodobnie najważniejszym momentem, który wpłynął na ukształtowanie się antykomunistycznego światopoglądu Orbána, był jego pobyt w wojsku. Jako 18-latek, przed rozpoczęciem studiów, musiał odbyć jedenastoipółmiesięczną służbę. Trafił do wojska w sierpniu 1981 roku. Wiedział już, co działo się w Polsce, wiedział o rewolcie „Solidarności” i bardzo się tym interesował. Dużo rozmawiał z przyjaciółmi o polityce. Zbierali informacje o tym, co dzieje się w Polsce, pasjonowali się i kibicowali polskiemu karnawałowi wolności. Słuchali Wolnej Europy, przywozili informacje z domu. Bardzo żyli polskim zrywem. Orbán trafił do Zalaegerszeg, specjalnej jednostki, z której w 1968 roku węgierscy żołnierze wyjechali tłumić „praską wiosnę”. Wiadomo było, że gdyby wybuchła wojna czy potrzebna byłaby zbrojna interwencja, na pierwszą linię trafiliby żołnierze z Zalaegerszeg. W 1981 coraz częściej mówiło się o możliwości interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Polsce.

Do tej samej jednostki, co Orbán, trafił też Gábor Fodor, jego późniejszy przyjaciel, z którym najpierw mieszkał w pokoju, przyjaźnił się i tworzył Fidesz, a potem toczył polityczne walki, które zakończyły się podziałem Fideszu i polityczną wojną. Gábor był artylerzystą, Viktor wylądował w piechocie. Gábor Fodor zapamiętał z tamtego czasu, że wojsko chciało zniszczyć ich osobowość, zmusić do uległości, do służenia armii komunistycznej. „Wywierano na nas silną presję, której się opieraliśmy – wspomina.

W życiu codziennym Węgier począwszy od lat 70. agresywna propaganda komunistyczna nie była tak silnie obecna. Wszystko polegało raczej na cichej akceptacji nowych reguł. Nie było tylu natrętnych haseł, pogadanek, ideologicznej agresji. Co innego w wojsku, tam prymitywna propaganda była na porządku dziennym. Służba wojskowa była dla Orbána i jego przyjaciół bardzo trudnym doświadczeniem. Rygor i absurdy komunistycznej armii wywoływały w młodych inteligentach reakcje alergiczne. Wspominają, że nie mogli znieść tego, że rządzą nimi ludzie nie mający do tego żadnych kwalifikacji, ani merytorycznych, ani moralnych.

Viktor często wdawał się w bójki. Starsi traktowali przyszłych studentów brutalnie. „Przeżyłem to tylko dzięki temu, że byłem silny i nie unikałem ryzyka” – mówi Orbán z nieukrywaną dumą w głosie. Często bił się ze starszymi żołnierzami. „Tylko w ten sposób można było zyskać szacunek u innych” – wspomina, uśmiechając się od ucha do ucha.

Jednemu oficerowi strzelił raz z otwartej ręki w twarz, za co trafił do karceru. Karano go wiele razy. Jak przyznaje, nie był to jednak jeszcze bunt polityczny. Tak jak w podstawówce i liceum, nie mógł znieść reguł, których nie akceptował. A ponieważ w wojsku ilość reguł, zwłaszcza tych absurdalnych, była znacznie większa niż gdziekolwiek indziej, jego bunt się nasilał.

Przeskakiwał przez płot jednostki wojskowej, kiedy trzeba było pobiec do winiarni. Stawał do bójek, gdy uznawał, że wymaga tego sytuacja. Wiedział, że tylko tak będą go szanować. Kiedyś uciekł z jednostki, bo bardzo chciał obejrzeć mecz piłki nożnej.

Był bliski wpadki, gdy szedł wiejską drogą, a obok niego zatrzymał się wojskowy patrol. Rzucił się przez pole do ucieczki, zanim wojskowi zorientowali się, że mają do czynienia z krótkoterminowym dezerterem. W czasie meczu Hiszpania – Anglia na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii musiał zgłosić się gdzieś do jednostki. Nie zrobił tego. Ukrył się. Pierwszą połowę meczu obejrzał u artylerzystów, drugą – w oddziale zajmującym się amunicją. Nie znaleziono go od razu, ale potem za to zapłacił. Do karceru trafił na czas meczu Brazylia – Włochy. Jednak miał już wcześniej także i poważne, czysto polityczne przejścia.

Węgierska służba bezpieczeństwa próbowała zwerbować Orbána. „Wywierali na mnie silną presję, nie było łatwo tego uniknąć” – opowiada. Trzy razy kazano mu się stawić na spotkanie z oficerem politycznym. Nie jemu jednemu, wielu chłopakom to proponowano. Pytano go wtedy, co sądzi o Polsce, o świecie. Nie były to rozmowy wprost o polityce, ale krążyły wokół niej. Oficer nie był agresywny. Miło z nim gaworzył. „To było jak rozmowa dobrze wykształconego, starszego nauczyciela z młodym studentem” – wspomina Orbán. „W końcu zapytali, czy nie chciałbym służyć społeczeństwu i w zamian za to mieć przywileje na uniwersytecie. Oferowali mi pomoc w różnych sytuacjach”. Orbán przyznaje, że czuł wtedy bardzo silną presję. Odmówił. „Powiedziałem, że ja się po prostu do tego nie nadaję, bo nie umiem trzymać języka za zębami. Tłumaczyłem, że nie chodzi o politykę. Mówiłem, że nie jestem w stanie żyć takim podwójnym życiem. Upierałem się, że z powodów psychologicznych nie dam sobie z tym rady”. I wywinął się, odpuścili mu. „Na szczęście nie mieli czym mnie szantażować. Zdałem sobie sprawę, że gdyby mieli na mnie jakiegoś haka, byłbym bez szans. Ale nie mieli” – wspomina.

Węgierska armia w tym czasie nie cieszyła się szacunkiem społeczeństwa. Węgrzy nią pogardzali i śmiali się z niej. Głównie z tego powodu, że była fatalnie zorganizowana – przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nie uważano jej za historyczną instytucję, ważną dla państwa i narodu, choćby tak, jak to było w Polsce. Nie uważano jej nawet za miejsce, gdzie mężczyźni przechodzą ważny fizyczny trening czy jakiegoś rodzaju edukację. „Nienawidziliśmy tego” – mówi wprost Orbán. „W Zalaegerszeg zdałem sobie sprawę, że państwo jest bardzo źle zorganizowane i że musimy to zmienić”.

Najgorsze przyszło w grudniu 1981 roku. Atmosfera zrobiła się niezwykle nerwowa. Oficerowie chodzili podekscytowani. Wszyscy wiedzieli, że jeśli coś złego będzie się działo w Układzie Warszawskim, ich jednostka może pójść do boju. Wyglądało na to, że sytuacja rozwija się w najgorszym możliwym kierunku. Co więcej, jak wspomina Gábor Fodor, większość żołnierzy myślała tak, jak tłoczyli im do głów komunistyczni propagandyści. Do służby wojskowej przeważnie trafiali prości, niewykształceni mężczyźni. Tacy chłopcy jak Viktor i Gábor, którzy skończyli liceum, a potem zamierzali iść na studia, górowali intelektualnie nad innymi. Nie mieli tam zbyt wielu partnerów do rozmowy. „Wielu oficerów i żołnierzy wierzyło, że Polacy nie chcą pracować, że są leniwi i dlatego strajkują, że przez to zniszczyli gospodarkę, więc my musimy iść z Rosjanami, żeby zrobić porządek, żeby oni znowu zaczęli pracować i by postawić ich gospodarkę na nogi” – wspomina Fodor. Stres był ogromny. Pewnego dnia jeden z oficerów powiedział Fodorowi: „Musimy być w stanie gotowości. Musimy wyjechać na zewnątrz do specjalnej jednostki, w pełnym uzbrojeniu, z bakami pełnymi oleju napędowego”. Gábor był przerażony.

Jedenastego grudnia, dwa dni przed wybuchem stanu wojennego w Polsce, część jednostki przeniesiono do specjalnego obozu przygotowawczego. Dostali ostrą broń, spali w namiotach, były nocne alarmy. Czekali w pełnej gotowości. Z tego obozu wyjeżdżało się tylko do walki. Noc z 12 na 13 grudnia była mroźna. Tę noc Viktor Orbán spędził z dłońmi zaciśniętymi na zimnym karabinie, czekając na rozkazy. Do jedzenia mieli tylko puszki. Panowało ogromne napięcie, czuli, że coś się wydarzy, ale nie wiedzieli jeszcze, co. „Nie można tego zapomnieć. To było okropne” – wspomina Orbán.

Fodor zapytał oficerów, na co czekają. „Czekamy, bo będziemy musieli jechać do Polski” – brzmiała odpowiedź. Fodor: „Dla mnie to była tragedia. Nie mogłem tego przeżyć. Zastanawialiśmy się, co robić. Myślałem, że jak pójdziemy na Polskę, zdezerteruję. Bałem się”.

Orbán: „Miałem ogromny dylemat moralny. Co zrobić, jak każą nam jechać? Kochaliśmy Polskę. Jechać do Polski i robić coś przeciwko Polakom, to byłoby straszne. Wiedzieliśmy, że jesteśmy po złej stronie. Co zrobić, jak się jest w armii po złej stronie? Nie miałem dobrej odpowiedzi na to pytanie. Nie widziałem wyjścia z sytuacji”.

W końcu okazało się, że jednak nie jadą. „Domyśliliśmy się, że nie było zbrojnego oporu w Polsce, dlatego nas tam nie wysłano. Domyśliliśmy się, że polscy i rosyjscy komuniści załatwili to sami, nie potrzebowali pomocy z zewnątrz” – wspomina Orbán. Niektórzy oficerowie nie wytrzymali, płakali.

„Myślałem, że w Polsce jest już koniec” – przyznaje dziś Orbán. „Grubo pół roku później, kiedy wyszedłem z wojska, byłem bardzo zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że opór w Polsce wciąż się trzyma.

Wtedy zrozumiałem, że to będzie trwało, że ‘Solidarność’ nie została naprawdę pokonana. Zrozumiałem, że ta opozycja jest już niezniszczalna. To była najlepsza wiadomość, jaką mogliśmy dostać”.

Nie pojechali na Katowice, Gdańsk i Warszawę. A gdyby jednak pojechali? „Nie wiedziałem, co zrobimy, jak nas wyślą” – przyznaje Orbán. „Nie można być zbyt mądrym. Trzeba czekać, co się zdarzy i dopiero wówczas zobaczyć, co robić. Czytałem wtedy francuskich egzystencjalistów. Jest pokusa, żeby zastanawiać się nad tym, co zrobisz, jeśli znajdziesz się w jakieś absurdalnej, ekstremalnej sytuacji. Zdałem sobie sprawę, że w ten sposób nie można myśleć. Nie można myśleć o tym, co zrobisz jutro. Czekaj, czekaj, a praktyka i doświadczenie pokażą ci, co masz zrobić, jak się zachować”.

Skąd 18-letni żołnierz w jednostce, w której i żołnierze i oficerowie w większości nie czytali w ogóle, miał książki francuskich egzystencjalistów? „Z wojskowej biblioteki” – mówi rozbawiony. „Miał pan czas wtedy to czytać?” – pytam. „Ja tam głównie zastanawiałem się, co ze sobą zrobić. Tam nie było co robić!”. Gulaszowy komunizm owinięty absurdem.

Prawie rok spędzony w wojsku odcisnął mocne piętno na Orbánie i jego kolegach. „Jeśli ktoś, kto szukał wolności, miał 18–19 lat, nagle znalazł się w jednej z najgorzej działających armii Układu Warszawskiego, to po roku, jeżeli był w miarę inteligentny, mógł z wojska wyjść tylko jako stanowczy wróg systemu” – mówi László Kövér, jeden z najbliższych współpracowników Orbána.

Fodor i Orbán po wyjściu z wojska stali się zdecydowanymi antykomunistami. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tam, w Zalaegerszeg, wykluł się radykalizm nowego ugrupowania, które dziś jest największą i ciągle bardzo radykalną w działaniu partią w środkowej Europie.

fragmenty książki Igora Janke "Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbanie" zamieszczamy dzięki uprzejmości Autora i wydawnictwa Demart.

Cze 26

III Narodowa Pielgrzymka Węgrów przybyła na Jasną Górę

Na Jasną Górę przybyła III Narodowa Pielgrzymka Węgrów z całego Basenu Karpackiego. W tym roku odbywa się ona pod hasłem „Duchowa odnowa, z czystego źródła”. Specjalnym pociągiem z Budapesztu przyjechało ponad 700 pielgrzymów. Wśród nich znajduje się trzech biskupów: bp Miklós Beer – ordynariusz diecezji Vác, bp István Katona – sufragan archidiecezji Eger oraz bp József Tamás – sufragan archidiecezji Gyulafehérvár z Siedmiogrodu (rum. Alba Iulia). Patronat nad pielgrzymką, jak co roku, objął przewodniczący parlamentu węgierskiego László Kövér.

Pątnicy przybyli do Częstochowy wczoraj, jednak główne uroczystości zaplanowane są na dzisiaj. W czasie Mszy św. w Kaplicy Cudownego Obrazu Węgrzy przekażą kopię figury Maryi z Dzieciątkiem z XVI w. z największego sanktuarium węgierskiego w Siedmiogrodzie – w Csíksomlyó, gdzie na odpust Zielonych Świąt przybywa nawet 600 tys. Węgrów z całego Basenu Karpackiego. Później złożą wieńce przed tablicą katyńską i smoleńską oraz przy studni bł. Euzebiusza – węgierskiego założyciela zakonu paulinów.

Uczestniczący w pielgrzymce bp Miklós Beer powiedział:

Byłem proboszczem na parafii w Márianosztra, skąd przybyli paulini na Jasną Górę, dlatego chciałem tutaj przybyć i poznać Jasną Górę. Druga intencja, którą mam w sercu, to ta, że w tym roku mija 10. rocznica, kiedy zostałem ordynariuszem diecezji Vác, na terenie której znajduje się właśnie parafia Márianosztra, i chcę się dołączyć do wotum dziękczynienia za te 10 lat – figury Matki Bożej z Csiksomlyó, która zostanie przekazana Jasnej Górze. W Roku Wiary przyświeca mi także intencja, aby naśladując naszych ojców w wierze, umacniać wiarę i wszystko to, co łączyło oba narody: polski i węgierski.


W czwartek, w dniu, w którym przypada święto św. Władysława – króla Węgier i patrona węgierskiej Polonii, pielgrzymi przyjadą do Krakowa. Wezmą udział we Mszy w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, zwiedzą Wawel, gdzie złożą wieńce na grobowcach św. Jadwigi, Stefana Batorego oraz Lecha i Marii Kaczyńskich.

Grzegorz Górny

 

Kwi 26

Wyzwólmy potencjał Węgrów

Rozmowa z przewodniczącym węgierskiego parlamentu László Kövérem*

Niedawno Fidesz obchodził 25-lecie swego istnienia. Jak wytłumaczyć fenomen tej partii, która z formacji młodzieżowej o nastawieniu liberalnym stała się największą partią węgierskiej prawicy?

Kiedy powstawaliśmy w 1988 r., mieliśmy tylko jeden cel – złamać monopol partii komunistycznej. Nasze ugrupowanie gromadziło przedstawicieli młodzieży ze wszystkich opcji ideowych. Różniliśmy się pod wieloma względami, ale łączyło nas jedno: nie chcieliśmy żyć w komunizmie. Odwołanie do liberalizmu było o tyle uzasadnione, że pojawiało się ono we wszystkich rewolucjach burżuazyjnych przeciwko absolutyzmowi. Kiedy w 1990 r. dostaliśmy się do parlamentu jako partia młodzieżowa, byliśmy przez większe formacje lekceważeni. Węgierskie Forum Demokratyczne (MDF) i Związek Wolnych Demokratów (SzDSz) uważały, że podzielą większość sceny politycznej między siebie, a nam wyznaczono rolę języczka u wagi.

Przełomowym momentem okazał się „historyczny kompromis” zawarty przez liberałów z SzDSz oraz postkomunistów. Nam nie odpowiadał ani taki liberalizm, ani współpraca z socjalistami. Doszło więc do próby zlikwidowania naszej partii środkami politycznymi. Część naszego kierownictwa przeszła wówczas do SzDSz, ale część wytrwała. Ze wszystkich opcji, które na początku tworzyły Fidesz, pozostali więc tylko przedstawiciele środowisk konserwatywnych i chrześcijańsko-demokratycznych.

Wkrótce potem doszło do rozbicia największego obozu węgierskiej prawicy skupionego wokół MDF. Stało się to na skutek śmierci premiera Józsefa Antalla w grudniu 1993 r. i porażki wyborczej tej partii w maju 1994 r. W tej sytuacji nadzieję na przyszłość zaczęto upatrywać w naszej generacji. Tym bardziej, że w 1993 r. znieśliśmy ograniczenie wiekowe, dopuszczające członkostwo w naszej partii tylko ludziom do 35. roku życia. Viktor Orbán zorganizował wtedy na nowo obóz centroprawicy i poprowadził go do zwycięstwa wyborczego w 1998 r.

 Później przegraliście jednak wybory w 2002 r. i przez dwie kadencje rządzili socjaliści. Kiedy przyjeżdżałem wówczas na Węgry, często słyszałem opinie, że prawica już nigdy nie dojdzie do władzy, gdyż społeczeństwo zostało owinięte wokół palca przez lewicowo-liberalne ośrodki opiniotwórcze. Dlaczego więc Węgrzy tak masowo poparli Fidesz?

Wyniki przegranych przez nas wyborów w 2002 r. były szokiem dla całego obozu obywatelskiego. Bilans naszych rządów w latach 1998-2002 był bowiem zdecydowanie dodatni. Niemal do ostatniej chwili badania pokazywały, że możemy liczyć na pewne zwycięstwo. Postkomuniści wygrali jednak głównie dzięki brutalnej i nieuczciwej kampanii wyborczej. Oczywiście miałem nadzieję, że wrócimy do władzy, choć wiedziałem, że nie będzie to łatwe. Zostawiliśmy bowiem kraj w tak dobrej kondycji ekonomicznej, że wystarczyło, by socjaliści niczego nie zepsuli, a mogli jeszcze długo utrzymać się przy władzy. Nie przypuszczałem jednak, że w tak krótkim czasie zdołają tak wiele zniszczyć.

W jaki sposób Fideszowi udało się zdobyć władzę, mając przeciwko sobie większość mediów, które są lewicowo-liberalne? 

W czasie naszych rządów w latach 1998-2002 stworzyliśmy podstawy do tworzenia mediów prywatnych. W kolejnych latach węgierscy przedsiębiorcy zaangażowali się w tworzenie niezależnych mediów. Dzięki nim udało się przełamać lewicowo-liberalny monopol w przestrzeni informacyjnej.

Czy mógłby pan podać jakiś przykład?

W październiku 2006 r. obchodziliśmy 50. rocznicę Powstania ’56. Doszło wówczas do brutalnej akcji policji przeciw pokojowym demonstrantom. Gdyby wszystkie stacje telewizyjne były prorządowe, wówczas władzom łatwo byłoby manipulować faktami. Ludzie nie zorientowaliby się nawet, że są oszukiwani. Na miejscu byli jednak reporterzy niewielkiej, niezależnej stacji Hir TV, którzy podczas bezpośrednich relacji pokazywali, jak było naprawdę. Ujawnili przemoc, kłamstwa i manipulacje strony rządowej. Dzięki temu inne media nie mogły już ukrywać niewygodnych dla władz faktów, gdyż widz dowiadywał się o nich z relacji Hir TV. Trochę przypomina to okres komunizmu i różnicę między Polską a Węgrami. W PRL „Trybuna Ludu” musiała podawać pewne fakty, ponieważ pisała o nich prasa solidarnościowa. Oczywiście, to wszystko było odpowiednio interpretowane, ale nie dało się pewnych rzeczy ukryć. Na Węgrzech natomiast „Nepszabadság” nie musiała pisać o żadnych faktach, bo nie było alternatywnych źródeł informacji. To pokazuje, że dziś nawet jedna telewizja jest w stanie złamać medialny monopol. Na Węgrzech utrata monopolu medialnego przez obóz lewicowo-liberalny naruszyła też jego hegemonię kulturową i polityczną.

Viktor Orbán, będąc jeszcze w opozycji, wzywał Węgrów do społecznej samoorganizacji i tworzenia różnych inicjatyw, budujących poczucie wspólnoty i przełamujących atmosferę bierności. Czy apel ten został wysłuchany? 

W 2002 r. na placu Kossutha w Budapeszcie odbyła się największa manifestacja na Węgrzech od czasów powstania ’56 r. Z tego tłumu wyrósł później ruch kół obywatelskich, który pokrył siecią cały kraj. Część z nich wstąpiła do Fideszu, część tylko sympatyzuje z nami. Bez tych lokalnych obywatelskich wspólnot nie mielibyśmy jednak szans na zwycięstwo, a zwłaszcza na zniwelowanie medialnej przewagi lewicy.

Dominująca dziś kultura masowa sprzyja politycznej demobilizacji. Jak więc udało się zmobilizować tylu Węgrów nie tylko do głosowania na Fidesz, lecz także do obrony polityki rządu Viktora Orbána, jak np. podczas półmilionowej demonstracji w Budapeszcie 21 stycznia 2012 r.?

Proszę mi uwierzyć, że to nie Fidesz zorganizował tych ludzi, ale to ci ludzie zorganizowali się dla Fideszu. Muszę przyznać, że gdy przyszli do mnie po raz pierwszy z propozycją przeprowadzenia wiecu poparcia dla polityki naszego rządu, to sam nie wierzyłem, że ta akcja osiągnie tak wielkie rozmiary. Ludzie byli jednak zbulwersowani skalą napaści i niesprawiedliwych ataków na Viktora Orbána, Fidesz i Węgry, jakie pojawiły się w kręgach Unii Europejskiej. Czara goryczy została przelana.

No właśnie, władze Węgier są często krytykowane na forum unijnym. U nas tego typu ataki mają duży wpływ na opinię publiczną. Na Polaków niezwykle mocno oddziałują informacje, czy podobamy się komuś w Europie, czy też nie. Niekiedy nasze elity dla pozytywnego wizerunku na Zachodzie są w stanie poświęcić nawet interes własnego kraju. Z tego, co pan mówi, wynika, iż na Węgrów nie działają argumenty, że polityka ich rządu może nie podobać się za granicą. 

U nas też przez dwadzieścia lat stosowano tego typu mechanizmy. Węgierscy socjaliści inspirowali nawet wiele tekstów w lewicowej prasie zachodniej, które chwaliły ich rządy, a krytykowały nas. Jednak ludzie, widząc skalę bezczelności ataków na Węgry, stali się odporni na tę propagandę i na manipulację. Tym bardziej, że ci sami ludzie na Zachodzie, którzy teraz przedstawiają się jako obrońcy praw człowieka i oburzają na Viktora Orbána, milczeli, gdy w 2006 r. służby podległe premierowi Gyurcsányemu tłumiły pokojowe demonstracje, używając brutalnej przemocy wobec bezbronnych cywilów. Ta hipokryzja stała się dla wszystkich oczywista.

Czyżby na Węgrów nie działały więc w ogóle padające z Zachodu zarzuty, że są za mało demokratyczni, że muszą być bardziej europejscy, że powinni się dostosować do standardów wskazywanych im przez światłą część ludzkości?

Nie wszystko, co przychodzi do nas z zagranicy, musimy przyjmować bezkrytycznie. Węgrzy mają w pamięci choćby postawę Zachodu wobec nas w niedawnej przeszłości. W 1920 r. nasz kraj został rozebrany właśnie na skutek decyzji mocarstw zachodnich. W 1945 r. zostaliśmy zdradzeni przez Zachód w Jałcie. Podobny los spotkał zresztą wówczas Polskę, która przecież w ramach koalicji antyhitlerowskiej miała liczniejszą armię niż Francja, i która nigdy nie stworzyła kolaboranckiego rządu na wzór Vichy. A jednak to Francuzów zaproszono do stołu zwycięzców, gdzie ustalano granice państw, a Polaków nie dopuszczono nawet do głosu, decydując ponad ich głowami o przesunięciu granic kraju. Nasi rodzice i dziadkowie pamiętają też, jak w 1956 r. z radioodbiornikami przy uszach słuchali zachodnich rozgłośni, które wzywały węgierskich powstańców do walki przeciw sowieckim czołgom, obiecując, że lada moment nadejdzie zbrojna pomoc z zagranicy. To były kłamstwa, ale Węgrzy w nie wierzyli i oddawali życie, walcząc do końca i kontynuując beznadziejny opór. Dlaczego więc dziś mamy ulegać płynącej z Zachodu propagandzie, tym bardziej, że jest ona często inspirowana przez środowiska lewicowo-liberalne, które dążą do całkowitej hegemonii kulturowej w Europie? Na naszym kontynencie trwa wielkie pranie mózgów, które przybiera formę politycznej poprawności. Nie możemy się poddać temu umysłowemu i duchowemu dyktatowi.

Hasło wyborcze węgierskich socjalistów brzmiało: „Odważmy się być małymi” w odróżnieniu od hasła Fideszu: „Odważmy się być wielkimi”. Wezwanie do wielości wymaga jednak wiary we własne siły. Czy Węgrzy ją mają?

Węgrzy są narodem pracowitym i kreatywnym. Nasza polityka zmierza do tego, by wyzwolić ich potencjał. By stworzyć jak najlepsze warunki do budowania świadomego społeczeństwa obywatelskiego, który da możliwość przejawienia się naszej aktywności. Jesteśmy przeciwko modelowi klientelizmu, który hoduje jednostki bierne, uzależnione od pomocy państwa, a w związku z tym podatne na manipulacje. Chcemy rozwijać zwłaszcza klasę średnią, gdyż to ona swoimi podatkami utrzymuje państwo. Wartości, którym pragniemy pozostać wierni, zapisaliśmy w preambule naszej konstytucji, uchwalonej w kwietniu 2011 r.

Jeszcze kilka lat temu Węgry wydawały się trwale podzielone na dwa stabilne i mniej więcej równe elektoraty: Fideszu i socjalistów. Dlaczego jednak w pewnym momencie duża część wyborców lewicy przerzuciła swoje głosy na was? 

Myślę, że wielka w tym zasługa socjalistów, którzy zepsuli wszystko, czego się dotknęli. Skala ich nieudolności i niekompetencji jest wręcz porażająca. W pewnym momencie Ferenc Gyurcsány stał się najbardziej znienawidzoną osobą w kraju. Doszło więc do sytuacji, że zagłosowało na nas wiele osób, które nas nie kochały, ale uważały, iż jedynym ratunkiem dla kraju jest jak najszybsze odsunięcie socjalistów od władzy.

Rozmiar porażki lewicy był jednak zaskakujący.

W społeczeństwie zachodzą często podskórne procesy, które się niewidoczne na pierwszy rzut oka. Powoli rośnie niezadowolenie, kumuluje się napięcie i nagle dochodzi do erupcji. Przecież jeszcze w grudniu 1955 r. nikt nie przypuszczał, że to apatyczne społeczeństwo zdobędzie się na tak heroiczne czyny, jak w październiku 1956 r. W tym sensie to, dzieje się dzisiaj na Węgrzech, można porównać do powstania ludowego.

 Jaką rolę w tym procesie przyciągania lewicowego elektoratu odegrało referendum socjalne z 2008 r.? Fidesz opowiedział się wówczas przeciw opłatom za studia wyższe, opłatom za wizyty lekarskie i zmianom w systemie ubezpieczeń społecznych.

To był ważny moment, gdyż do tamtej pory wszystkie głosowania w kategorii wiekowej emerytów wygrywali socjaliści. Wtedy po raz pierwszy większość wyborców wrażliwych na lewicowe postulaty socjalne opowiedziała się za projektami Fideszu. W ten sposób doszło do masowego przepływu części elektoratu socjalistów na naszą stronę.

Węgrzy mają raczej naturę pesymistyczną. Z niedawnych badań opinii publicznej wynika jednak, że większość z nich patrzy jednak z optymizmem na przyszłość. Czy dostrzega Pan tą zmianę w nastawieniu swoich rodaków? 

Węgrzy lubią sobie ponarzekać i może się wydawać, że są pesymistami. Jednak gdy trzeba przejść do działania, to – podobnie jak w przypadku Polaków – wstępuje w nich optymizm. Jak mówił Ferenc Deák, nasz XIX-wieczny mąż stanu, Węgrzy są narodem, który potrafi się mobilizować w trudnych sytuacjach.

Rozmawiał: Grzegorz Górny


*László Kövér (ur. 1959) był jako student w 1988 r. jednym z założycieli Związku Młodych Demokratów Fidesz. W latach 1998-2000 pełnił funkcję ministra ds. służb specjalnych w rządzie Viktora Orbána. W 2010 r. został wybrany przewodniczącym Zgromadzenia Narodowego Węgier.